
Oliwia Helena Zajdler: Dziewczyna, która wybrała drogę zamiast domu
Oliwia Helena Zajdler od zawsze mieszkała w ruchu, choć formalnie jej dom znajdował się najpierw w Polsce, potem — już trudno powiedzieć gdzie. Jej życie to nie tyle kariery, ile ciągła podróż: z plecakiem, kamerą i nieustannym pytaniem, co kryje się za kolejnym horyzontem. Wychowała się nie w mieszkaniu, ale w drodze, bo jej mama, odważna i niezbyt przewidywalna, nie wierzyła w teorie o stabilizacji dziecka. Zamiast tego zabierała córkę w egzotyczne wyprawy, od których zaczęła się jej pasja do świata — nie jako miejsca do odwiedzenia, ale do przeżycia. Oliwia nie oglądała Afryki przez szybę autokaru, tylko boso w piaskach Gambii, gdzie razem z przyjaciółką Kasią Żbel utknęły w dżungli, bo w całym kraju skończyło się paliwo. To był początek ich pierwszej wielkiej serii — afrykańskiej — która otworzyła kanał jak preludium do czegoś większego: nie był to tylko vlog, ale manifest.
Wtedy jeszcze studiowała aktorstwo na Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, ale jej prawdziwa scena to nie kameralny teatr, tylko plaże Senegalu, prom z Banjul do Barry czy rynki w Abene, gdzie lokalne zespoły zapraszały do tańca bez zaproszenia. Razem z Kasią, koleżanką ze studiów, zaczęły tworzyć coś, co przypominało reportaż, ale było bliższe przyjaźni — ich partnerstwo stało się trzonem kanału. Kasia pojawiała się niemal w każdym filmie, śmiała się w włoskim miasteczku podczas przesiadki w Busto Arsizio, śpiewała w pekińskim metrze, dzieliła z Oliwią łóżko ze szczurami na wyspie Komodo. Z czasem jednak ich trasy się rozgraniczyły — Kasia została etatową aktorką w Teatrze Bagatela, a Oliwia… wciąż była na drodze. Ich wspólne wyprawy stopniowo zaczęły brzmieć jak dawny akord, który nie zgasł, ale przeszedł w ciszę.
Po Afryce — pełnej reggae, granic, duchów i nieoczekiwanych noclegów — kamera Oliwii przeniosła się do Azji. Indonezja stała się jej najważniejszym rozdziałem. To tam, na Jawie, po raz pierwszy powiedziała, że podróż wywarła największy wpływ na jej życie. Wulkan Bromo, świątynie, kolorowe slumsy — ale przede wszystkim Bali, gdzie napotkała rytuały, które zmieniły jej spojrzenie na rzeczywistość. Religia, śmierć, ofiary — rzeczy, o których wcześniej czytała, a teraz dotknęła ich ręką. Tam też pojawił się motyw, który zaczął dominować: pokazywanie nie rajskich krajobrazów, ale ludzi, którzy w tych rajach żyją — często w cieniu turystycznego mitu.
Z czasem jej tematy się zmieniały. Kiedyś mówiła o plażach, a teraz mówi o blackoutach. Po Indonezji ruszyła na Kubę — i to był przełom. Nie dlatego, że film z napaścią został najpopularniejszy (choć rzeczywiście, z 144 tysiącami wyświetleń wystrzelił ponad wszystko), ale dlatego, że Oliwia po raz pierwszy w pełni zrezygnowała z roli wesołej podróżniczki. Kuba stała się serią trudnych sprawozdań: o braku prądu, o oszustwach, o śmierci nadziei. Pokazywała ludzi, którzy nie tańczą, bo nie mają siły. Pokazywała turystykę, która umarła, i restauracje, w których nikt nie zamawia ciepłych posiłków, bo kuchnia nie działa bez prądu. Pokazywała też, jak system naciska nie tylko na Kubę, ale na cały świat — wspominając decyzję Trumpa o wpisaniu kraju na listę państw wspierających terroryzm, która zamknęła drzwi przed turystami i nadzieją.
A potem Palestyna — podróż, której nie planowała. Tam, w 2022 roku, przeżyła najtrudniejsze doświadczenie w życiu. Przekroczyła checkpoint i weszła w świat, który nie mieści się w kadrze. Mur, kontrola, dzieci w areszcie, życie wśród czołgów. To była nie tyle podróż, co przebudzenie. Film o Zachodnim Brzegu był inny — nie było w nim muzyki Miłosza Markiewicza, nie było animacji. Było przerażenie, które nie opuszczało jej przez miesiące. Sny, w których ktoś przystawia pistolet do głowy. I świadomość, że niektóre rzeczy trudno obejrzeć bez zmiany w sobie.
Potem Peru. Tam jednak nie szukała już tylko przygód, ale odpowiedzialności. Przyjechała z 150 kilogramami ubrań do slumsów Limy, do siostry Barbary, która od lat pracuje wśród ubogich. Pokazywała, że dary to tylko chwilowa pomoc — a potrzebna jest edukacja. Propagowała adopcję serc, nie dla efektu reklamowego, ale z przekonania. I znów, jak w Palestynie, nie uciekała przed kruchością. Pokazywała strajk górników, linie Nazca, cmentarz Chauchilla, ale i kolację z liści koki — bo już nie grała roli obiektywnej obserwatorki. Była częścią historii, czasem niemądra, czasem przestraszona, ale zawsze uczciwa.
W tle działał zespół — ludzie, których nazwiska pojawiają się jak ciche podziękowanie: Matylda Dąbrowska z animacjami, Miłosz Markiewicz z muzyką, Dominik Nikiel z dźwiękiem. A potem Renia Żbel, która przejęła grafikę — być może znak, że Kasia, choć nie pojawia się już w kadrze, wciąż jest częścią tej historii. Andrzej Wieczorkiewicz pojawił się raz — w Palestynie — i od tego czasu już nie. Mama Oliwii pojawia się czasem, ale jako wsparcie, nie jako bohaterka.
Największe sukcesy? To nie liczba subskrybentów, ale film o Kubie z napaścią, który przemówił do dziesiątek tysięcy. Największe potknięcia? Nie ma o nich mowy — nie ma upadków, nie ma dramatów. Są tylko skutki: wulkan Ijen zamknięty, internetu nie ma, prąd znika. A co przestało się pojawiać? Wesołość. Spontaniczne śpiewy. Zabawa. Z czasem zniknęły, bo świat, który Oliwia pokazuje, nie jest zabawny. Unika teraz tematów turystycznych przewodników — nie pyta „czy warto jechać”, tylko „jak to wygląda naprawdę”.
Jej historia to nie podróż po krajach, ale podróż przez ludzkość — niezwykle, nieustannie pełną smutku, piękna i nie do końca zrozumiała, ale zawsze wartą opowiedzenia.