Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

NA FALI PRZEZ ŚWIAT

NA FALI PRZEZ ŚWIAT
1K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodavanlife

Na fali przez świat: opowieść Misiaka i Dziki

Misiek i Dzika to para, której życie przypomina nie tyle linię prostą, ile falę – raz w górę, raz w dół, ale zawsze w ruchu. Wywodzą się z Polski, ale od lat ich domem stał się kraj, w którym słońce nie spieszy się z zachodem, a horyzont tonie w niebieskozielonej mgiełce oceanu – Australia. To tam, wśród eukaliptusowego krzaka, wiatru od morza i dźwięków kangurowych skoków w trawie, zaczęła się ich prawdziwa przygoda, taka, o jakiej inni marzą podczas przerw w pracy, a oni po prostu wzięli i ją zaczęli.

Zanim jednak weszli na pokład jachtu o imieniu Justine, by zacząć żeglować „na fali przez świat”, mieli za sobą życie lądowe – pełne planów, rutyny i, jak to ujął jeden z ich pierwszych filmów, „posuchy podróżniczej”. Po dwóch latach zamknięcia spowodowanego pandemią, gdy świat się cofał, oni poczuli, że muszą ruszyć naprzód. I ruszyli – nie do domu, ale do Broken Hill, odległego miasteczka w sercu australijskiego outbacku. Wtedy jeszcze nie mieli żagli, tylko Yakuze – solidnego, choć nieco ponadczasowego Nissan Elgranda, który stał się ich pierwszym towarzyszem podróży. Z nim pokonali tysiące kilometrów, przejechali przez pustynie, oglądał ich w łupieżącym upale, a oni śmiali się, gdy kałuża na pustyni okazywała się największym basenem w promieniu stu mil. Wtedy jeszcze żartowali, że Nowy Rok w piekle to nie najgorszy pomysł – przynajmniej nie będzie zimno.

Ich kamper był dla nich nie tylko środkiem lokomocji, ale prawdziwym domem na kółkach, miejscem, gdzie mieszkanie oznaczało życie bez planu. Zwiedzali muzeum Mad Maxa, podziwiali różowe jeziora, wspinaczyli się po skalnych formacjach, a na koniec objechali prawie cały stan Nowej Południowej Walii i Viktoria, kończąc trasę na słynnej Great Ocean Road. Wtedy jeszcze ich kamera pokazywała świat z poziomu oczu turysty – z podziwem, ale bez pragnienia zagarnięcia go na stałe. Dopiero po tym, gdy wrócili, zrozumieli, że nie chcą już tylko oglądać Australii – chcą ją odkrywać od środka, z wiatrem w maszcie i falą pod dnom.

W grudniu 2020, jeszcze przed tym, jak zaczęli dzielić się swoją historią z większą publicznością, kupili trzydziestofutową łódkę S&S z 1974 roku. Była stara, pełna dziur i usterk, ale miała charakter – jak oni. Nazwali ją Justine, bo łodzie się imienia nie daje przypadkowo, a ona od początku wydawała się kobietą z temperamentem. Co więcej – jak się okazało, z humorem. Bo gdy tylko zaczęli ją naprawiać, życie rzuciło im wszystko, co tylko mogło: powodzie, lockdowny, usterki pomp, braki części i deszcz, który padał tak długo, że zaczęli podejrzewać, iż ich zatoka stała się nowym oceanem. Ich pierwsze doświadczenia z żeglarstwem to nie były triumfalne wyjścia na wody – to były opowieści o tym, jak się kombinuje, by ominąć zakazy, jak remontuje się łódź w czasie burzy, a potem jak się z niej wyczołguje, cały mokry i zakurzony, z uśmiechem na twarzy.

