
Pcham Do Przodu – opowieść o podróży, psach i zmieniającym się życiu
Początki zwiastowały czegoś całkiem innego niż to, co przyniosła czas. Zaczęło się od psa na motorze – malutkiego sznauzera, który wyglądał jak pasażer z filmu akcji, a nie zwyczajny pies z podwórka. Wtedy, w 2017 roku, nikt nie przypuszczał, że mały filmik o wycieczce na motocyklu zapoczątkuje przygodę, która potrwa ponad dekadę i obejmie pół globu. Ale życie ma swoje plany, i często napisane są one nie kursywą, a grubą czcionką wyrytą w błocie na końcu świata.
Początkowo była to podróż para – wspólna wędrówka, podczas której świat rozciągał się między nimi jak mapa rozłożona na kocu w lesie. Po pięciu latach wspólnych etapów, po przemierzeniu od Adriatyku po Himalaje, od Sahary po Iran, nadszedł czas na zmianę. W 2025 roku zapowiedziała to jasno: pożegnanie z formułą „my” i powrót do „ja”. Zaczęła nowy rozdział – solo travel, w którym głównymi towarzyszami były dwa ogony i jej własny głos narracyjny, spokojny, czasem ironiczny, ale zawsze szczery. Kamperem teraz miała być nie tylko furgonetka, ale także jej nowa tożsamość: samodzielna, nieustępliwa, czasem spracowana, ale zawsze pchająca do przodu.
Jej trasa była kręta, ale spójna – jak droga przez pustynię, która w końcu prowadzi gdzieś, nawet jeśli nie wiadomo dokładnie gdzie. Na początku były Bałkany – Chorwacja, Albania, Bułgaria – kraje, w których łatwo było poczuć się jak turysta, ale trudniej jak samotny podróżnik. Tam uczyła się, jak spać na dziko, jak nie denerwować się deszczem w namiocie, jak nie pokazywać w filmach mycia zębów. Miała zasadę: „krótko i na temat”, bo jej czas i prywatność są ważne. Ale to nie znaczyło, że unikała trudnych tematów. Gdy kiedyś porwano jej psa w Armenii, opowiedziała o tym bez cenzury, z emocją, ale też z charakterystycznym dystansem: „Zażądali 100 dolców. No cóż, trudno czekać na uczciwość, gdy jesteś obcą z psiem w wiosce, gdzie internet działa bardziej chaotycznie niż lokalne autobusy”.
Jej samochód – Toyota Hilux, przebrzmiewający w nicku „Złomek” – stał się legendą. To nie był elegancki kamper, tylko przerobiony pick-up z namiotem dachowym, który walczył z terenami od Rumunii po Gruzję, od Maroka po Iran. Raz pożarł go rdza, innym razem zawiodła elektryka, a raz – w Hiszpanii – padł alternator tuż przed wyprawą do Indii. Ale Złomek, choć stary i skrzypiący, nie poddawał się. Tylko raz, na granicy Iranu, zamiast wjazdu do Pakistanu, trafiła do aresztu – nie za dokumenty, ale za to, że jechała w konwoju, który przerodził się w coś, co przypominało raczej pościg niż turystyczną przeprawę. Tam, w komisariacie w Taftan, zjadła swoje pierwsze śniadanie jako „osoba chroniona” przez wojsko, co brzmiało jak tytuł filmu o polityce, a nie o wakacjach.
W Iranie, który wielu boi się jak Czarnego Lądu, odnalazła nieoczekiwaną gościnność – w małej wiosce Qalat zjadała śniadanie z mrówkami na talerzu, serwowane przez Raminiego, który zaprosił ją do domu i ofiarował nie tylko jedzenie, ale i przyjaźń. A potem – w Gwinei – podarowano jej to samo, tylko tym razem zamiast mrówek był bób, a zamiast gościnności – próba oszukania, bo biali płacą dziesięć razy więcej. I tak, między jednym a drugim – między niebezpieczeństwem a ciepłem – płynęła jej historia, w której nie było miejsca na sztampowe opowieści.
