
Pomiędzy Światami: opowieść o podróżniku, który zaczął od Etny
Niektórzy trzymają się ziemskich zakorzenień, a inni – jakby od urodzenia nosili w sobie niepokój, który można ugasić tylko nowym horyzontem. Tak właśnie było z twórcą kanału Pomiędzy Światami, człowiekiem, który pięć lat temu postanowił, że jego życie przestanie być przewidywalne. Zamiast biura, stałych godzin i wygodnej rutyny, wybrał plecak, drogę i pełen niepewności autostop. Jego pierwsze kroki na tej nowej ścieżce zaprowadziły go na Sycylię – tam, wśród cytrynowych drzew, starożytnych ruin i dymiącej Etny, zaczął się nowy rozdział. Pierwsze filmy, pełne emocji i prostych porad, były jak listy od przyjaciela, który nagle powiedział: „wyjeżdżam” i rzeczywiście wyjechał.
Początkowo jego przygoda była cichością, którą opowiadał tylko sobie, zapisując w blogu to, co widział. Ale po odwiedzeniu pięćdziesięciu krajów – liczba, która sama w sobie brzmi jak wyzwanie – coś się przebudziło. Postanowił wziąć kamerę, wprowadzić się w rolę narratora swojej własnej epopei i zacząć dzielić się tym, co najbardziej go poruszało: światem, który był dla niego nie kończącą się książką, której trzeba tylko otworzyć kolejne rozdziały. Tak powstał kanał, który w początkach wyglądał jak przygoda z niedoskonałym dźwiękiem i niezgrabnymi przejściami, ale emanował szczerością, jaką trudno udawać.
Z Sycylii popłynął do Meksyku, i to właśnie tam jego podróż przybrała zupełnie inny wymiar. Meksyk stał się dla niego nie tylko krajem, ale obsesją – miejscem, które pokazywał z taką szczegółowością, jakby chciał, by widzowie mogli w nie wprowadzić się razem z nim. Mieszkając w Meksyku, eksplorował nie tylko turystyczne atrakcje, ale też jego codzienność: jak działa metrobuse, gdzie najlepiej zjeść lokalne dania, co się dzieje w najtańszych motelach, a nawet jak wygląda życie kobiety, która bierze go na randkę do takiego miejsca – film, który od razu wyróżnił się od reszty, nie tylko z powodu fioletowej latarki, ale i naturalności, z jaką poruszał granice norm. Wspólnie z Mone, meksykańską koleżanką z Couchsurfingu i twórczynią własnego kanału, nagrali film, który był jednocześnie eksperymentem, żartem i przykładem tego, jak świat stało się dla niego miejscem bez granic – nie tylko geograficznych, ale i społecznych.
Przez Meksyk podróżował stopem, co czasem się odwzajemniało niezwykłymi doświadczeniami, a czasem kończyło się całodziennym czekaniem przy drodze w upale. Zdarzyło mu się, że cały dzień autostopu przyniósł tylko pięćdziesiąt kilometrów – dzień, który określił jako jeden z najgorszych. Ale potem, jakby los chciał to nadrobić, pojawił się ten „złoty strzał” – ktoś, kto zabrał go aż do Campeche, miasta, które go uroczyło swoją karaibską architekturą i spokojem. Tam zjadł rekina, spał w radiowozie policyjnym (który przypadkiem zatrzymał się, by go podwieźć), i zdążył pokochać nawet najmniej turystyczne zakątki. Meksyk był dla niego jak miłość: pełen sprzeczności, niebezpieczeństw, ale też niesamowitych serc ludzi, którzy – mimo że nie mówili po angielsku – zapraszali go do domów, dzielili się jedzeniem i opowiadali historie, które nie trafiły do kadrów, ale pozostały w pamięci.
Jego pobyt w Meksyku trwał trzy i pół miesiąca, a filmy z tego okresu – od Sycylii po Cancún – tworzyły niemal cykl dokumentalny, w którym widać było, jak podróżnik się zmienia. Początkowo opowiadał o miejscach, potem – o ludziach, a w końcu o sobie. Relacjonował bycie śledzonym w Guadalajarze, co traktował z charakterystyczną, lekko sarkastyczną nonszalancją – „🙄🙄🙄” w tytule filmu mówiło więcej niż dziesięć minut opisu. Pokazywał też, jak doświadczył śmierci psychicznej – nie swoją, ale młodego Meksykanina, który zaatakował go alkohol i który, jak opowiadał, został przez niego uratowany przed uduszeniem. To była jedyna chwila, gdy jego głos się załamał, a film był docięty, bo nie zdążył skończyć historii.