Ich kanał, początkowo znany jako By Wild Eye, stopniowo zmieniał się razem z nimi. Z relacji z kamperowych wypraw przekształcił się w dziennik remontu jachtu – pełen frustracji, ale też niezwykłej radości z małych sukcesów. Gdy w końcu, po ponad roku przygotowań, wypłynęli po raz pierwszy na Morze Tasmana, by przebyć 80 mil morskich do nowego miejsca postojowego, Justine nie tylko nie zatonęła – pływała. I to było jak pierwszy krok dziecka: niezgrabny, pełen wahania, ale autentyczny. Wtedy właśnie, w deszczu i z drżącymi rękami, nagrał się ich pierwszy „dziewiczy rejs” – z głosami, które nie potrafiły być profesjonalne, ale były szczere.

W międzyczasie życie dawało im też inne chwile – takie, które nie miały wiele wspólnego z żeglarstwem, ale wszystko z człowieczeństwem. Pojawili się goście – Blake Mate, Grażyna, Tomek i Henry – towarzysze z jakiejś wspólnej przygody, których obecność świadczyła, że życie na łódce nie oznacza odosobnienia. Ale z czasem ich głosy ucichły, jakby wybrali inne drogi. Misiek i Dzika zostali sami z Justine i z pracą, która nigdy się nie kończy.

Ich największym sukcesem nie było zdobycie tysiąca subskrypcji – choć o tym marzyli – ale to, że po czterech latach remontu, w końcu znów żeglowali. Nie po oceanach, nie w regatach, ale po własnych wodach – tam, gdzie fala nie była groźna, a emocje autentyczne. W styczniu 2025 roku, po kolejnej przerwie, po awariach, po wymianie podłogi i paska w autopilocie, opublikowali film, w którym po prostu płynęli. „No bullshit, just sailing” – powiedzieli. I to było najpiękniejsze zdanie, jakie mogli wypowiedzieć.

Ich największe potknięcia? To nie były awarie silnika ani kradzież na sąsiedniej łodzi (choć to też się zdarzyło, pod ich nosem, i wywołało słuszny oburzony „kij w oko!”). To była zmęczona cisza między filmami, opóźnienia, momenty, gdy nie mieli siły nagrywać, bo życie – to to, które mieli porzucić – w końcu się przypominało. Praca, obowiązki, brak czasu, a czasem i pieniędzy. Ale zawsze wracali. Nawet jeśli film był sklejony z telefonu, a dźwięk słaby – wracali.

Ich filmy o największej oglądalności to te, które najbardziej ludzkie – te o remoncie, o strachu przed masztem, o tym, jak się nie da wejść z powrotem na pokład po skoku do wody. To nie były pokazy umiejętności – to były dokumenty życia. A gdy w końcu pojawili się na Fidżi, w świecie kavy i uśmiechniętych ludzi, to nie było ucieczką – to był oddech. Potem wrócili do Australii, do Polski, znowu do Australii – jakby sprawdzali, czy tam, skąd wyruszyli, nadal czeka.

Z czasem zaczęli pokazywać więcej – nie tylko łódź, ale także codzienność: zakupy w sklepie żeglarskim, gdzie cena jednej części mogła zrujnować budżet, regaty, które oglądał się z brzegu, bo własnej łódki nie było na start, czy nawet wyjazd na camping, gdy pogoda psuła im plany, a oni rzucali monetą i jechali „przed siebie”. Tam odkryli las Hobbitów i dziuple motocyklistów – bo przygoda nie zawsze wybiera morze.

A potem – nowa łódź. Flota się powiększyła. Nie żaden wielki jacht, ale coś, co dało im więcej radości niż pretensji. Coś, co oznaczało, że wierzą, iż może być lepiej. I że chcą płynąć dalej.

Ich historia to nie opowieść o ucieczce od świata, ale o wchodzeniu w niego – głębiej, wolniej, z więcej farby pod paznokciami i solą w włosach. To opowieść o parze, która zamiast czekać na idealne warunki, wypłynęła w burzy – i zobaczyła, że łódź trzyma się na wodzie. I że oni trzymają się siebie.

To historia o tym, że czasem wystarczy, by silnik działał, by podłoga nie cuchnęła, by mewy nie atakowały – i by człowiek mógł powiedzieć: „W końcu płyniemy”.