
Przewodnik z Islandii: opowieść o człowieku w kraju, gdzie ogień spotyka lód
Od 2017 roku obcował z Islandią tak, jakby to była jego druga skóra – nie kochając jej na ślepo, nie spoglądając przez różowe okulary, ale z tą mieszaniną szacunku, praktyczności i dawki sarkazmu, która tylko duchowi, co naprawdę na czymś polega, może wyjść na dobre. Przeprowadzono się tam nie po to, by uciec od świata, lecz by pokazać świat taki, jaki jest: nieprzewidywalny, surowy, czasem urzekający, a czasem kąsający śniegiem prosto w twarz. Mieszka na wyspie, którą wielu tylko przelotnie pokazuje w soczewce swoich kamer, ale on wybrał długość długą – zaprzęgł się do rzetelnego opowiadania. A więc nie był przewodnikiem od zawsze, ale do przewodnictwa trafił jak do domu – stopniowo, z biegiem lat, zim, law, i tysięcy turystów, co z nim wędrowali.
Zanim stał się głosem „Przewodnika z Islandii”, jego życie toczyło się w racjonalnych szlakach, teraz już nieobecnych w jego narracji. Było nim coś, co nie występuje w filmach, ale co widać w tonie jego głosu – doświadczenie pracy, planowania, odpowiedzialności. Nie był mitycznym wędrowcem, który tylko wsiadł na statek i popłynął, by odnaleźć się pośród lodowców. Był kimś, kto przemyślał, zastanowił się, porównał cenę paliwa i temperatury zewnętrznej, zanim wykonał decyzję – a potem ją przeprowadził. I to właśnie ta cecha, ta pragmatyczna podstawa, stała się fundamentem jego kanału: nie chce robić show, chce robić sens.
Jego historia to historia zmiany perspektywy – nie tylko geograficznej, ale narracyjnej. Zaczynał od opowieści o miejscach, które odwiedzał, a szybko przeskoczył na opowieść o tym, jak te miejsca można przetrwać. W 2024 roku mu się to układało: stworzył cykl „Opowieść o Krainie Ognia i Lodu”, który miał być nie tylko audiowizualnym przewodnikiem, ale także polubowną zemstą na wszystkim, co poprzednie filmy o Islandii przedstawiały jako stałe, upiększane, zawsze zielone, zawsze z słońcem. Pokazywał Kerid w styczniu i w sierpniu, Gullfoss zimą i latem, a Jokulsarlon z opowiadaniem o topnieniu lodowców. Wyraźnie wytyczył sobie rolę: nie twórcy „pięknych filmów”, ale świadomego przewodnika, który mówi: „to wygląda inaczej, jak się tu naprawdę jest”.
To, co go zmieniło, to nie jedno wydarzenie, ale seria drobnych potknięć i obserwacji. Zauważył, że ludzie przylatują na Islandię z oczekiwaniem, by zobaczyć dokładnie to, co było na filmikach z YouTube – idealny zachód słońca, bezchmurne niebo nad Reynisfjarą, pstrącego się wodospad. A potem byli rozczarowani. I właśnie w tym momencie coś w nim pękło – i zamiast tworzyć kolejne „showmańskie” ujęcia, postanowił stworzyć coś przeciwnego: cykl filmów szczerze pokazujących Islandię w każdej pogodzie, o każdej godzinie, bez zabawy kolorami. To była jego rewolucja: nie przeciwko pięknu, ale przeciwko jego fałszowaniu.
Z biegiem czasu jego tematyka się rozszerzała, ale nie rozmywała. Zaczęły pojawiać się porady: jak tankować na stacjach, jak zgenerować fakturę, czego się spodziewać od dróg. To były rzeczy, które wielu pomijało, bo „to nie estetyczne”. Dla niego były kluczowe. Pokazywał, że Islandia to nie tylko wodospady, ale także papierki podatkowe i kłopoty z paliwem. Z czasem zaczął się pojawiać w jego filmach humor – subtelny, nie na siłę, nie w formie memów, ale jakby z uśmiechem kogoś, kto już po raz setny odwiedził to samo miejsce, ale widzi je po raz pierwszy dla kogoś innego.
Największe sukcesy kanału nie były nagrodami, tylko filmami, które trafiły do ludzi, bo działały. Film „Na czym oszczędzać zwiedzając Islandię?” zebrał ponad tysiąc wyświetleń – liczba, która w świecie YouTube to może być niewiele, ale w kontekście filmu o oszczędzaniu podczas podróży do kraju jednego z najdroższych na świecie – to potwierdzenie, że ludzie szukają rady, a nie tylko obrazów. Podobnie „Islandia. Jak jest tu drogo? Ceny produktów i usług…” – film, który został trzecim odcinkiem cyklu i wywołał falę komentarzy, bo ludzie rzeczywiście chcieli wiedzieć, ile kosztuje talerz zupy w Reykjaviku.
Z czasem zaczął organizować wyprawy – nie jako turystyczny gigant, ale jako człowiek z kamperem, telefonem i kilkoma miejscami do zaoferowania. W marcu 2025 roku zaprosił grupę fotografów do domków z hot tube, a później, w lutym 2025, zorganizował dwie wyprawy zimowe, oferując noclegi, samochód i przewodnika za 1100 euro. To były momenty, w których jego narracja przeniosła się z ekranu na prawdziwą drogę – z cyfry na zimny asfalt.
