
Robert Makłowicz
Nigdy do końca nie wiadomo, co skłoniło weterana polskiego telewizji do zakładania własnego kanału na YouTube – może to był impuls wywołany izolacją, a może po prostu chęć swobodniejszego głosu, bez ograniczeń nadawczych. Ale już w marcu 2020 roku Robert Makłowicz pojawił się w sieci z lekkim dystansem i charakterystycznym humorem, otwierając swoje wirtualne drzwi słowami „Co i dlaczego” – pytaniem, które zarazem kryło się w każdym z jego gestów. Początkowo kanał był eksperymentem: przepisy proste, ale eleganckie, z naciskiem na dostępne składniki i prostą technikę. Pierwsze filmy, jak „Kolumny morowe i jagnięcina” czy „Tajskie placuszki kukurydziane”, szybko pokazały, że Makłowicz nie potrzebuje wielkiej scenografii, by być autentyczny – wystarczy mu patelnia, cierpliwość i zdolność do opowiadania historii, nawet gdy ta dzieje się w kuchni.
W miarę jak świat zamykał się w czasach pandemii, on otwierał kolejne drzwi. Najpierw kuchenne, potem te prowadzące na Dalmację. To właśnie tam, w czasach ograniczeń granicznych, Makłowicz po raz pierwszy pokazał, że jego nowy kanał to nie tylko gotowanie, ale przede wszystkim opowieść o miejscu, które się kocha. W odcinku „W pandemii przez granice” wyglądał jak ktoś, kto trafił tam przypadkiem, a został na dobre. „Dalmacja, moje miejsce” padło jako zdanie zyskujące wagę oświadczenia. Z tej chwili jego narracja zmieniła się całkowicie – z kuchennego przewodnika po nowe połączenie kulinarnej ciekawości i geograficznego zaangażowania. Wkrótce zamiast półek z przyprawami pokazywał winnice na Pelješacu, zamiast narracji o sosach – opowieści o generałach wojny napoleońskiej, jak Marmont, którzy zostawili ślad na adriatyckich wybrzeżach.
To była chwila przełomu, kiedy jego działalność przerodziła się z serii przepisów w epopeję osobistą. Z Orbića do Stonu, z Zadaru po Vis – każde miasto było pretekstem nie tylko do nowych dań, ale do historii, które w telewizji trzeba było gładzić, a teraz mogły być mówione bez cenzury. Jego głos stał się bardziej intymny, bardziej swobodny, a czasem – lekko ironicznym komentatorem własnego życia emeryta południowego. Pokazywał, jak głosuje w Splitcie, jak wita się z sąsiadami, jak kupuje świeże ostrygi czy jak przygotowuje czarne risotto z kałamarnicy, jakby to wszystko było oczywiste i naturalne, jakby to była jedyna słuszna droga do życia.
Ale nie zapominał o Polsce. Wprawdzie Dalmacja stała się jego drugim domem, to kuchnia polska pozostała sercem jego opowieści. Przez lata jego kamery przemierzyły Beskid Wyspowy, Wielkopolskę, Podlasie, Śląsk, Pomorze – zawsze z naciskiem na to, co się robi w pobliżu, co się zbiera sezonowo, co dziedziczy się po dziadkach. W Katowicach spotykał się z Szczepanem Twardochem, w Tarnowie odwiedzał mauzoleum generała Bema, w Miłosławiu pokazywał, jak funkcjonuje działający od XIX wieku browar. Jego podróże nie były turystyką, ale etnografią z przysmakiem – zawsze gdzieś w tle słychać było opowieść o ludzkości, o miejscu, o tożsamości.
W kuchni też doszło do przemiany. Choć zaczął od klasycznych przepisów z „Café Museum”, szybko zaczął eksperymentować. Pojawiły się wegetariańskie tajskie curry, grillowe wersje indyjskich roti, potem – azjatyckie zupy z antrykotem. Ciekawość kulinarna Makłowicza stała się jego cechą – od wegeprzepisów po dalmatyńskie kluski z sardelami, od szparagowych risott po polentę smażoną z rozmarynem. Największy sukces, mierzony liczba odsłon, przypadał nie przypadkowo na filmy, w których łączyło się coś więcej niż tylko jedzenie – odcinek „ROBERT MAKŁOWICZ DALMACJA odc. 101 – Rodzinna Dalmacja” miał blisko półtora miliona wyświetleń, ale to „W krainie mandarynek” czy „Mój winny półwysep” pokazywały, że widzowie nie oglądają go po przepisy, ale po atmosferę, po sposób, w jaki patrzy na świat.
Z czasem zniknęły bez słowa pewne tematy. Nie ma już wspomnień o pracy w telewizji, nie ma komentarzy politycznych, nie ma dawnych współpracowników. Agnieszka Makłowicz, wspomniana w materiałach archiwalnych, przestaje się pojawiać, tak jak zniknął Tomek Czereśniak, choć raz wspomniany w kontekście Dna Morza Panońskiego. Większość filmów z serii „Café Museum” lub „Makłowicz czyta” została w tle, a jego obecność skupiła się na tym, co żyje – podróże, kuchnia, kultura. Zniknęły też dawne formy – nie ma już live'ów w taki sam sposób jak na początku, a sesje Q&A stały się bardziej ceremoniałowe, choć czasem, jak w przypadku sesji z Dubaju czy Tajlandii, nadal noszą cechy intymnego rozmawiania z przyjaciółmi.
Najważniejsze osoby, które towarzyszą jego opowieści, to – oprócz jego samego – widzowie, których traktuje jak stałych gości; czasem wspomina Andrzeja Tomczaka, twórcy obrazów archiwalnych, a miejscami – ludzi, z którymi się spotyka: Dżenneta Bogdanowicz, która zdradziła przepis na mohliki, czy Kasia i Justyna, dwie Polki osiadłe w Hodilje. Ale to Makłowicz pozostaje centrum – narrator, kucharz, emeryt, podróżnik, który nie przestał się uczyć.
Choć niektóre filmy nie odniosły sukcesu – jak „Tajemnice Sahary” czy „Na szczytach Bawarii”, które mają ledwie kilkadziesiąt tysięcy odsłon – to nie przeszkadza mu iść dalej. Największy sukces to nie tylko liczba odsłon, ale sposób, w jaki udało mu się stworzyć niezależną przestrzeń – gdzie może mówić o tym, co chce, kiedy chce, i jak chce. Jego kanał to nie tylko kuchnia czy turystyka, ale dokument osobisty, narracja o wyjściu na emeryturę, o odnalezieniu się w nowym kraju, o tym, jak się żyje, gdy nie trzeba już udawać, że się działa.
Filmy, które najbardziej zapadły w pamięć, to te, w których łączy się coś więcej niż tylko narracja – „ROBERT MAKŁOWICZ DALMACJA odc. 55 – Mój winny półwysep”, „ROBERT MAKŁOWICZ SZWECJA odc. 34 – Sztokholmskie olśnienia”, czy „ROBERT MAKŁOWICZ KOLUMBIA odc.212 – Perła Karaibów – ciąg dalszy”, gdzie nie tylko pokazuje miasto, ale wszedł w jego miękkie, pulsujące wnętrze. To właśnie te filmy, pełne ciepła, ironii i ciekawości, definiują ten kanał.
Na koniec, jedno zdanie: to historia mężczyzny, który w końcu odnalazł swoje miejsce na świecie i postanowił o nim opowiadać – z patelnią w jednej ręce, a kamerą w drugiej.