
Rafał Dulas (Traveling Giraffe)
Rafał Dulas to człowiek, który najwyraźniej wierzy, że świat nie mieści się w czterech ścianach, ale raczej na szlakach górskich, wśród ruin zamków i w cichych miastach duchów. Jego kanał, Traveling Giraffe, zaczynał się jak spokojna eksploracja europejskich zakątków — od Gibraltaru po francuską Oradour-sur-Glane — ale szybko wyrosła z niego opowieść o przemianie: z ciekawego podróżnika w osobę, której życie zdaje się toczyć się w rytmie kolejnych wypraw, wspinaczek i cichych refleksji nad historią. Początkowo jego filmy były jak starannie przygotowane wykłady z geografii i historii, opowiadane z nutą ciekawości i szacunku dla przeszłości, ale z czasem ton zmienił się — stał się bardziej osobisty, bardziej fizyczny, bardziej... górski.
Początki jego wędrówki online wiążą się z krótkimi, starannie opisanymi materiałami o miejscach o ciężkiej przeszłości — jak masakra w Oradour-sur-Glane, gdzie brutalność wojny zostaje odgrywana krok po kroku, z ponurą dokładnością. Wtedy jeszcze mówił o historii jak o czymś z oddali, jakby trzymał ją na dystans, szanując jej wagę. Ale już w trzecim filmie, gdy opowiada o 17-dniowej wędrówce Głównym Szlakiem Beskidzkim z córką, widać, że coś się zmienia. To nie są już tylko opowieści o miejscach — to opowieści o doświadczeniach. O błędach, o ciężkim plecaku, o pustych schroniskach i o tym, jak najważniejsze są nie statystyki, ale wspólne chwile. Wtedy po raz pierwszy pojawia się córka — nie nazwana, nie pokazana, ale obecna w tonie głosu, w wyrazie „kochana córka”, który brzmi jak coś więcej niż fraza. To pierwszy sygnał, że jego podróż to nie tylko turystyka — to rodzina, to więź, to coś, co rośnie razem z kanałem.
Z czasem kamera przesuwa się z miast i muzeów ku naturze. Z Gibraltaru do Tatr. Z zamków w Fougères i La Rochefoucauld — których opisuje z pasją architekta i historyka — do własnych nóg, które pokonują dziesiątki kilometrów w górę. Jego wyprawy stają się dłuższe, bardziej wymagające. 29, 32, nawet 32 kilometry w jednym dniu, z przewyższeniem przekraczającym 1900 metrów. Tatrzańskie trasy — Wodogrzmoty Mickiewicza, Morskie Oko, Kasprowy Wierch, Giewont — stają się jego codziennością. A potem Montserrat w Hiszpanii, z łańcuchami, drabinkami i schodami prowadzącymi na szczyt St. Jeroni, gdzie mówi już nie tylko o krajobrazie, ale o „magicznej podróży”, o „tajemniczych miejscach”, o doznaniach, które „zapierają dech”.
W tle tej przemiany widać, jak zmienia się jego otoczenie. Belgia, Francja, Hiszpania — to jego mapa. Miasta, które kiedyś były punktami na trasie, teraz stają się bazami. Często wraca do Hiszpanii, szczególnie do regionu Katalonii — nie tylko do Montserrat, ale i do opuszczonych miejsc jak Castillo Torre Salvana czy Preventorio Aguas de Busot, gdzie historia miesza się z mrocznością i lekkim thrill'em. Tam, wśród ruiny sanatorium dla chorych na gruźlicę, mówi o paranormalnych zjawiskach, ale nie z przekonaniem, tylko z ciekawością — jakby pytał, nie odpowiadając. To miejsca, które nie zapraszają, tylko kuszą — a on kusi się.
Jego najwcześniejsze filmy to opowieści o innych — o generałach, o ofiarach wojennych, o królach i mnichach. Później zaczyna opowiadać o sobie, choć nie wprost. Nie mówi „ja”, tylko „my”, albo opisuje trasę jak dziennik wędrówki, w którym on sam jest narrator-em, ale nie bohaterem. Dopiero w filmie o Montserrat pojawia się „nasz najnowszy film”, „nasza wędrówka” — i po raz pierwszy można się zastanowić, kto jeszcze idzie razem z nim. Może to partnerka? Może ta sama córka, teraz starsza? Nie wiadomo. Ale coś się zmieniło — nie jest już samotnym obserwatorem, tylko członkiem zespołu.
Z czasem znikają tematy, które kiedyś były centralne. Nie ma już długich rozważań o polskiej historii wojskowej, nie ma więcej filmów o katastrofie Sikorskiego. Nie ma też wizyt w muzeach — po Muzeum Śląskim, muzeach w Annecy czy Barcelonie, które ocenia z mieszaniną rozczarowania i humoru („nuda, nuda i jeszcze raz nuda”), jego droga prowadzi w górę, nie w głąb wystaw. Tatrzańskie szlaki, łańcuchy na Giewoncie, Sierra del Maigmó — to jego nowa geografia. A kiedy pokonuje Pic de Carlit w Pirenejach, mówi: „Jeżeli wydaje Ci się, że nic nie osiągnąłeś, to spójrz tylko w niebo nad głową i na skały pod stopami, a zdasz sobie sprawę, że jesteś na szczycie”. To nie jest tylko opis trasy — to życiowa deklaracja.
Największym sukcesem Rafała Dulasa nie jest żaden konkretny film, ale trwanie. Przez cztery lata rozwija kanał, który nie szuka viralowych uderzeń, ale buduje spójny świat — świata cichej ciekawości, fizycznej wytrzymałości i szacunku dla historii i natury. Jego największym potknięciem może być właśnie to, że czasem przesadza z detalem — jak w opisie muzeum w Barcelonie, gdzie rozczarowanie wystawą czasową brzmi niemal jak osobista uraza. Ale to też czyni go prawdziwym — nie idealnym podróżnikiem, tylko człowiekiem, który czasem się nudzi, czasem się myli, czasem nie dociera na szczyt (jak przy nieudanym wejściu na Kościelca).
Filmy o największej głębi to te z Tatr — szczególnie seria z 2020 roku, gdzie każdy dzień to nowa trasa, nowa próba, nowa granica. A film o Montserrat z 2023 roku — najnowszy w archiwum — to jak finał pewnej ery: pełen entuzjazmu, pięknych ujęć, lekkiego dramatyzmu i wdzięczności za możliwość bycia w takim miejscu. Brzmi jak zaproszenie, ale też jak podsumowanie.
Rafał Dulas to nie ktoś, kto ucieka od życia — to ktoś, kto je szuka w każdym kroku, w każdej opuszczonej wsi, w każdej górskiej przełęczy, w każdej chwili, gdy staje na szczycie i mówi: tu jestem.