W jego filmach zaczęły pojawiać się nowe tematy – np. kwestia ceny wegetariańskich posiłków, ekoturystyka, kocia kawiarnia w Reykjaviku, czy kwestie kulturowe, jak islandzki Yule Cat, który zjada dzieci bez nowych ubrań. To były rzeczy, które nie były w centrum jego kampanii, ale które pokazywały, że jego Islandia to nie tylko krajobraz, ale także kultura, język, codzienność. Z czasem pojawił się kot Felka, który boksuje – nie jako gimmick, ale jako uroczy fragment życia, które warto pokazać.
Zmiany były też tam, gdzie nie mówi się o nich głośno. Wcześniej pojawiały się więcej materiały o trasie Złotego Kręgu, o wodospadach i lagunach. Później zaczęły dominować cykle – „Ring Road w tydzień”, „Fakty o Islandii”, „Opowieść o Krainie Ognia i Lodu”. Zmieniła się też dynamika – z opowiadań o miejscach na rady, praktyczne porady, spostrzeżenia z życia przewodnika. Zniknęły tematy, które nie pasowały – np. długie rozważania o geologii bez kontekstu, czy zbyt abstrakcyjne nastroje. Zostały konkret, logistyka, bezpieczeństwo.
W jego otoczeniu pojawiały się powtarzające się postacie – nie ludzie, ale miejsca. Kerid, Gullfoss, Jokulsarlon, Reynisfjara, Hengifoss – to byli jego bohaterowie. Wśród zwierząt – foki na Ytri Tunga, maskonury, wieloryby, bydło na farmach. A wśród ludzi – przede wszystkim turyści, których przypadkowo uchwycił w kadrze. Nikt nie pojawiał się regularnie, poza nim samym. I to było celowe – nie chciał stworzyć „kanału o nim”, ale „kanału o Islandii takiej, jaka jest”.
Jednym z największych niepowodzeń – choć nie nazwałby tego tak – było to, że nie udało mu się zawsze utrzymać stałego tempa. Czasem były miesiące, gdy produkcja spadała, gdy filmów było mniej. Ale to nie było porażką – to było naturalne. Pokazywał, że nie żyje w etapie „kontentu 24/7”, ale że życie na Islandii to także praca, zmęczenie, zmiany pór roku. Potknięcie było w tym, że ludzie oczekiwali więcej, szybciej – ale on temu nie ulegał.
Filmy o największej oglądalności to nie były te najbardziej widowiskowe, ale te najbardziej praktyczne i emocjonalne. „Na czym oszczędzać zwiedzając Islandię?” (1167 wyświetleń), „Islandia. Jak jest tu drogo? Ceny produktów…” (4771 wyświetleń), „Ceny na Islandii. Ceny ważnych dla turystów produktów…” (954 wyświetleń) – to były filmy, które pomagały ludziom. A potem nagle, pojawia się film o wraku DC-3 na Solheimasandur i jego kontekście historycznym – „Cuda się zdarzają. Wszystkie 7 osób przeżyło katastrofę lotniczą na Islandii” – z prawie 3500 wyświetleń. To był moment, gdy emocja, historia i krytyka („to najbardziej przereklamowane miejsce”) spotkały się w jednym kadrze.
Z czasem zaczął pokazywać także rzeczy, które inne kanały pomijały: martwego kaszalota na plaży, zmiany pogody na Hraunfossar, grzanie pupy na wulkanie Eldfell. To były fragmenty, które pokazywały, że Islandia nie jest tylko tło do selfie, ale żywym, drgającym, czasem brutalnym organizmem. A jego rola? Być tym, co mówi: „nie bój się, to normalne”.
W jego filmach pojawił się też humor – ale nie z internetu, tylko z życia. „Jaka jest najbardziej przereklamowana atrakcja? Wrak samolotu – ale nie polecam tam iść, wystarczy, że tu sobie zobaczycie.” To była ironia, która nie obrażała, tylko otwierała umysł. Podobnie – jak mówił o „najlepszym widoku w Europie” (platforma na Bolafjall), to robił to z przymrużeniem oka – bo przecież widoków jest więcej, ale on je pokazał, bo wie, jak je pokazać.
Ludzie, którzy przestali się pojawiać? To nie były osoby – to były podejścia. Zniknęły próby „upiększania” Islandii. Zniknęły ujęcia tylko „na zdjęcie”. Zniknął ton „niebieska woda, słońce, ja się uśmiecham”. Został tylko on – człowiek z kamerą, który mówi: „tak to wygląda, kiedy pada” albo „tu nie wolno deptać po mchu, bo to Gluty Trolla”.
Jego największym sukcesem nie było liczba subskrypcji czy wyświetleń, ale to, że ludzie pisali: „dzięki Tobie wiedzieliśmy, co nas czeka”. To było to, co chciał osiągnąć od początku: nie być gwiazdą, ale przewodnikiem. Kimś, kto nie tworzy iluzji, ale pomaga je przezwyciężyć.
A gdy w lutym 2025 roku linie WizzAir odwołały loty, a on musiał szukać alternatywy, by dotrzeć do Islandii i nie zawieść grupy – zrobił z tego materiał. Nie skarżył się, nie narzekał – pokazał, jak to wygląda: chaos, frustracja, ale i determinacja. I to był właśnie ten moment, w którym przestał być tylko twórcą – stał się przykładem.
Jego historia to historia człowieka, który nie uciekł do Islandii, ale do niej wrócił – z misją: pokazać ją prawdziwą, bez żalu, bez fałszu, z humorem, ale bez przesady. A jeśli miałby podsumować to wszystko jednym zdaniem, to byłoby ono takie:
To nie chodzi o to, by ukazać Islandię jako raj, ale by pokazać, że raj bywa trudny – i właśnie dlatego warto tam iść.