
Dawid Fazowski: przez świat, przez życie
Dawid Fazowski to nie tylko imię pod filmem, to hasło, to styl, to sposób bycia. Kiedyś pomyślał, że napije się wódki z pingwinami – nie po to, by zrobić rekord, ale by sprawdzić, czy rzeczywiście można iść za głupią myślą aż do końca. I poszedł. Autostopem, jachtostopem, złamanym nosem i zdrowym humorem, który nie zmienił się, choć świat się zmienił. Zaczynając od Ameryki Południowej, gdzie wyruszył z autentycznym szaleństwem w oczach, wrócił do Polski nie jako triumfator, ale jako człowiek, który zobaczył, jak szeroki i dziwny świat może być. Tam, gdzie inne kanały pokazują piękno, on często pokazywał ciąganie walizki po błocie, a gdzie inni unikali trudnych tematów, on, czasem nieumiejętnie, ale szczery, wchodził prosto w serce zdarzenia – jak wtedy, gdy pisał o Leszku Wołczyku, swoim koleżance z technikum górniczego, który po wypadku w kopalni „Budryk” porusza się na wózku, a Dawid próbował pomóc mu przez kamerę i serdeczne wezwania do empatii.
Po tej pierwszej wielkiej przygodzie, kiedy zakończył amerykańską serię filmem „Wódka z pingwinami” – który stał się ikoną jego stylu – nie zaczął odpoczywać. Wrócił z Meksyku, ale nie długo. Już w 2016 roku ruszył na Azję, w podróż, którą później nazwał najlepszą w życiu. Tym razem nie chodziło o ekstremalne przygody, tylko o szok kulturowy – i Dawid go przeżył, filmując Iran, Pakistan, Indie, Bangladesz, Tajlandię i Wietnam, gdzie, inspirowany „Top Gear”, przeszedł z autostopu na skuter. Tam, na drogach Wietnamu, był szczęśliwy. Chociaż później, w Kambodży i Indiach, jego ton zmienił się – mówił o depresji, o tym, jak ogrom ludzkiej biedy i chaos może złamać. Ale nie uciekł. Zrobił coś, co stało się jego znakiem – zabrał się za temat, którego nikt nie chciał: zorganizował serię o slumsach, najpierw w Bombaju, potem w Kenii. To nie były spektakularne krajobrazy, to była prawda, nieocenzurowana, niepielęgnowana, i właśnie dlatego trafiała prosto w serce.
Jego kanał, „Przez Świat na Fazie”, stopniowo zmienił się z serii o przygodach w dokument o ludziach, o ich historiach, o tym, jak żyje się tam, gdzie Europa kończy się na granicy. W Afryce, gdzie przebywał pół roku, od RPA po Sudan, od Zanzibaru po Syrię, Dawid był już nie tylko podróżnikiem, ale świadkiem. Pokazywał plemię Himba, cmentarz polskich uchodźców w Tanzanii, wreszcie – Arka Przymierza w Aksum, którą z charakterystycznym dystansem nazwał „wspaniałe (?) miejsce”. Ale nie tylko się wyśmiewał – był najpierw wstrząśnięty, kiedy odwiedził slumsy w Kibera, potem poruszony, kiedy spotkał Polaków na dalekich lądach. A kiedy w 2017 roku zakończył swoją afrykańską podróż, zrobił to z żalem – nie dlatego, że chciał zostać, ale dlatego, że wiedział: taki kraj jak Egipt, taka przygoda jak Afganistan, to coś, co nie zmieni się w powtórce.
Po przerwie – bo nawet Fazowski musi odpocząć – wrócił. Tym razem nie tylko do podróży, ale do Polski. Stworzył sezon „Polska na Fazie”, w którym pokazywał wszystkie województwa, nie prezentując tylko zabytków, ale opowiadając o ludziach, o problemach, o tym, co „miejscowi” naprawdę myślą o turystach. To była inna forma szczerości – nie z granic, ale z własnego podwórka. I właśnie wtedy, po raz pierwszy, zaczął mówić o sobie. W 2021 roku, w filmie z patronite, przyznał, że ma problemy z nadwagą, że idzie na terapię, że „dotarł do dna”. To nie było widowisko, to był wyznanie. I to właśnie wtedy kanał przestał być tylko o podróżach – stał się historią człowieka, który wychodzi z choroby, z wstydu, z poczucia porażki.
