
Paweł Ciupa – podróżnik wśród ludzi
Początki Pawła Ciupy to historia, która zaczyna się w gruzińskich górach, między szumem wiatru na wysokości czterech i pół tysiąca metrów, a pierwszymi krokami w reżyserii własnej rzeczywistości. W 2015 roku, z kamerą w ręku i plecakiem na plecach, wyruszył na Kaukaz, by zdobyć szczyt Kazbeka – choć, jak się okazało, nie do końca. Szczytu nie zdobył, brakowało sprzętu, ale zdobył coś innego: początki kanału, który miał stać się jego życiową osią. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że za tymi prostymi nagraniami z Gruzji, Armenii i Iranu kryje się początek długiej, pełnej przypadkowych spotkań i wyjazdów w nieznane podróży.
Pierwsze filmy były surowe, nieco nieporadne, pełne zimnych pryszniców na złomowiskach i autostopowych nocy w budkach z miodem. Ale właśnie w tej surowości była autentyczność – ta, która przyciągnęła widzów. Z czasem widać, jak rozwija się jego język narracyjny: z filmików z Gruzji, pełne opisów krajobrazu i własnych doznań, przechodzi do Iranu – i tam coś się zmienia. Pierwsze duże miasto, pierwsza granica, pierwsze pytania: „Czy nas zabiją?”. Ale nie zabijają. Wręcz przeciwnie – stają się atrakcją turystyczną. I Paweł to odnotowuje z mikroironią, nie nadużywając, ale z dawką dystansu, który dopiero potem ma się okazać stałym elementem jego stylu.
W Iranie nagle pojawia się głębsze zainteresowanie ludźmi – nie tylko ich kulturą, ale też ich życiem. Wywiad z Iranką o prawach kobiet, o związku z religią, o codzienności – to moment przełomowy. To nie są już tylko widoki, to są głosy. I to właśnie one zaczynają decydować o tonie jego twórczości. Zdobywa Aragac, wędruje po Isfahanie, tańczy breakdance na muzułmańskim weselu w dresie – scena, która miała być anegdotą, staje się symbolem jego podejścia: nie planuj, reaguj, bądź obecny. A potem wyjeżdża – do Turcji, do Anglii, by spotkać Stephena Hawkinga, co brzmi jak sen z lat studenckich, ale i tak się odbywa. Autostopem, z kumplem, z małym bagażem i dużym naładowaniem.
Ale prawdziwy zwrot następuje w 2016 roku, kiedy Paweł wraca do Polski – by nurkować w najgłębszym jeziorze kraju, Hańcza. Seria Z płetwami przez Polskę to dziwne odstępstwo: ktoś, kto spędził lata w dżunglach i na pustyniach, nagle zanurza się w wodach podlaskich. To nie jest ironia – to świadome przywrócenie równowagi. Jakby chciał powiedzieć: podróż to też to, co masz tuż obok. Potem znów wyjazd – tym razem do Mołdawii, z kolegą w dresach, znowu autostopem, znowu z humorem. Ale to już nie tylko podróż: to powtarzalny schemat – „#1”, „#2”, seria, opowieść z rozdzielczością codzienności.
A potem – Tajlandia. Koh Tao, rekiny, słonie. I tu pojawia się pierwsze ciemniejsze echo: film o cierpieniu słoni. Krótki, pełen bólu dokument, który nie pasuje do reszty – ale właśnie dlatego zapada. Paweł nie tylko pokazuje piękno, ale też pyta: za co płacimy, by je zobaczyć? To nie jest aktywizm, to jest świadomość – delikatnie zaznaczona, ale obecna.
Największy przełom to jednak Australia. Trzy miesiące autostopem od Perth do Sydney – seria złożona z dwudziestu sześciu odcinków, które tworzą coś więcej niż relację z podróży: to rymowana epopeja współczesności. Spotyka rdzennych mieszkańców, śpi na klifach, przeżywa cyklon, świętowuje Nowy Rok wśród pingwinów na bezludnej wyspie. Zdobywa Mount Kosciuszko – ale nie w triumfie, a w cierpieniu, zimnie i stracie sprzętu. Traci trzy kamery i telefon – to nie potknięcie, to moment prawdy: kiedy technologia odpada, zostaje tylko on i to, co przeżywa. I to właśnie nagrywa – nawet jeśli tylko telefonem Lisy, nieznanej Australijki, która go przygarnęła.
Po Australii wraca – ale nie do Polski. Zatrzymuje się na Islandii. Tam, gdzie niemal nie ma nocy, gdzie wiatr wieje bez przerwy, a ludzie są jak postacie z sag. Zaczyna mówić, że tam mieszka. Pokazuje górę, z której widać jego nowy świat: fiord, śnieg, pustkę. To nie jest czasowy postój – to wybór. I choć potem pojawia się jeszcze Finlandia, Portugalia, Austria, to wszystko wydaje się kontynuacją tej jednej decyzji: żyć na skraju, tam, gdzie trudniej, ale gdzie świat traci warstwy sztuczności.
Z czasem znikają niektóre osoby – Hubert, z którym nurkował w Tajlandii i wędrował po Australii, przestaje się pojawiać po Adelaide. Piotrek, który tańczył breakdance na weselu, znika po Isfahanie. Stephen, australijski przyjaciel, który zaprosił go na Święta, pojawia się jeszcze raz, w 2019 roku – odwiedza go na Islandii. To nie jest rozłąka, to naturalny ruch: ludzie wchodzą i wychodzą, jak kadr w filmie dokumentalnym, który trwa całe życie.
Z czasem tematy też się zmieniają. Już nie ma wywiadów o Islamie, nie ma wesel, nie ma historii z lokalnymi. Zamiast tego – samotne wyprawy kajakiem po fińskich jeziorach, wspinaczki na bezludnych wyspach, jazda rowerem wzdłuż wybrzeża z gumą, którą trzeba co chwilę naprawiać. Zmienia się też ton: z radosnego, czasem nieco nadpobudliwego, przechodzi w coś bardziej skupionego, intymnego. Widać, jak Paweł staje się mniej narratorem zdarzeń, a bardziej obserwatorem własnego bytu.
Największe sukcesy? Trudno wskazać jeden film – ale Wywiad z Iranką i Nurkowałem z rekinem wielorybim! to klasyki, a #10 AUSTRALIA autostopem – z ponad 56 tysiącami wyświetleń – to szczyt popularności. Największe niepowodzenia? Strata sprzętu na Mount Kosciuszko, walka z cyklonem, noclegi na kaktusach w Portugalii – wszystko to potknięcia, ale nie klęski. To elementy podróży, które on nie ukrywa, tylko oferuje jako lekcje: czasem świat nie jest przyjazny, ale i tak warto iść dalej.
Ostatnie filmy – z Islandii, z Austrii – są cichsze. Mniej efektów, mniej ludzi, więcej krajobrazu i ciszy. Pokazują człowieka, który znalazł swój rytm: nie huraganowy, ale trwały. Ktoś, kto nie potrzebuje tłumów, by czuć się żywy.
Paweł Ciupa to nie tylko podróżnik – to człowiek, który przez lata zbudował sposób bycia, w którym każda trasa, każdy stracony sprzęt, każda noc w lesie to nie przeszkoda, ale część narracji, której bohaterem jest sam.