Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Podróże LosWiaheros

Podróże LosWiaheros
1K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżerower

LosWiaheros: O dwóch, którzy pojechali, żeby zobaczyć, czy da się wrócić

Nie zawsze wiadomo od razu, że życie weźmie kierunek, którego nikt nie planował. W przypadku LosWiaheros – pary podróżników z Polski, którzy niegdyś po prostu chcieli zobaczyć więcej świata – wszystko zaczęło się od rowerów, błota i jednej niepewnej decyzji, czy warto czołgać się przez dżunglę w Laosie z bagażem, który ważył więcej niż oni sami. Byli najpierw zwykłymi ludźmi, którzy gdzieś tam, między pracą, miastem i przewidywalnością, poczuli, że coś w ich życiu nie pasuje. Nie wiadomo, czy to była potrzeba przygody, czy może raczej brak cierpliwości do biurek – ale w pewnym momencie wsiadli na rowery i pojechali. Najpierw po Tajlandii, potem po Chinach, potem po całym Azji Środkowej, aż w końcu wyjechali tak daleko, że wrócić znaczyło już tylko przenieść się w myślach, nie nogami.

Ich kanał na YouTube powstał tak, jak to często bywa z najlepszymi rzeczami – niemal przypadkiem. Pierwsze filmy to krótkie ujęcia: motocyklowe wyścigi w Kupangu, taniec ladyboyów w Patong, sylwetki widoczne w świetle fajerwerków nad plażą w Nowy Rok 2012. W tle słychać śmiech, komentarze po polsku, z lekką ironią, jakby dopiero uczyli się patrzeć na świat przez obiektyw. Nie byli profesjonalistami, nie mieli ekipy, nie mieli nawet stabilizatora – ale mieli coś, co trudno udawać: autentyczność. I tą właśnie jakością wykupili się na początku, gdy oglądający widzieli nie tylko egzotyczne kraje, ale też dwoje ludzi, którzy nie boją się wyglądać na zmęczonych, głupich albo zmokniętych.

Z czasem zaczęły się pojawiać wątki, które trzymały serię filmów przy ziemi – dosłownie i metaforycznie. Rower, który Alicja straciła w Chinach, stał się motywem do krótkiego dramatu, a jego odzyskanie – niemal triumfem. Odtąd rower był nie tylko środkiem lokomocji, ale także symbolem ich podróży: coś, co ciągnie za sobą życie, co się psuje, ale daje się naprawić, co czasem trzeba pchać w górę, a czasem niesie cię z wiatrem. Kiedy w 2012 roku film o przejeździe rowerem przez Tajlandię zdobył ponad pięć tysięcy wyświetleń, a potem kolejne o wspinaczce w Yangshuo czy wędrówce po Mekongu, było już jasne, że ich historia nie kończy się na wspomnieniach dla znajomych.

Co ciekawe, choć przez wiele lat ich świat kręcił się wokół Azji – od chińskich pierogów, przez afgańskie szaszłyki, po tajską sałatkę z zielonej papai – to najwięcej uwagi przyciągnęło coś zupełnie innego: muzyka z lodu. W 2014 roku nagrany w Geilo w Norwegii materiał z Ice Music Festival eksplodował w popularności, osiągając ponad osiemdziesiąt tysięcy odsłon – więcej niż wszystkie poprzednie filmy razem wzięte. Było to dziwne, ale symboliczne: ludzie, którzy zaczynali od dżungli i błota, nagle zyskali najwięcej za coś, co brzmiało jak artystyczna fantazja. Może dlatego, że pokazali nie tylko widowisko, ale też ciekawość – jak to możliwe, że instrumenty z lodu grają? Jak to możliwe, że coś tak kruchego wydaje dźwięk? To pytanie, choć niepostawione wprost, zawisło w powietrzu – i wciągnęło widzów.

