
ROAD STORY: Przygoda, która zaczęła się od motocykla i nigdy nie przestała
W świecie, gdzie większość podróżników wybiera się na wyprawy po to, by je wyreżyserować, a nie przeżyć, pojawił się kanał, który najpierw pokazywał, jak się jeździ Himalajami, a potem przypadkiem pokazał, jak się żyje. ROAD STORY to nie tylko kanał o motocyklach, rowerach i wyprawach – to historia jednego z tych rzadkich przypadków, kiedy pasja nie została spakowana do plecaka, tylko stała się sposobem na to, by każdy dzień traktować jak początek nowego etapu.
Początkowo wszystko kręciło się wokół dwóch motocykli Royal Enfield Classic 500 i trzech filmów z wyprawy w północne Indie. Były to typowe materiały z serii „wyjechałem i nagrałem” – trasa z New Delhi przez Rohtang Pass, mrożące w żyłach opisy „drogi śmierci”, widoki na niebieskawe szczyty Himachal Pradesh. Wtedy jeszcze nie było widać, że to dopiero序幕, pierwszy z kilkudziesięciu kroków w zupełnie nieznane. Ale już wtedy słychać było cichy, lekki ton humoru – subtelny, wręcz skąpy, jakby narracja nie chciała przesadzać z emocjami, bo przecież w Himalajach i tak wszystko przemawia samo za siebie.
Później, nagle, z motocykli przeskoczono do Peugeota 106. Nie jakiegoś tam – ale za tysiąc złotych, zwanego „Unicorn One”, wyruszającego w amatorski rajd Budapeszt–Bamako, czyli coś w rodzaju Dakara, tylko dla tych, którzy mają więcej odwagi niż pieniędzy. Tu pojawia się „Zespół Angry Unicorns”, który brzmi jak nazwa zespołu z gry planszowej, ale okazuje się zupełnie realny – grupa przyjaciół, którzy wskakują do złomu i jednym tchem przemierzają Europę, Maroko, Saharę, Mauretanię, Senegal, Gambię. Rajd ten nie był łatwy – burze piaskowe, baobaby, pociągi w pustyni – ale jak na filmach widać, ani razu nie zabrakło humoru. To była chyba pierwsza chwila, kiedy ROAD STORY przestał być tylko o motocyklach i zrobił się o ludziach, którzy potrafią spakować przygodę do auta, które z trudem dotrze do następnego serwisu.
Po Afryce kamera wróciła do Polski – ale nie na dłużej. Zaczęły się wyprawy do Śnieżki z raczkami, do Mietkowa, Rudaw Janowickich, Ślęży. Były to miejsca, które większość osób omija, ale dla twórcy ROAD STORY stały się scenami z życia przygodowego. Ślęża, której nikt nie traktuje poważnie jako atrakcji – stała się tłem do filmu, który zdobył setki tysięcy odtworzeń. To właśnie wtedy zaczęło się przeobrażenie: z podróżnika, który jeździ po egzotycznych krajach, zrobił się podróżnik, który potrafi znaleźć przygodę tuż za rogiem. I właśnie to – umiejętność odkrywania piękna w tym, co lokalne, znane, często bagatelizowane – stało się jego cechą.
Potem znów – wyjazd. Tym razem do Włoch, do Dolomitów. Razem z Kamilem, fotografem, który od tej pory będzie się pojawiał regularnie, jak cień dobrze skomponowanego kadru. Dolomity, Seceda, Tre Cime, jezioro Garda – wszystko zrobione z tą samą prostotą, bez nadmiaru opisu, bez przesady. Ale widać, że coś się zmienia: kamera leci płynniej, kadr jest bardziej zadbany, a muzyka – często Ikson – przestaje być tylko tłem, staje się częścią narracji. I znowu – sukces: film o Dolomitach został jednym z najchętniej oglądanych, a potem jeszcze jeden o Phukecie, który przekroczył 60 tysięcy odtworzeń. Tajlandia, Jordania, Czarnobyl – wszystko w tempie, jakby nie było czasu na pauzy.
