
PodETAT: opowieść o pasji, wulkanach i tych, co filmują życie zamiast siedzieć w biurze
Gdzieś pomiędzy korytarzami korporacyjnego świata a szumem fal morza, pomiędzy szumem klawiatur a odgłosem drona wznoszącego się nad krajobraz, rozwinęła się historia dwóch ludzi, którzy postanowili, że życie nie musi się kończyć po godzinie szesnastej. Oni – Agnieszka i Bartłomiej – nie uciekali od pracy, tylko przeciw niej nie ustępowali. Ich kanał, PodETAT, to nie tylko żartowniasto brzmiąca gra słów, ale prawdziwy manifest: podróż, kamera, świat – to ich życie poza umową, choć wciąż w trakcie trwania etatu. Nie rzucili pracy, tylko zaczęli ją uzupełniać czymś, co daje więcej niż pensja – emocjami, które trzymają się w gardle podczas wschodu słońca nad wulkanem czy uśmiechem córki na tle wiedeńskiego jarmarku.
Początki były skromne. Pierwsze ujęcia z Egiptu, z plaży Orange Bay, to nie były jeszcze kraje z kosmosu, ale dla nich – to był start. Zdjęcia z nurkowania, pustynne safari, pierwsze wrażenia z Maroka – wszystko to brzmiało jak eksperyment. Byli nieśmiali, czasem zawstydzający się własnej techniki, ale z ciężkim sprzętem i jeszcze cięższym zaangażowaniem. Pracowali w korporacjach, wracali do domu, a potem zamiast odpocząć, montowali, korektywali kolory, czytali komentarze z nadzieją, że ktoś zobaczy, że gdzieś tam, w Kielcach, coś się dzieje. Nie byli gwiazdami, byli sąsiadami z bloku, którzy nagle zaczęli pokazywać świat od środka.
Z czasem jednak ton się zmienił. Z cichej skromności przeszli do pewności. To widać było już w 2023 roku, kiedy zamiast tylko krajobrazów, zaczęli opowiadać historie – o meczecie w Marakeszu, o targu niewolników, o kulturze, która ich zaskoczyła. Zdjęcia z Marrakeszu i Fezu nie były już tylko widokówkami – to były dokumenty emocji, kulturowego szoku, fascynacji. A potem nagle – skok o tyczce w Toruniu. Halowe Mistrzostwa Polski. Lekkoatletyka, którą mieli w żyłach, wreszcie weszła na pierwszy plan. Nie jako hobby, ale jako pasja, którą traktowali poważnie. I tak, wśród biegaczy, sędziów, treningów biegowych w Hali Legionów w Kielcach, ich kanał zaczął mieć inny zapach – sportu, dyscypliny, powietrza w płucach.
To właśnie wtedy Bartłomiej, z nerwowością w projektach i pierwszą kamerą, zaczął latać dronem po Tatrach, po Beskidach, po zalewie w Cedzynie – miejscu, które stopniowo stało się dla nich niemal rodzinne. A Agnieszka, siła spokoju w nagrywaniu, pojawiła się nie tylko za kamerą, ale i w rozmowach – z Izabelą Nowek w bibliotece, z Marcinem Szczurkiewiczem na trasie w Pieninach, a potem z nim samym w Nowym Jorku, podczas wywiadu z maratończykiem, który biegnie i pije. To były już nie tylko podróże – to były spotkania z ludźmi, którzy tworzą sens.
Ich świat zaczął się rozszerzać. Z Maroka do Dominikany, z Chorwacji do Włoch, z Wietnamu po Wyspy Kanaryjskie. Cypr, Malta, Tajlandia, Turcja – każde miejsce było jak nowa seria. Ale to nie były tylko turystyczne rozrywki. To były próby, eksperymenty, czasem porażki. Film o wymianie obiektywu, który zaczął się jako żart, stał się jednym z ich najpopularniejszych materiałów – „Nie jest tak źle, jak to wygląda” to tytuł, który mógłby być hasłem całego kanału. Humor, lekkość, świadomość, że nie trzeba być perfekcyjnym, żeby mieć coś do powiedzenia.