W międzyczasie LosWiaheros zaczęli rozmawiać z innymi. Nie tylko o podróżach, ale o życiu gdzieś daleko. Seria Podróżniczy Hangout – rozmowy na żywo z Polakami mieszkającymi w Australii, Indiach, Peru czy Ukrainie – stała się cichą rewolucją w ich treści. Były to nie tyle relacje z wyjazdów, ile rozmowy o emigracji, o tęsknocie, o trudnościach bycia kimś „z tamtego świata” w obcym kraju. Andrzej i Alicja siedzieli za laptopem, często w jakimś hostelowej kuchni, czasem z trzęsącym się połączeniem, ale z głęboką uwagą słuchałi ludzi, którzy wyjechali na stałe. Było to coś więcej niż turystyka – to była empatia, zorganizowana w formie cyfrowej kawiarni.

Ich podróż, choć zaczęła się jako ucieczka, stała się powolnym powrotem. Najpierw do Polski, potem do siebie. W 2016 roku zapowiedzieli pokaz NA ROZDROŻACH – nie o jednej podróży, ale o piętnastu latach, o losowych spotkaniach, granicach, które się zamykały, i szansach, które przychodziły z zupełnie nieoczekanej strony. Było to już nie tylko opowiadanie o świecie, ale o przemianie. I choć nie mówili tego wprost, film sugerował, że to, co najważniejsze, nie zdarzyło się w Afganistanie ani na Spitsbergenie, ale w głowach tych dwojga.

Spitsbergen, o dziwo, stał się jednym z najdłuższych cyklów w ich dorobku. Nie dla lodowców, nie dla niedźwiedzi, ale dla szczegółów – o skarpetkach, które mają być wodoodporne, o wtyczkach w samochodach, o miastach-duczach. Było to typowe dla ich stylu: nie pokazują cudów, tylko zastanawiają się, jak to działa. A kiedy w 2014 roku film o Światowym Banku Nasion zdobył tysiące odsłon, widać było, że ludzie nie tylko chcą widzieć krajobrazy – chcą też rozumieć, jak działa świat.

Z czasem ich świat się zmienił. Zaczęli jeździć nie tylko rowerami, ale też autem – starym Fordem Falconem w australijskim Outbacku, z dronem na pokładzie. Było to już nie tylko o przetrwaniu na drodze, ale o twórczości – o tym, jak robić piękne ujęcia, gdy nie ma prądu, a słońce pali jak opętane. Ale nawet wtedy nie stracili czucia dla ludzi. Gdy w 2020 roku Alicja opowiedziała o pożarze w Biebrzańskim Parku Narodowym – miejscu, gdzie kiedyś była wolontariuszką – zrobiła to z taką emocją, że film stał się nie tylko relacją, ale manifestem. Było w nim smutku, ale też troski. I jedno było pewne: nadal podróżują, ale już nie tylko po świecie – także po sobie.

Ich najnowsze filmy to najczęściej propozycje trasy rowerowej po Polsce – Wielkopolsce, Małopolsce, Lubuskiem. Jakoś naturalnie przeszli od „zobaczmy, co jest za granicą” do „zobaczmy, co mamy tu, w naszym kraju”. To nie rezygnacja, lecz dojście. Teraz to oni wskazują innym drogę, zamiast jej szukać. I choć czasem wspominają Afganistan, a nawet błędzący dzień w japońskim mieście, to widać, że ich centrum się przesunęło. Nie jest już gdzieś daleko – jest tu, między toruńskimi zaułkami, ścieżkami szlaku Piastowskiego i dobrym pomysłem na weekend.

Wśród gości pojawiali się kiedyś Maciek Klimowicz, Magda Biskup, Przemek Skokowski – ludzie, których drogi na chwilę się z nimi skrzyżowały. Niektórzy przestali się pojawiać, jakby życie rozprowadziło je w różne strony. A oni sami – Alicja i Andrzej – mimo że zniknęli z ekranu w ostatnich filmach, dalej są obecni. Może nie zawsze w kadrze, ale w narracji, w głosie, w wyborze kąta ujęcia. Ich historia nie kończy się, tylko zmienia ton – jak muzyka z lodu, która gra dłużej, niż się wydaje.

LosWiaheros to nie tylko podróż, ale proces – dwóch ludzi, którzy najpierw uciekali, potem wracali, a teraz pokazują, że świat jest duży, ale dom może być wszędzie.