
Podróże trenera – opowieść o Marcinie i jego drodze przez świat
Nie ma w nim ani odrobiny przesady, gdy mówi, że świat to jego klasa, a kamera – uczestnik podróży. Marcin, twarz i głos kanału Podróże Trenera, to nie tylko podróżnik, ale obserwator, cichy opowieści o miejscach, które często trafiają do naszych snów, zanim dotrzemy do nich fizycznie. Jego plan jest prosty, ale odważny – 100 krajów przed pięćdziesiątką. I choć cyfry na liczniku wciąż rosną, widać, że chodzi tu o coś więcej niż statystyki: chodzi o to, by świat nie został tylko miejscem na liście, ale o doświadczeniu, które zostaje w pamięci.
Początkowo wydawać by się mogło, że jego przygoda z podróżowaniem zaczęła się od wyjazdu za granicę, ale jeśli się przyjrzeć uważnie, to widać, że niepotrzebnie szukał daleko. Pierwsze filmy to wędrówki po polskich Sudetach, po Waligórze, Górze Borowej, po Wałbrzychu – mieście, które odwiedzał z uporczywością niemal archeologa. Tam, wśród dolnośląskich ruin i tajemniczych mauzoleów, które razem z rodziną zwiedzał w weekendy, rodziła się w nim pasja do eksplorowania. To były jeszcze chwile lokalne, ciche, pełne ciekawości, ale bez wielkich oczekiwań. Filmował, jakby notował dziennik – nie po to, by kogoś impresjonować, ale by zapamiętać. Pustynia Błędowska, Skalne Miasto w Czechach, Polska Sahara – to nie były marzenia o dalekich krajach, ale dowody, że ciekawe miejsca są bliżej, niż się wydaje.
Punkt zwrotny nadszedł wiosną 2023 roku, gdy Marcin zarzucił siatkę szeroko i poszedł za horyzont – do Jordanii. Tam, wśród wydm Wadi Rum, gdzie kręcono „Gwiezdne Wojny”, jego kamera nabrała nowej pewności. Zdjęcia z Petra, z pustynnych krajobrazów, z widoków na nocne niebo pełnego gwiazd – to były już nie tylko notatki, ale zaproszenia. Zaczął mówić nie tylko o miejscach, ale o klimatach, o ludziach, o tym, jak się czuje, gdy staje się częścią kraju, który do tej pory znał tylko z filmów. I choć jego pierwsze filmy z Bliskiego Wschodu nie od razu eksplodowały popularnością, to widać było, że coś się zmieniło – ton, sposób opowiadania, nawet kadry zaczęły być bardziej intymne, bardziej wiarygodne.
Z czasem jego kamera przemierzyła wybrukowane uliczki Wenecji, ślizgała się po klifach Algarve, wspięła się na skałę Gibraltaru, gdzie widać Afrykę, i zatrzymała na chwilę w Hiszpanii, by przyjrzeć się miastu zbudowanemu jak western. Każdy film był jak krok w nową prawdę – że podróż nie musi być luksusem, że można ją mieć pod ręką, że nawet w Marbelli, zwanym hiszpańskim Beverly Hills, warto zajrzeć nie tylko do jachtów, ale i do starówki, do pomarańczowego placu, który wygląda, jakby wyjęto go z ilustracji do książki o letnich wakacjach.
Ale to Malta otworzyła nowy rozdział. Film z stycznia 2024 roku, "Malta poza sezonem", odniósł nie tylko największy sukces oglądalniczy – ponad 36 tysięcy odsłuchań – ale też wyraźnie zmienił rytm kanału. Marcin zaczął mówić nie tylko o tym, co warto zobaczyć, ale o tym, jak warto przyjechać – czyli kiedy, jak się poruszać, gdzie oddychać ciszą. Powtarzał: „300 dni słonecznych w roku”, jakby chciał przekonać nie tylko widzów, ale i samego siebie, że warto wychodzić z domu nawet zimą. I rzeczywiście, potem szła seria filmów o Malcie – z Valletty, Mdinie, Gozo – jakby odkrył tam coś, co chciał zgłębiać dłużej niż jeden weekend. To była pierwsza trwała „miłość geograficzna” jego kanału.
Później zaczęło się coś innego – Afryka. Tanzania stała się nie tylko tematem, ale obsesją. Począwszy od cichego filmu o dżungli i plantacjach, przez wywiad z polską badaczką kultury Masajów, aż po własne wątki, w których mówił, że „zamieszkał z Masajami”, widać było, że przestał być tylko gośćm. Zrobił się częścią kraju, którego opowiadał. Jego filmy nabierały emocji – nawet tytuł jak „Kupiliśmy psa w Afryce” brzmiał jak początek nowej opowieści, choć nikt nie wie, czy to dosłowne czy ironiczne. Ale to właśnie w Tanzanii jego kamera zrobiła się cieplejsza, bardziej ludzka. Szkoły pośrodku sawanny, tańce Masajów, życie w wioskach – to nie były już tylko atrakcje, tylko ludzie, z którymi chciał być.