W 2021 roku kamera po raz pierwszy skierowała się na północ – do Norwegii. To była seria, która potrwała kilka miesięcy: od Fjordów, przez Preikestolen, drogę Trolli, Lofoty, aż po Nordkapp, który – jak się okazuje – nie został dojechany. „Nordkapp fail” – tytuł jednego z filmów – jest prawdziwą perłą subtelnej ironii. Nie udało się? No to nie udało się. Ale zobaczcie, co było po drodze. I rzeczywiście – droga była piękniejsza niż cel. Norwegia została uchwycona z tą samą prostotą: bez przesady, bez klimatyzowanego turystycznego języka, po prostu – tak wyglądała trasa.
W międzyczasie zaczęły się pojawiać filmy edukacyjne – o tym, co zabrać na wyprawę rowerową, jak planować trasę, co to jest GPX, jak działa Zwift. To były materiały, które mogłyby być nudne, ale nie były. Bo mówił o nich ktoś, kto to robił – nie teoretyk, tylko człowiek, który spał pod namiotem w Maroku, jechał graveliem po Toskanii, miał pękniętą dętkę w Saharze. Gdy mówił o powerbankach, wiedział, po co one są. Gdy opowiadał o czołówkach – miał już jedną zepsutą od wilgoci.
W 2022 roku Maroko – motocyklem. Seria, która zaczęła się od zachwytu, że to raj dla motocyklistów, a skończyła się podsumowaniem z ostrzeżeniami – gdzie są trudne odcinki, które drogi są lepsze niż Google sugeruje, gdzie warto zatrzymać się na noc. I znów – nie tylko piękne kadry, ale konkretne informacje. I znów – Kamil, który stopniowo staje się nieodłącznym towarzyszem wypraw, jakby z czasem przekształcił się z gościa w partnera przygody.
Ale najwyraźniej rowery zaczęły brać górę. Pojawia się gravel, bikepacking, trasy ER6, Tuscany Trail, Alta Via w Dolomitach, 500 km po Czechach. Rower przestał być tylko środkiem transportu – stał się filozofią. I wtedy kamera znowu się zmienia: mniej szybkości, więcej ciszy, więcej bliskości natury. Film o Babiej Górze z zimowym wschodem słońca to prawdziwa poezja – bez słów, tylko obraz i muzyka. A potem – jeszcze jeden przełom: film o trenażerze rowerowym. Tak, o czymś, co nie porusza się wcale. Ale nawet to zostało opowiedziane jak przygoda – bo przecież trening zimą to też wyprawa. Tylko że w innym wymiarze.
Z czasem zniknęły motocyklowe rajdy typu „złombolowy Dakar”, zniknęły też niektóre postacie – jak kolega z Polonezem, który kiedyś jechał trasą z Wrocławia. Peugeot 106 został zapewne wycofany z użytku, a może i zniszczony gdzieś w Saharze – nikt już o nim nie wspomina. Ale Kamil pozostał. I to on, razem z kamerą, stał się niewidzialnym motorem całej historii.
Największe sukcesy to oczywiście filmy o Phuket, Dolomitach i Tajlandii – te, które przekroczyły 50 tysięcy odtworzeń. Ale najważniejsze są te mniejsze sukcesy: film o Rudawach Janowickich, który pokazał, że nie trzeba lecieć do Nepalu, by zobaczyć coś niesamowitego. Albo ten o Ślęży – gdzie góra pod Wrocławem nagle stała się atrakcją. I oczywiście „Nordkapp fail” – bo to właśnie porażka, którą się dzieli, buduje wiarygodność.
Bo to właśnie tego braku przesady, tej prostoty i umiejętności patrzenia na świat jak na trwającą przygodę – niezależnie od tego, czy jest się w Himalajach, czy na zimowej Ślęży – właśnie tego brakuło wielu kanałom podróżniczym. ROAD STORY nie udaje, że jest coś więcej niż jest. Po prostu pokazuje, że życie może być ciągłą trzecią częścią przygody – i że nie trzeba mieć nowego motocykla, by to zrozumieć.
To historia o tym, jak pasja przemierzenia świata stała się sposobem na to, by widzieć go inaczej – bez względu na to, gdzie się właśnie jest.