
Robert Robson: podróżnik z kamerą i sensem humoru
Gdzieś pomiędzy pustynią Negev a norweskim fiordem, gdzie kiedyś stawał z kamerą w ręku przed zdobyciem szczytu Trolltungi, a potem zanurzał się w podziemnych wodach Meksyku, żyje Robert Robson — mężczyzna, który zdążył stać się symbolem nieco szalonej, ale autentycznej podróży. Nie tych z katalogów turystycznych, tylko takich, które zostają w ciele: w postaci przemoczonych butów, zmęczonych mięśni, a czasem zapachu surströmminga, który — jak się okazuje — trudno wyrzucić z pamięci (i z klatki piersiowej). Jego kanał to nie poradnik podróżniczy, ale raczej dziennik emocji, przypadków i eksperymentów, prowadzony z dystansem, lekkim sarkazmem i niezachwianą wiarą, że świat warto oglądać na własnych nogach — a czasem na rowerze, przez trzy kraje i blisko dwa tysiące kilometrów.
Początki Roberta to echa Londynu i postać tajemniczego „Pana Pandy”, który w 2013 roku, trzeźwy i pełen entuzjazmu, pozdrawiał „wszystkich fanów i dobre małpy” z jakiejś tropikalnej wyspy — choć nie do końca wiadomo, czy była to metafora, czy może kac po kolejnej przygodzie. Już wtedy widać było, że chodzi tu nie o powierzchowne pokazywanie miast, ale o humoreskę, osobisty styl i mieszankę alkoholowych (a może tylko alkotouristycznych?) wrażeń z prawdziwą ciekawością świata. Tytuł „Alcotourism” nie był przypadkowy — to był żart, który szybko stał się marką fabryczną: podróż jako szaleństwo, ale też jako sposób na poznanie ludzi, kultury i własnych granic. W 2014 roku Robert był już w Maroku, gdzie filmował Fes, Marakesz i Rabat, a potem wyruszył do Kijowa, by spisać „słoneczny, czerwcowy łikendzik” — jakby wódka i muzyka Triza były niezbędne do zrozumienia Ukrainy. Wtedy jeszcze nie było mowy o nurkowaniu w Komodo czy rowerowych wyprawach po Skandynawii — ale widać było, że Robert nie zamierza oglądać świata zza szyby autokaru.
W 2015 roku pojawił się drugi Robert — nie nazwiskiem, ale imieniem. Razem, jako „Robert ’n’ Robert Team”, wyruszyli w 14-dniową przygodę autostopem z Krakowa przez Bałkany aż do Aten, z powrotem przez Bułgarię, Rumunię i Węgry. Ponad cztery i pół tysiąca kilometrów, sto euro na głowę, raki ja, i — co ważne — zero kompromisów. To była podróż dla twardzieli: bez komfortu, z humorem i z sensem przygody. Film z tej wycieczki stał się jednym z kamieni milowych — nie tylko dlatego, że pokazał, że można objechać połowę Europy bez pieniędzy, ale że można to zrobić z uśmiechem i z przyjacielem, który dzieli tę samą wizję świata. Potem były Filipiny — cmentarz Navotas w Manili, miejsce, które nie kusi turystami, ale które Robert wybrał nie po to, by pokazać egzotykę, lecz rzeczywistość: szarość, ciszę, ludzkie losy. To był moment, w którym kanał zrobił krok w stronę czegoś głębszego — nie tylko zabawy, ale obserwacji.
Z czasem alkotourism ustąpił miejsca czemuś innemu. Maroko powróciło — ale już nie jako etap szalonej trasy, lecz jako cel: zimowe zdobycie Jebel Toubkal, surfing w Agadirze, wodospady Ouzoud. A potem — Indonezja. Seria filmów z Bali, Gili i Komodo pokazała, że Robert nie tylko podróżuje, ale sięga po nowe doświadczenia: nurkuje wśród rekinów, filmuje wrak USS Liberty, odkrywa podwodny świat. To była zmiana tonu — od humorystycznych relacji do bardziej refleksyjnych, wizualnie dopracowanych opowieści. Miejsce Triza i Roketa1 zajęły Ramones i Buena Vista Social Club — muzyka stała się częścią narracji, a nie tylko tłem.