W tym samym czasie zaczęły pojawiać się miejsca, które istnieją tylko na papierze, a nie w mapach – jak Naddniestrze, „kraj, którego nie ma”, czyli de facto samozwańcza republika w Mołdawii, przesiąknięta duchem ZSRR. Tam, wśród betonowych bloków i ruskich flag, Marcin nie pytał, czy warto, ale pokazywał, jak to wygląda – surowo, czasem smutno, ale autentycznie. To były filmy bez uśmiechów, ale z myślą. I widać było, że te wędrówki zmieniają nie tylko kanał, ale i niego samego – z ciekawego vloggera w dziennikarza podróży, który nie boi się patrzeć prosto.
Jednak nie wszystko szło gładko. Były też filmy, które nie trafiły do publiczności – jak ten o Maladze, z Picassowskim domem i rzymskim teatrem, który zaledwie kilkuset osób oglądało. Albo filmy o Kazachstanie czy Uzbecystanie – pełne pięknych kadrowych jezior i kanyonów – które mimo wartości merytorycznej nie zdobyły dużych liczników. Niektóre wydawały się jak zagubione echa dawnych planów – może za ambitne, może za niszowe. I choć Marcin nie rezygnował, to widać było, że jego siła leży nie w egzotyce Azji Środkowej, ale w miejscach, gdzie historia i życie spotykają się w uliczce, na targu, w szkole.
Zniknęły też osoby. Dawid Fazowski, z którym spotkał się w Fazolandii i który pojawił się w jednym z pierwszych filmów, nigdy więcej nie wrócił do kanału. Tak samo – dzieci, które być może towarzyszyły mu na początku, ale które przestały się pojawiać wraz z głębszymi wyjazdami. Z czasem kamera pokazywała coraz rzadziej rodzinę, a coraz częściej samego Marcina – wędrującego, rozmawiającego, patrzącego. To była cena – im dalej się wyjeżdża, tym trudniej zabierać kogoś z sobą.
Gdy pojawił się Kanał Zielony Przylądek – film o wyjeździe na Cabo Verde – było jasne, że Marcin znalazł coś więcej niż nowy kierunek. To były kadry pełne życia, trekking w górach, miasteczka, które wyglądały jak wyrwane z czasu. Film "Wyspy Zielonego Przylądka – gotowy plan zwiedzania Cabo Verde" został drugim co do popularności – ponad 25 tysięcy odsłuchań – i pokazał, że jego głos najbardziej działa w miejscach, gdzie cywilizacja i dzikość są w równowadze.
A potem była Mauretania – film, który zaczął się od ostrzeżenia: „To miejsce nie jest dla każdego”. Pociąg z rudą żelaza, pustynia, zniszczony mercedes – to były obrazy prawdziwe, bez retuszu. I choć film nie odniósł rewelacyjnego sukcesu, to był najszczerszy. Bo nie zachęcał, tylko pokazywał. I to właśnie w tym momencie widać, kim naprawdę jest Marcin: nie tym, kto nam mówi, gdzie warto jechać, ale tym, kto pokazuje, jak to naprawdę wygląda – bez turystycznego filtrowania, bez uśmiechu, który nie pasuje do sytuacji.
Z czasem jego kamera przestała być tylko narzędziem do pokazywania miejsc – stała się wspomnieniem, relacją, a czasem nawet buntowniczym gestem. Przyjechał do Gruzji i nakręcił urbex w opuszczonym sanatorium – dwa razy, jakby chciał, byśmy zapamiętali, że niektóre miejsca są przerażające, bo były ludzkie. Pokazywał slumsy w Indiach, rozmawiał o cenach w Azerbejdżanie, porównywał F1 w Barcelonie – nie po to, by wywrzeć wrażenie, ale by powiedzieć: „Oto świat. Tak wygląda od środka”.
Im dłużej patrzy się na jego filmografia, tym wyraźniej widać, że Marcin nie ucieka od Polski – tylko z niej wyrasta. Nadal od czasu do czasu wraca: do Wałbrzycha, do Jarmarku we Wrocławiu – ale już nie tak, jak na początku. Teraz to są odskocznie, miejsca, z których odmierza odległość do reszty świata. I choć nie wiadomo, gdzie mieszka, to widać, że jego dom to nie adres, ale ruch.
Największe sukcesy? Oczywiście Malta, Cabo Verde, Tanzanii – te miejsca, gdzie głębia i ciepło spotkali się w jednym kadrowi. Największe potknięcia? Może te filmy o Azji Środkowej, które choć piękne, nie trafiły do serca publiczności. Albo chwile, gdy kamera trzęsła się zbyt mocno, a głos był za cicho – ale to nie były błędy, tylko ludzkość.
Tematy, których unika – nie ma tu romantycznych opisów hoteli, nie ma „top 10 najlepszych restauracji”, nie ma przesłodzonych uśmiechów przed kamerą. Zniknęły też wyliczanki „czy warto jechać?” – bo teraz on nie pyta, tylko pokazuje. I czasem mówi: „nie, to nie dla każdego”.
A najważniejsze? To, że mimo wszystko – mimo zmian, mimo wzlotów i upadków, mimo że pięćdziesiątka się zbliża – on nadal jedzie. Do Mauretanii, do Mołdawii, do Kosowa – tam, gdzie inne kamery nie docierają. I robi to nie po to, by być najpopularniejszy, ale by być prawdziwy.
To historia człowieka, który nie uciekał od życia, ale wybrał je szukać w miejscach, gdzie świat przestaje być taki, jak go znamy.