Po Meksyku nie było od razu następnej przygody. Najpierw wrócił do Europy, ale nie do Polski – przynajmniej nie na dłużej. Zjawił się w Belgii, gdzie nagrał film o cenach w Lidlu, porównując je z innymi krajami. To był dziwny film – codzienny, niemal gospodarczy – ale on traktował go poważnie, jak eksperyment socjologiczny. To samo zrobił później w USA, Gwatemali, Salwadorze, Nikaragui, Kostaryce i Panamie. Serie o cenach w najtańszych supermarkach stały się jego nieoczekiwanym znakiem firmowym – jakby chciał powiedzieć: „nie tylko rajskie plaże, ale i ile kosztuje tam chleb i mleko”. I właśnie te filmy, najmniej widowiskowe, okazały się jego największym sukcesem – film o cenach w USA zbierał ponad pięć tysięcy odsłon, a ten o Panamie – blisko cztery tysiące. Ludzie nie oglądali go tylko po to, by marzyć o podróżach, ale by wiedzieć, jak je zrobić taniej.
W USA zatrzymał się w Nowym Jorku i Miami, gdzie pokazywał nie tylko Empire State Building czy Times Square, ale też dziwne doświadczenia z Couchsurfingiem i tajemnicze stacje metra. W Gwatemali szedł dalej: piekł pizzę na aktywnym wulkanie Pacaya – chyba jedyna rzecz, której nie da się powtórzyć w domu bez kuchenki. W Salwadorze niemal został deportowany – przygoda, która mogła się skończyć tragicznie, ale on opowiedział ją z humorem, jakby to była kolejna anegdota z „dziwnych granic”. W Nikaragui złamał palec, ale nadal kręcił filmy – z opatrunkiem i uśmiechem. W Kostaryce pokazał zarówno „Pura Vida”, jak i smród ulic San José, nie oszczędzając widzów przed drugim obliczem rajskiego kraju. A w Panamie świętował sylwestra, spacerował po Casco Viejo i udzielał porad, jak dostać darmowe kody na Airbnb – drobny, ale przydatny sekret, który podkreślał jego fascynację sztuczkami oszczędzania.
W jego historii widać wyraźny przeskok: z kanału o miejscach na kanał o logistyce podróży. Z czasem zniknęły emocjonalne narracje o „miłości do podróży”, ustąpiły miejsca poradom, porównaniom cen i praktycznym wskazówkom. Zmniejszyła się liczba filmów o kulturze, a wzrosła liczba tych o „jak przeżyć taniej”. Zniknęły również osoby, które początkowo się pojawiały – zarówno Mone, jak i inni goszczący, którzy kiedyś otwierali mu swoje domy, teraz przestali się pojawiać. Jego narracja stała się bardziej osamotniona – jakby podróż stawała się coraz mniej społeczna, a bardziej systemem, który trzeba opanować.
Nigdzie nie mówi, gdzie mieszka, ale jego trasy sugerują, że jego domem jest droga – najczęściej w Ameryce Środkowej, czasem w Europie, rzadziej w USA. Jego największe sukcesy to nie statystyki oglądalności, ale te momenty, gdy coś się nie powiodło – złamany palec, deportacja, autostopowy zawód – a mimo to film powstał. Jego największe niepowodzenia to chyba te, których nie pokazał: może porażki w kontaktach, może zmęczenie, które nie zmieściło się w scenariuszu. Ale to właśnie te luki sprawiają, że jego historia jest prawdziwa – nie dlatego, że wszystko się powiedzie, ale dlatego, że on nadal idzie dalej.
Jego najpopularniejsze filmy to właśnie te o cenach – Belgia, USA, Panama – miejsca, gdzie codzienność stała się treścią. A te najmniej oglądane – jak miasteczko San Juan De Los Lagos czy najtańszy motel – to właśnie te, które najbardziej go poruszyły. Jest w tym ironia, której on pewnie nie zauważa.
Opowieść twórcy Pomiędzy Światami to historia człowieka, który wybrał drogę nie dla ucieczki, ale dla poznania – najpierw geografii, potem ludzi, a w końcu siebie, w świetle różnych walut i cen chleba.