W 2019 roku Robert był już w Norwegii, gdzie wybrał się na Trolltungę — ikoniczny „język trolla” wisi nad przepaścią jak zaproszenie do przemyśleń o skali świata i własnej niewielkości. Film z tej wycieczki był krótki, spontaniczny, ale pełen autentyczności. Tego samego roku zanurzył się w Meksyku — w Cenote Dos Ojos, gdzie światło przebija się przez szczeliny w skale, a woda jest przezroczysta jak szkło. To było coś więcej niż nurkowanie — to była medytacja pod wodą, pokazana bez słów, tylko z obrazem i ciszą. Wtedy już było jasne, że Robert Robson nie potrzebuje komentarzy, by opowiedzieć historię.
Po Indonezji, po Meksyku, po norweskim szczytowym ataku, wydawać by się mogło, że tempo zwalnia. Ale w 2024 roku pojawił się film, który wszystko odmienił: „Trondheim – Warszawa na rowerze”. 19 dni, 1950 kilometrów, 14300 metrów przewyższenia. Trzy kraje, żadnych luksusów, tylko trasa, natura i kamera. To nie była już tylko podróż — to była wyprawa, maraton, test wytrzymałości. I znów: bez zbędnych słów, bez efektów specjalnych, tylko człowiek, rower i świat, który się rozszerza z każdym kilometrem.
Z czasem zniknęły alkotouristyczne żarty, „hi high” i „na oparach” — nie dlatego, że Robert się zestarzał, ale dlatego, że jego podróż się zmieniła. Nie ma już mowy o Panu Pandzie, nie ma wspomnień o Londynie, a drugi Robert z Bałkanów od dawna nie pojawia się w kadrze. Zniknęły też wyraźnie alkoholowe nawiązania — nie dlatego, że ktoś zrobił sobie wyrzuty sumienia, ale dlatego, że nowe doświadczenia wymagają trzeźwości: pod wodą, na szlaku, na rowerze. Największe sukcesy to nie liczby odsłon (choć film z surströmmingiem czy z huraganem na Kubie pewnie zdobyły uwagę), ale to, że Robert potrafił przekształcić kanał z żartobliwego dziennika pijackich wycieczek w spójną, wizualnie ładną opowieść o odkrywaniu świata — bez afektacji, z humorem, ale też z szacunkiem dla tego, co widzi.
Były też potknięcia — trudno uwierzyć, że każda podróż szła gładko. Huragan Irma na Kubie to nie był idealny moment na wakacje, a mimo to Robert pojechał — nie po to, by ryzykować, ale by zobaczyć, jak świat funkcjonuje w katastrofie. Film z tamtych czasów to nie tylko dokument, ale także hołd dla ludzi, którzy tam mieszkają. To był moment, w którym Robert przestał być tylko podróżnikiem, a stał się obserwatorem.
Obecnie mieszka — przynajmniej na filmach — wszędzie i nigdzie. Jego dom to kamera, rower, plecak. Przed wyjazdami — trudno powiedzieć, czym zajmował się zawodowo, ale widać, że od zawsze miał ochotę na ruch, na eksperyment, na życie poza komfortem. A teraz? Teraz jeździ, nurkuje, wędruje, i robi to z taką naturalnością, jakby to była jedyna możliwa forma bycia.
Jego największe filmy to nie tylko te najpopularniejsze, ale te, które najbardziej oddają jego transformację: „Kuba przed i po huraganie Irma” — jako dokument epoki, „Nurkowanie w Cenote Dos Ojos” — jako medytacja, i „Trondheim – Warszawa na rowerze” — jako kulminacja wszystkiego, co robił wcześniej. To nie są tylko filmy — to etapy życia.
Historia Roberta Robsona to opowieść o tym, jak z żartu może powstać pasja, a z pasji — styl życia.