Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Poljska kulturna udruga Polonez

Poljska kulturna udruga Polonez
500+ subskrybentów
Obserwuj
kulturahistoriapolityka

Opowieść o Polonezie

W sercu Dalmacji, gdzie Adriatyk oblewa starożytne kamienie Spalatu, a w powietrzu miesza się słone widoki z wonią karnawału, działa towarzystwo, którego istnienie przypomina raczej cichą pieśń niż głośny hymn. Nazywa się Polska Udruga Kulturalna Polonez, choć dawniej figurowało jako Polskie Towarzystwo Kulturalne. To nie tylko nazwa, ale przysięga — przysięga utrzymywania ducha polskości w obcym, choć gościnnym, kraju. Ich kanał YouTube nie promuje się hałaśliwie, nie błyszczy efektami specjalnymi, ale ma w sobie coś z archiwum rodinnego albumu — starannie zgromadzone chwile, w których widać, jak kultura przetrwała dzięki uporowi kilku osób, które wiedziały, że święta bez śpiewu, a pamięć bez wystawy, są jak wigilia bez barszczu.

Początki były skromne, jak przystało na inicjatywę rodem z 2010 roku, gdy filmowanie na telefonie jeszcze nie oznaczało produkcji, lecz dokumentacji. Pierwszy materiał, zimowy i pełen ciepłych ton, pokazuje wigilię polonijną w Pałacu Dioklecjana — miejsce, gdzie rzymski cesarz odpoczywał, a polscy emigranci w XXI wieku świętowali Boże Narodzenie. Było to widowisko nie tylko kulturowe, ale i symboliczne: Polacy w Chorwacji, zgromadzeni wśród ruin starożytności, tworząc nową warstwę historii. W kolejnych miesiącach kamera towarzystwa ruszyła w świat — najpierw do Mostaru, gdzie odwiedzono bosniacką Polonię, potem do Medjugorja, na pielgrzymkę ku pamięci papieża Jana Pawła II. Tamtejsze ujęcia, choć technicznie proste, miały w sobie coś z mistycyzmu — wiara jako przewodnik, a nie tylko temat filmu.

W 2011 roku doszło do przełomowego wydarzenia — wystawa „Czarów z soli”, po raz pierwszy prezentowana w Chorwacji, zorganizowana właśnie przez Polonez. Sól z Wieliczki, przewieziona aż nad Adriatyk, stała się metaforą: coś, co trwa, choć wydaje się proste i powszechne. To była nie tylko prezentacja folkloru, ale także dowód, że mężczyźni i kobiety z towarzystwa potrafią przyciągnąć uwagę — nie tylko społeczności polskiej, ale i lokalnej. Rok później, już po dłuższej przerwie, pojawił się film o 70. rocznicy Powstania Warszawskiego — z koncertem utworów Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poetę, który sam był synem emigranta. Znowu więc historia krążyła w koło: wspomnienie buntu, śpiewane w języku, który nie był tu rodzimy, ale który ktoś postanowił nie zapomnieć.

W 2014 roku nastąpiła przerwa, jakby po ostatnim tchnieniu sił. Ale w 2015 roku Polonez powrócił — tym razem nie z uroczystością, lecz z wywiadem w chorwackiej telewizji, poświęconym filmowi „Ida”. Było to ważne — oznaczało, że towarzystwo przestało tylko działać dla siebie, zaczęło być widoczne dla szerokiego odbiorcy. Romans, członek stowarzyszenia, pojawił się przed kamerą, mówiąc o polskim kinie, o tożsamości, o dwoistości wyborów. To był moment, w którym Polonez przestał być tylko klubem emerytów i zaczął być uczestnikiem dialogu kulturowego.

Potem, w 2016 roku, nastąpił cichy, ale znaczący przełom — dzieci. Najpierw festyn miliona potraw z bobu, potem, już w czerwcu, nurek — nie dosłownie, ale niemal. Uczniowie polskiej szkoły w Splicie, najmłodsi reprezentanci polskiej wspólnoty, wskoczyli do Adriatyku dzięki pomocy klubu nurków z Bracza. Film o ich pierwszym nurkowaniu stał się najpopularniejszym materiałem kanału — 1557 wyświetleń to więcej niż wszystkie inne razem wzięte z pierwszego okresu działalności. Było to nie tylko widowisko, ale także nadzieja: polska kultura nie tylko przetrwała, ale przekazywana jest dalej — pod wodą, między rybami, wśród bąbelków powietrza.

W 2017 roku obchodzono dziesiątą rocznicę działalności — wydarzenie, które przyciągnęło uwagę chorwackiej telewizji HRT. Powstała wystawa w Muzeum Etnograficznym w Splicie, pt. „Polacy w Dalmacji na przestrzeni stuleci”. To był szczyt — nie rozgłosu, ale znaczenia. Archiwalne zdjęcia, historie rodzin, ślady po emigrantach — wszystko to zostało uporządkowane i oficjalnie uznane. Wówczas jeszcze wierzyło się, że Polonez ma przyszłość muzealną, że będzie się rozrastać, że kolejne pokolenia będą kontynuować sprawę. Ale potem... potem nastała cisza.

Nie żeby zniknęli. W 2019 roku pojawił się film o śladach Polaków na wyspie Šolta — Dom Polski, tablica pamiątkowa Piłsudskiego, ziemia Chrobrzyn. To był materiał o korzeniach, ale także o zagubieniu — bo pokazywał przeszłość, nie teraźniejszość. Spotkania z okazji Dnia Niepodległości były nagrywane dwa razy, jakby ktoś próbował upewnić się, że się udało. Ale potem — kolejna przerwa. I już tylko jeden film w 2021 roku, z okazji 230. rocznicy Konstytucji 3 Maja, z nieco chaotycznym zestawem utworów, jakby podjęto decyzję: „nagrajmy wszystko, bo kto wie, czy kiedyś znów będzie okazja”.

Z czasem zniknęły niektóre tematy — pielgrzymki, wycieczki, warsztaty międzypokoleniowe. Nie widać już dzieci, nie ma nowych inicjatyw szkolnych. Romans, który kiedyś mówił o kulturze w telewizji, przestaje się pojawiać. Barbara Figurniak i Mateusz Jarosz — artyści z koncertu w 2014 roku — też nie powracają. Wydaje się, że to, co kiedyś było żywe, stało się archiwum. Nie ma już festynów, nie ma nurkowań, nie ma dialogu z HRT. Oglądalność spada do dwóch wyświetleń — nie dlatego, że nikt nie chce oglądać, ale dlatego, że nikt nie wie, że coś się wciąż dzieje.

Największym sukcesem Polonezu było to, że w ogóle przetrwał tyle lat w małej wspólnotie, że zdołał zorganizować wystawy, nagrać koncerty, urządzić spotkania. Największym potknięciem — brak ciągłości, brak przekazania pochodni dalej. Filmy o największej popularności to te, które pokazują dzieci i naturę — nie uroczystości, ale życie. I właśnie to najwyraźniej chwyciło serca: nie przemówienia, ale buzenie w wodzie.

Historia Polonezu to opowieść o tym, jak mała grupa ludzi, z oddanym sercem i skromnymi środkami, przez chwilę uratowała wspomnienie, by potem — powoli — oddać je czasowi.