Przez lata jej kanał ewoluował. Z filmów o miejscówkach na dziko i poradnika „jak nie utknąć w piachu” przeszedł do głębszych kwestii: życia z psychopatą, trudów solo travelu, problemów z przywózem psów z Afryki, a nawet – prywatnie – przemiany tożsamości. Gdy w 2024 roku zabrała do Europy dwóch uratowanych psów – Tobiego z Mauretanii i Afri z Senegalu – zaczęła opowiadać nie tylko o przepisach UE, ale o tym, co naprawdę znaczy „ratować życie”. Pies nie był tylko tłem – był współbohaterem, który wchodził w klatkę, machał ogonem, chorował, gryzł, a potem – w Hiszpanii – bawił się na plaży jak każdy szczęśliwy pies.
Jej największe sukcesy nie mierzyła liczbami, choć film o zarobkach na YouTube po trzech latach prowadzenia kanału przekroczył 36 tysięcy wyświetleń – oznaka, że ludzie nie tylko chcieli oglądać krajobrazy, ale i dowiadywać się, jak to naprawdę wygląda. Były to jednak te mniejsze sukcesy, które trudno zmierzyć: kiedy udało się przejechać przez Saharę, kiedy w Gwinei nie padła od pchów, kiedy na pustyni Lut w Iranie przetrwała noc, kiedy w Pakistanie, pomimo eskorty i więzienia, nadal mogła śmiać się z absurdów.
A niepowodzenia? Były. Awaria na granicy z Indiami, pęknięta opona w Delhiju, kradzież psa w Peszawar – tak, to się też wydarzyło, trzeci raz. I za każdym razem – akcja ratunkowa, policja, płacz, a potem – powrót do trasy. Bo to właśnie było sednem jej opowieści: nie to, czy wszystko idzie gładko, ale czy idzie dalej.
W 2025 roku zmieniła pojazd – pożegnała Złomka i kupiła VW T4, piękny, stary, niebieski kamper, w którym teraz miała plan objechać pół świata z dwoma psami. Pierwsza noc w lesie była przerażająca, ale jak sama mówiła – „jestem z siebie dumna”. Nie była już tylko podróżniczką, ale także nauczycielką języka angielskiego, kimś, kto wciąż dzieli się wiedzą, kto poleca kosmetyki, kody rabatowe i warsztaty fotograficzne. Ale nadal – zawsze – pchająca do przodu.
W jej historii nie ma miejsca na romantyzację. Jest deszcz, rdza, granice, które nie chcą działać, psy, które chorują, i ludzie, którzy próbują oszukać. Ale jest też coś więcej: radość z pierwszego świtu nad rzeką w Senegalu, namiętność do dżungli w Gwinei, miłość do krajów, które „czasem zatrzymały się w czasie”, jak Albania, i te, które wpychają w XXI wiek, jak Indie. Jest też ona – kobieta, która nie pyta, czy warto jechać, tylko pyta, co należy zabrać, jak się przygotować, i czy w końcu da się żyć z tym, co ma.
Znana była z tego, że unikała pokazywania rutyny – nie ma mycia zębów, nie ma herbaty bez powodu. Ale nie unikała prawdy. Gdy w 2024 roku stwierdziła, że nie chce mieszkać w Iranie, czy że w Rumunii napotkała frustrację, mówiąc to spokojnie, bez dramy. Gdy w 2025 roku zapowiedziała solo travel, nie robiła z tego spektaklu – po prostu wsiadła do T4 i pojechała.
Wśród powtarzających się postaci był „Niedźwiedź”, towarzysz z początków kanału, który stopniowo przestawał się pojawiać, aż wreszcie został tylko wspomnieniem w napisie „postaw Niedźwiedziowi piwo” – jak relikt dawnej formuły. Zamiast niego – psowie i głos narracyjny, który stał się jej niezależnym tonem.
Filmem o największej oglądalności okazał się „Ile zarabiamy na YouTube po trzech latach?”, ale najważniejszy był ten o porwaniu psa w Armenii – bo tam po raz pierwszy pokazała, że za kamerą jest człowiek, który boi się, kocha i czasem nie wie, co dalej.
A kiedy w 2025 roku, po 200 filmach, zapytała: „Czy to dobry wybór?”, mając na myśli nowy kamper i samotną podróż – nikt nie musiał odpowiadać. Ona już dawno znała odpowiedź. Bo pchała do przodu. I będzie pchać.
To historia nie o ucieczce od świata, ale o zagłębianiu się w niego – z psami, z furgonetką i z odrobiną humoru, który ratuje, gdy trzeba naprawiać agregat na dzikiej plaży w Goa.