
Po prostu Grzymkowski – opowieść o człowieku, który odkrywa świat z motocykla
Nie zawsze trzeba jeździć najdalszymi drogami, by znaleźć coś niezwykłego. Czasem wystarczy spojrzeć inaczej na to, co ma się pod nosem. Tak myśli ten, który pod kryptonimem Po prostu Grzymkowski przemierza wschodnie krańce Polski i nie tylko, szukając historii, które nie trafiły do podręczników, ale nadal pulsują w murach starych dworów, na cichych ścieżkach nad rzekami i w spojrzeniach ludzi, których spotyka po drodze. Jego kanał to nie tylko podróż, ale też delikatna obsesja na punkcie zapomnianych rzeczy – pomników, zabytków, tradycji – i niezwykłych ludzi, którzy je noszą w sercu.
Zaczynał od Wenecji, jakby chciał od razu rzucić wyzwanie: miasto, które tonie, ale nadal piękne, pełne kontrastów i sztuki. Wtedy jeszcze nie wiedział, że pandemia zatrzyma świat, a jego wędrówki przeniosą się z zagranicznych metropolii do małych, zapomnianych zakątków. Ale nie przestaje opowiadać. Wręcz przeciwnie – gdy świat zamyka się w czterech ścianach, on otwiera się na Polskę. Najpierw Białystok, potem Tykocin, Kurpie, a w końcu Puszcza Białowieska, gdzie zamiast turystów pokazuje żubry i myśliwych z aparatem, dla których polowanie to nie śmierć, ale ucieczka od szumu cywilizacji. Jego głos to nie tylko relacja z terenu, ale także lekka ironia, z jaką opowiada o tym, co inni nazywają „nudnym” – o Suwałkach, które są „najzimniejszym polskim miastem”, czy o Łodzi, która „nie taka brzydka, jak ją malują”.
W jego narracji powoli pojawia się nowy bohater – motocykl. Junak M12 Vintage, stary, solidny, może nie najszybszy, ale wierny towarzysz wędrówek. Z jego siodła Grzymkowski ogląda świat inaczej: nie przez szybę samochodu, ale przez wiatr, kurz i zapach łąk. To on prowadzi go do zerwanego mostu nad Narwią, do ruin dworu w Drozdowie, do wydm, które wyglądają jak morze, a są w sercu Mazowsza. Motocykl staje się nie tylko środkiem lokomocji, ale symbolem wolności – wolności od tłumów, od rutyny, od tego, co oczywiste.
W jego świecie pojawiają się też ludzie, którzy zostają. Łukasz Gonciarski, fotograf z Wenecji, z którym rozmawia o pustych ulicach i pandemii. Karol Babiel, „łowca jeleni” na Kurpiach, dla którego las to dom, a aparat – broń. Życiorys Kazimierza Prószynskiego, zapomnianego pioniera kina, który wyprzedził braci Lumière, ale został zapomniany. A potem – mieszkańcy Łomży, których miasto staje się nie tylko tłem, ale głównym bohaterem. Dwór Lutosławskich, bursztynowe złoża, wieża ciśnień, która robi się coraz bardziej zniszczona, a mimo to wciąż góruje nad miastem jak milczący strażnik przeszłości.
Jego kamera nie omija też ciemnych stron rzeczywistości. Pokazuje, jak w Bukareszcie kable wiszą jak pajęczyny nad ulicami, jak w Kopenhadze korki tworzą się na ścieżkach rowerowych, jak w Kioto las bambusowy traci swój duch pod naporem turystów. Nie oszczędza też Polski – mówi o trujących roślinach na Green Velo, o zburzonym dworze w Bajkach-Zalesiu, o wsiach, które zniknęły z mapy, jak Jamasze, gdzie dziś stoi tylko krzyż i tablica. Jego opowieści nie są tylko o pięknie, ale o tym, co się z nim dzieje – o zaniku, o zapominaniu, o tym, jak łatwo stracić to, co kiedyś było oczywiste.
Z czasem jego kamera dociera dalej – do Albanii, Rumunii, Łotwy, Japonii. Ale nawet tam nie szuka tylko widoków. W Beracie pokazuje kawiarnie z kurami, w Tiranie – muzeum w bunkrze, gdzie pamięć o ofiarach komunizmu jest zachowana pod betonem. W Nara obserwuje jelenie, które w Polsce są strzelane, a tu są świętowane. W Kioto analizuje karoshi – śmierć z przepracowania – i demograficzny kryzys, który może zmienić oblicze kraju. Jego podróż staje się coraz bardziej refleksją: o tym, jak różne są kultury, jak podobne są ludzkie troski, jak łatwo zniszczyć, jak trudno odbudować.
W jego filmach nie ma efektów specjalnych, nie ma przesadnej dramaturgii. Jest tylko spokojny głos, dobre kadry i ciekawość, która nie gasnie. Pokazuje, jak w Łomży pojawił się dywizjon 303 słoni pana Tadeusza, jak w Romanach podnosi się z ruin dwór, który może stać się centrum nauki, sztuki, muzyki. To momenty, w których jego narracja staje się pełna nadziei – nie dlatego, że wszystko jest dobrze, ale dlatego, że ktoś wciąż się o to stara.
Największe sukcesy? To nie liczba subskrybentów ani miliony odtworzeń – choć niektóre filmy, jak o Lwowie przed wojną, czy o Cinque Terre, zebrały uwagę. To raczej to, że ludzie zaczynają oglądać swoje miasta inaczej. Że ktoś po jego filmie odwiedza Tykocin, a potem jedzie do Drozdowa, by zobaczyć ogród, który „nigdy nie przestał pachnieć historią”. A największe potknięcie? Może to, że czasem jego głos brzmi zbyt cicho w hałasie internetu, że jego opowieści toną wśród klikających nagłówków. Ale on i tak nadal jedzie – motocyklem, rowerem, nogami – tam, gdzie nikt nie zagląda.
Jego kanał to nie tylko podróż, to archiwum współczesnego spojrzenia na przeszłość – z humorem, z troską, z odrobiną nostalgie i mnóstwem ciekawości. I choć jego imienia nie znamy, jego obecność czujemy – w każdym ujęciu, w każdej opowieści, w każdej chwili, gdy mówi: „zobaczcie, co tu jest”.
To historia człowieka, który nie podróżuje, by uciec od świata, ale by go lepiej poznać – z motocykla, z kamerą i z sercem otwartym na to, co zwykłe, a potrafi zdumieć.