
Przemysław Przemyślny – podróżnik z humorem i pytaniem w kieszeni
Był kiedyś w Polsce niejaki Przemysław, nazwany przy komputerze Przemyślnym nie dlatego, że tak właśnie go widzą znajomi, ale raczej jako drobny zabieg brandingowy — nawiązanie do rzetelności, refleksji, może nawet przesadnej troski o szczegóły. Tyle że jego podróżniczy ślad nie mówi o zbytnim przemyśleniu, a raczej o ciekawości, spontaniczności i lekkim zakłopotaniu rzeczywistością. Jego kanał to nie tyle poradnik, co dziennik z linii frontu — świata turystyki, granic, promów i miejsc, gdzie trudno kupić zapasowe żarówki.
Zaczynał w małej skali, z Wrocławiem w tle i ulicą Ćwiartki 3/4 jako punktem orientacyjnym — jakby szukał nie tyle miasta, co humorystycznego tonu, który miałby towarzyszyć dalszym krokom. Pierwsze filmy to ciche eksperymenty: Włochy, Czechy, francuskie marzenia. Ale to Grecja, ta zachodnia Krety, z rejsami, musaką i katastrofalnym podejściem do logistyki, daje pierwszy prawdziwy impuls. Nagle widać, że Przemysław nie tylko podróżuje — zaczyna opowiadać. O tym, jak piękno może iść w parze z frustracją, jak rejs na Santorini może być zarówno marzeniem, jak i życiem na krawędzi.
Przez chwilę wydaje się, że jego życie to seria wakacji, lecz szybko pojawia się wzór: podróż jako stały stan. Chorwacja staje się jego drugim domem — nie tyle z powodu afektu, ile z powodu powrotów. Wyspa Krk, najwęższa ulica świata, głagolica, plaże, życie codzienne, ból mięśni po górskich szlakach — wszystko to opowiada z miną człowieka, który nie wie dokładnie, po co tam się wybrał, ale postanowił to zanotować. Jego film o Jeziorach Plitwickich to jeden z przełomów: liczba wyświetleń skacze, a jego styl zaczyna się kristalizować — mieszanina rachunku zdrowego rozsądku i lekkiego wzruszenia pięknem. „Cud Chorwacji” — mówi — i choć nie przekracza granicy sentymentalizmu, widać, że coś w nim drgnęło.
Ale nie wszystko idzie gładko. Widać to w nagłówkach: „Baška czy Krk — co wybrać?”, „wichrowata podróż przez Alpy”, „odwołane loty”, „szukamy mleka w maju”. To nie są triumfy, to raczej próby zrozumienia, jak funkcjonuje świat za granicą, gdy nie ma się planu. Czasem brakuje żarówek, czasem otwarcia sklepów, czasem pogody. I właśnie te potknięcia, te drobne katastrofy, nadają jego historii autentyczność. To nie jest podróżnik, który wszystko ma zorganizowane — to facet, który wie, że w maju w Chorwacji można już jeść, ale niekoniecznie pływać.
Jego krąg to cichy kraj, gdzie muzyka etruska z Denis i Denis płynie obok obrazów z Perugii, a fascynacja winami Chianti idzie w parze z degustacją potraw, o których nikt nie słyszał. Pojawia się znajomy: podróżnik o pseudonimach Leszek Zygmunt, Tociech, Snake — ktoś, kto cytuje się, jakby był mitem rodinnym, opiekunem ducha podróży. Nie wiadomo, czy to żywa osoba, czy wytwór narracji, ale jego obecność dodaje warstwę refleksji — jakby Przemysław nie tylko oglądał świat, ale próbował go zrozumieć przez czyjeś doświadczenie.
Z czasem wyjazdy stają się dalej sięgające. Litwa — Wilno — to przełom. Film o strachu przed pierwszą podróżą na wschód od Polski ma tytuł „Baliśmy się tu przyjechać”, a kończy się „Już się nie boimy”. To nie jest tylko zmiana geografii — to metamorfoza tonu. Teraz już nie tylko pyta „czy warto?”, ale stwierdza „warto”. Więcej muzeów, więcej historii, więcej głębi. Zamek Giedymina, ślady Polaków, Główne Miasto Wilna — wszystko to opowiada z szacunkiem, ale bez przesady. Nadal nie zapomina o humorze: „W Wilnie smakujemy kuchni litewskiej”, jakby to była odważna decyzja.
Anglia, Francja, Wenecja, Turcja, Sardynia — świat się rozszerza. Ale widać, że nie wszystko zostaje. Znikają postacie, które mogłyby być bliskimi — żadna twarz nie pojawia się regularnie, poza tą muzyką i pseudonimem Snake. Znikają też tematy: nie ma już wzmianek o Polsce, poza krótkim powrotem do Busko-Zdroju i Koziołka-Matołka. Nie ma już „co dalej w 2024?” — z Gdańska przychodzi tylko jedno pytanie, a potem cisza. Widać, że coś się zmieniło: kanał nie jest już tylko o podróżach, ale o byciu gdzieś indziej. Na stałe.
Szczyt popularności to „Baliśmy się tu przyjechać” — ponad 56 tysięcy wyświetleń — film, który mówi więcej niż jego tytuł. To nie o Litwie. To o pokonywaniu bariery, o przejściu z obawy do ufności. Ale potem liczby spadają. Widać, że nie chodzi już tylko o wyświetlenia. To, co kiedyś było eksperymentem, staje się rutyną — ale rutyną z klasą. Prowansja, Lazurowe Wybrzeże, Półwysep Pelješac — to już nie pytania, ale stwierdzenia. „Wakacyjna mekka Polaków” — mówi spokojnie, jakby znał sekret, którego nie chce głośno wyjawić.
Jego największe sukcesy to nie tylko filmy z największą oglądalnością, ale te, które wyznaczają zmiany: Grecja (katastrofa na Santorini), Litwa (pierwszy raz na wschód), Francja (od Prowansji po Oksytanię), Turcja („NAPRAWDĘ jest w Turcji”). A największe potknięcia? Brak żarówek, odwołane loty, mleko w maju, zatłoczone plaże na Pagu. To właśnie one nadają mu charakter — nie jest nieomylnym przewodnikiem, ale człowiekiem, który też się myli.
Tematy, których unika, są tak samo ważne jak te, które porusza. Nie mówi o pieniądzach, o rodzinie, o pracy. Nie ma polityki, nie ma promocji, nie ma sponsorów. Tam, gdzie inni reklamują, on pokazuje. Tam, gdzie inni przeklinają, on wzrusza ramionami. Jego historia to historia zwijania się z obowiązku rozrywki, by zostać obserwatorem — cichym, upartym, czasem niezgrabnym, ale zawsze obecnym.
Gdzie mieszka? Trudno powiedzieć. Przebywa: w Chorwacji, we Włoszech, we Francji, w Turcji. Jego dom to kamera, torba i pytanie: „czy warto?”.
A więc tak — Przemysław Przemyślny to nie ten, kto wie wszystko, ale ten, kto chce sprawdzić.