
Podróżnicza Endorfina: opowieść o mężczyźnie, który uciekał przed zimnem i znalazł się w niebie
Nie zawsze trzeba mieć plan, by trafić tam, gdzie się należy. Kiedyś, w chłodny sierpniowy poranek, ktoś wziął telefon, włączył kamerę i powiedział do ekranu: „Wyruszam w podróż po malowniczej Albanii”. Nie było tam efektów specjalnych, nie było narracji z głębokim podkładem dźwiękowym — była tylko zwykła chęć pokazania czegoś, co poruszyło. Tak zaczęła się przygoda Podróżniczej Endorfiny, kanału, który stopniowo przekształcił się z cichej eksploracji Bałkanów w pełnoprawne wędrówki po najpiękniejszych zakątkach Europy, a na końcu — w smakowite, pełen ironii refleksje nad życiem, turystyką i tym, co znaczy być Polakiem daleko od domu.
Początkowo mieszkał w Warszawie. O tym świadczy jeden z pierwszych ujęć — mroźny poranek, -8 stopni, samolot odlatuje, a za oknem zimowy pejzaż. Ale już miesiąc później kamera ląduje na Malcie przy 20 stopniach ciepła. To był początek przerwy zimy, która szybko stała się stylem życia. Zimą — ucieczka. Latem — powrót do rajskich plaż, ale tym razem nie jako turysta, lecz jako ktoś, kto zna już ten taniec cen, sezonów i lokalnych uśmiechów. Przez pierwsze odcinki z Albanii widać, że fascynuje go nie tyle luksus, ile autentyczność — spotkania z Elvisem, który mieszka w Sarandzie i śpiewa dla turystów, wizyta na największej farcie muszli w kraju, rozmowa z rolnikiem, który łączy pasję z pracą. Tam, wśród albańskich Karaibów, rodzi się ton kanału: ciekawość, szacunek, ale i dystans — łagodny, nieurazający, z nutą uśmiechu.
Albania była pierwszą prawdziwą miłością jego kamery. Wracał tam ponownie, rok później, z pytaniem: „Czy nadal jest tanio?”. Już nie tylko pokazuje krajobrazy — analizuje. Sprawdza ceny w sklepach, obserwuje zmiany na plażach, porównuje to, co było, z tym, co jest. Widzi, jak Ksamil, niegdyś ustronną oazę, zmienia się pod naporem turystów. Zauważa, że raj może być ulotny. Ale nie rezygnuje. Wręcz przeciwnie — zagłębia się. Odwiedza miasto tysiąca schodów, wspina się do Gjirokastry, wędruje po kanionach, a na koniec zatrzymuje się w miejscu, gdzie konie idą do baru — tak, dokładnie, do baru — i pozwala temu obrazowi mówić samemu za siebie. To nie materiał turystyczny. To małe socjologiczne studium Bałkanów.
Potem są kolejne kraje, ale zawsze z tym samym podejściem: nie tylko zobaczyć, ale zrozumieć. Malta zostaje zaangażowana jako miejsce, gdzie „widok jest wart milion dolarów”, ale i jako wyspa, gdzie po zmroku można spotkać kraby i wpaść w nocną przygodę. Portugalia staje się drugim domem. Lisboa, Porto, Algarve — każdy region opowiedziany z mieszaniną podziwu i lekkiego sarkazmu. Zauważa, jak turystyka rozwija się jak epidemia, jak miasta zmieniają się pod wpływem nowych mieszkańców, jak ceny rosną, a dawny klimat ucieka. Ale nie osądza. Pokazuje tylko: oto Aveiro, portugalska Wenecja, gdzie początek był nudny, a koniec — niesamowity. Oto Porto, gdzie szuka „prawdziwego” miasta, a nie tylko zdjęć do Instagrama. I oto Sagres, gdzie ocean pokonał go po raz pierwszy — i nie był to koniec, ale początek.
Z czasem widać, jak zmienia się format. Z klasycznych vlogów podróżniczych, z kamerą w ręku i narracją z ekranu, przechodzi do bardziej dojrzałych form — wywiadów, refleksji, głębszych rozmów. Największy przełom następuje, gdy spotyka Roberta — Polaka, który osiedlił się na stałe w Sarandzie. Wtedy kanał robi krok dalej: z turystyki do życia. Powstaje materiał „Prawdziwe oblicze Albanii”, w którym porusza się tematy mieszkaniowe, bezpieczeństwo, relacje z lokalnymi. To nie są już tylko piękne widoki — to analiza, z sensem humoru, ale z głową na karku.
Portugalia, a potem Cypr, są miejscami, gdzie testuje swoje granice. Na Cyprze doświadcza jednego z największych potknięć — „apartament z koszmaru”, brud, niebezpieczny prąd, miejsce, które wygląda jak melina dla degeneratów. Ale nie wycofuje się. Pokazuje to — z odwagą. I potem kontrastuje to z jednym z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie widział. To metafora całej jego podróży: nie jest idealna, ale za to prawdziwa.