W 2024 i 2025 roku ich życie coraz bardziej przypominało podróż bez punktu powrotu. Zakup domu na Gran Canarii to nie był żart, to był sygnał – chcą żyć inaczej. Ich kamera przestała pokazywać tylko miejsca, zaczęła opowiadać o decyzjach, o planach, o logistyce podróży po wyspach z plecakami, o lotach, o promach, o wiatrach, które nie pozwalają latać dronem, ale też o chwilach, kiedy wszystko się układa. Lanzarote, Fuerteventura – to już nie były odskocznie, to były nowe terytoria, ich przyszły dom.
A potem – Wietnam. To nie był kolejny wyjazd, to była przemiana. Pętla Ha Giang – 300 kilometrów na motorze, trzy dni, góry, mgły, schody na Górę Smoka, Jaskinia Niespodzianka. Ich film Najtrudniejsza droga Wietnamu — przetrwaliśmy Pętlę Ha Giang to nie relacja turystyczna – to literatura podróżnicza, pełna emocji, zmęczenia, zachwytu. To był ich przełom. Oglądalność eksplodowała – ponad 16 tysięcy wyświetleń, a potem – jeszcze więcej. To nie byli już tylko ludzie z Kielc, to byli twórcy z голосem.
Ich kamera widziała też to, co traci się. Zalew w Cedzynie, który umiera, uszkodzona tama, opadająca woda – ich film UMIERA zalew w Cedzynie to nie tylko dokument, to protest, apel. To była chwila, kiedy zrozumieli, że mogą nie tylko pokazywać świat, ale też o niego walczyć. Podobnie jak wcześniej, z Zieloną Klonową – parkiem, który chcieli uratować. To nie były tylko filmy – to były działania.
A potem nagle – nie tylko oni. Pojawia się Karolina, ich córka, która wkracza do kadru. Jarmark w Wiedniu już nie był tylko o światełkach i cynamonie, ale o śmiechu dziecka, o rodzinie, która wspólnie odkrywa magię. Ich podróż staje się bliższa, cieplejsza. To nie są już dwie kamery – to trzy serca.
Z czasem zniknęły niektóre tematy – nie ma już tak często lekkoatletyki na arenie, nie ma aż tyle spotkań w bibliotekach, mniej jest lokalnych akcji społecznych. Ale za to więcej dronów, więcej profesjonalizmu, więcej Azji. Zniknęli też niektóreznajomi – nie ma już tak często Marcina Szczurkiewicza, choć jego duch biegnie razem z nimi, nawet w azjatyckich górach.
Ich największe sukcesy to nie tylko liczby – choć 16 tysięcy wyświetleń za Ha Giang czy 15 tysięcy za cztery jarmarki to imponujące – ale to, że zaczęli być widziani. Że ich głos, choć cichy i pełen uśmiechu, trafił do ludzi. Że ktoś patrzy i mówi: tak, to właśnie chcę robić.
A ich największe potknięcia? Może te pierwsze filmy, które nie wzięły gry, może ten wątek, który się nie udał, może nieudana scena z dronem w lesie – ale oni i tak to wrzucili. Bo wierzyli, że warto. Że każda próba jest krokiem naprzód.
Ich historia to nie bajka o tym, jak ktoś został bogaty i sławny. To opowieść o ludziach, którzy nie przestali marzyć, choć mieli po czterdziestce, choć pracowali w biurze, choć świat mówił, że czas się uspokoić. Oni zamiast tego wzięli kamerę, wsiadli do samolotu, wskoczyli na motor, wspięli się na wulkan, zdjęli buty na plaży w Saonie i powiedzieli: to jest nasze życie – pełne, nieuporządkowane, ale prawdziwe.
To historia o tym, jak etat nie musi oznaczać końca, tylko początku – tylko trzeba wiedzieć, kiedy wyjąć kamerę i nacisnąć przycisk nagrywania.