Za wszelką cenę próbował być obecny tam, gdzie inni milczeli. W Górskim Karabachu, w czasie wojny w 2020 roku, był jeden z nielicznych Polaków, którzy pokazali, co się dzieje. W Iraku, gdzie filmował pochodzenie na Aszura, czy odwiedził cmentarz w Chanakin, mówił o rzeczach, o których nikt nie chce – bo boi się algorytmów, bo boi się reakcji. A on nie bał się. Albo udawał, że nie boi. Jego filmy o Syrii, o Somalilandzie, o Arabii Saudyjskiej – to nie były rajdy turystyczne, to były dokumenty świadome ryzyka, cenzury, odrzucenia. I właśnie dlatego, mimo że liczba odsłon czasem spadała, jego wierność wzrastała.
W jego życiu pojawiali się ludzie, którzy zostali – jak Michał i Maciej Chmielarczycy, wspomniani z wdzięcznością po serii afrykańskiej, czy Marcin „BNT” Banot, z którym wspiął się na komin w Kosowie, albo Kuba Patecki, młodszy podróżnik, z którym ruszył do Kazachstanu, jakby przekazując pochodnię. A inni zniknęli – jak Leszek, który po wspomnieniu w filmie o kopalni już więcej się nie pojawił, jakby dalsza historia była tylko jego, nie do wykorzystania w mediach.
Jego największe sukcesy to nie tylko filmy z wieloma milionami odsłon – takie jak „Wódka z pingwinami” (ponad milion), „Pakistan” (ponad 2,1 miliona) czy „Tajlandia” (ponad 1,3 miliona), ale te, które zmieniały jego życie: książka „Pingwiny wódki nie piją”, która nie była tylko relacją z podróży, ale wyznaniem, a potem – „Azja. Szok kulturowy”, która stała się świadectwem przemiany. Jego największe potknięcie? Być może to, że raz zadeklarował, że nie będzie dłużej niż pół roku, a w Afryce spędził osiem miesięcy – i przyznał później, że ostatnie dni były tylko walką z tęsknotą za domem. Albo to, że kiedy chciał stworzyć autostopowy bus, nie stać go było – „marzenie poszło się pieprzyć”, jak mówił z goryczą, która brzmiała jak uśmiech.
Tematy, które porzucał, też mówią coś o nim. Gdy zaczął „Gotowanie na Fazie”, było to dla patronów – nie dlatego, że się wstydził, ale dlatego, że wiedział, że to coś intymniejszego. A kiedy filmował w Polsce, zaczął omijać miejsca turystyczne – zamiast tego mówił o parkometrach w Poznaniu, o Woodstocku, o ludziach z Kresów, którzy zostali w Kresach, tylko w Afryce.
Jego ostatnie lata to ciągła zmiana: od fizycznej transformacji – schudł, opowiadał o diecie, o terapii – po zmianę stylu. Kiedy w 2025 roku wrócił do Indii, nie mówił o nowych miejscach, ale o nowym sobie. W „Klątwie Taj Mahal” wyznał coś, co „nigdy by nie pomyślał, że powie”. W „Dlaczego polubiłem Indie?” przyznał, że zmienił zdanie. A kiedy pojechał do Laponii, nie robił komedii – pokazywał, jak człowiek może być sam, na mrozie, w lesie, i czuć się dobrze.
W 2026 roku, podsumowując rok, powiedział, że miał okres, kiedy „ciężko mu było tworzyć to, do czego jest stworzony”. Ale wraca. Zawsze wraca.
To historia człowieka, który nie przestał być sobą, nawet kiedy świat go zmieniał.