Na Cyprze Północnym, w Varosha, miastę widmie, śledzi ślady historii, wątki wojenne, wojsko, które wciąż zaznacza swoją obecność. Pyta, co kryje się za murami, ale nie narzucza odpowiedzi. Woli pokazać, a nie mówić. A kiedy wraca z tej wyspy, robi to z wyraźnym zmęczeniem, ale i satysfakcją. Zakończył serię, ale nie koniec podróży.
Następnie zaczyna się nowa faza — europejskie skoki. Szybkie wizyty: Wenecja w 24 godziny, Nizza, Alicante, Benidorm. Widać, że coraz częściej analizuje nie tylko kraje, ale też samą turystykę. Pyta, czy Alicante „rozbiło bank”, czy Wenecja potrafi zawrócić w głowie w jeden dzień. Porusza się po Europie jak ktoś, kto zna reguły gry. I nagle — powrót. Do Polski. Wrocław, Tatrzański szlak jesienią. Ale to nie są już tylko zdjęcia z domu. To świadome oddechy. Rolek nocą po Wrocku, hiking w górach — wszystko to ma charakter powrotu do siebie, a nie ucieczki.
Wkrótce znów wyjeżdża — do Chorwacji. Tym razem nie po to, by uniknąć zimy, ale po to, by znaleźć miejsca „bez tłumów”. Odkrywa wyspy, które nie są na pierwszych stronach przewodników, przyjeżdża do miast, gdzie ludzie skaczą z mostu, a krajobraz przypomina Księżyc. W Trogirze stwierdza: „Grubo albo wcale”. Nie ma półśrodków. I jakby mówił to o sobie: albo raj, albo nic.
Sycylia staje się kulminacją. To nie tylko podróż — to filmowa opowieść. Odwiedza Savocę, prawdziwe Corleone, gdzie kręcono „Ojca Chrzestnego”. Zje w Bar Vitelli, stoi przy kościele ślubu Michaela Corleone. Potem wędruje do Taorminy, wspiąć się na Etnę, zimą. W tytule jednego z odcinków pisze: „Ojciec chrzestny – mafijna Sycylia i urok Taorminy”. I choć to brzmi jak clickbait, to nie jest. To jego sposób powiedzenia: oto kultura, oto historia, oto jedzenie, oto ja. W Palermo nie robi listy „top 10”. Prosi: „Zostaw suba, jeśli lubisz podróże z duszą i refleksją”. I to właśnie jest sednem całej opowieści.
Z czasem znikają niektóre tematy. Nie ma już filmów o korporacjach, nie ma wspomnień o pracy w biurze. Nie ma też stałych gości, poza nielicznymi wyjątkami — Robertem z Albanii, Elvisem, Wrockiem, psiem, który chyba towarzyszy mu w rolekach po Wrocławiu. Zniknęły też najwcześniejsze formy — krótkie „shortsy” z wykrzyknikami i trendowymi hashtagami. Została narracja, głębia, lekka ironia. I kamery: Lumix, GoPro, iPhone, dron — wszystkie pracują na rzecz obrazu, nie efektu.
Największe sukcesy? Odcinek „Intro Podróżnicza Endorfina” z 2023 roku, który zdobył ponad 19 tysięcy odsłon — nie dlatego, że coś obiecuje, ale dlatego, że pokazuje, kim naprawdę jest: nie influencerem, ale podróżnikiem. Drugi sukces — odcinek „Czy Zakynthos jest przereklamowany?”, gdzie nie boi się powiedzieć: czasem raj nie jest wart kolejki po godzinę. I trzeci — rozmowa z Robertem, która pokazuje, że można żyć inaczej.
Największe niepowodzenia? Apartament w Cyprze. Wrak statku w Zakynthosie, do którego warto, ale tylko jeśli nie maśnie się w samochodzie. I momenty, gdy mówi: „Ocean mnie pokonał”. Ale to nie są klęski. To część podróży.
A kiedy kończy serię o Sycylii, nie mówi „do zobaczenia”. Mówi: „To już ostatnia część mojej sycylijskiej przygody”. Spokojnie. Bez napięcia. Jak ktoś, kto wie, że nie kończy, tylko kończy etap.
Na Boże Narodzenie 2025 roku przesyła krótkie zdanie: „Wesołych i spokojnych Świąt”. I to wszystko. Bez pyrotechniki, bez zbyt wielu obietnic. Tylko człowiek, który pokazuje świat, nie udając, że go zmieni.
To opowieść o tym, jak ktoś zaczął od ucieczki przed zimnem, a znalazł sens w podróży.