Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

RobikP

RobikP
500+ subskrybentów
Obserwuj
przygodasport

RobikP – opowieść z głębin

Nie od razu widać, że za kamerą, która odważyła się sfilmować atak węgorza pożerającego raka, kryje się spokojny człowiek o szczerym humorku i poczuciu, że każdy nurek ma coś do opowiedzenia. RobikP zaczął od skromności: zacisznego zbiornika zwanego Zimnik, aparatu za dwieście złotych i marzeń o tym, by kiedyś trafić do National Geographic. Pierwsze filmy z lat 2011–2012 to niemal archiwalny dziennik lokalnego nurka, który z radością dzieli się każda drobnostką — głębokością 35,7 metra, spotkaniem z pisklakiem, czy tym, jak raki grały w golfa wśród piłeczek na dnie kamieniołomu. Humor był lekki, czasem niemal dziecięcy, a poślizg techniczny tylko podkreślał autentyczność. Wtedy jeszcze wszystko było możliwe — nawet rekord świata, nawet wyjazd do Bałtyku, gdzie między wrakami ORP Bryza i Groźny trwały nudne, ale pełne nabożeństwa nurkowania.

Z czasem jednak kamera zaczęła dojrzewać, jak i jej właściciel. Zimnik, ten stary przyjaciel z wodą zimną jak lodowiec, pozostał stałym punktem, ale doświadczenie zaczęło sięgać dalej. Pojawiały się nowe miejsca — pływające autobusy w Czechach, kopalnie Marie Agnes, zatopione pałace w Łagowie, niemieckie kamieniołomy pełne jesiotrów o charakterze. Każdy z tych filmów to jakby etap lekcji: najpierw nurkowanie solo, potem z przyjaciółmi, potem już z intencją pokazania nie tyle siebie, ile świata pod lodem, pod dnem, pod skorupą rzeczywistości. Widać, jak zmienia się sprzęt — z prostego aparatu do kamer w trybie video, jak zmienia się styl — od nagrywania „dla siebie” do dokumentowania wydarzeń, które potem będą wspominane jak legendy.

W 2013 roku wszystko się zmieniło. 24 lipca, kamionka Piast w Opolu, węgorz i rak. Ten moment, zastygnięty w czasie, stał się ikoną — miliony wyświetleń, nagranie w zwolnionym tempie, by każdy widział, jak natura działa bez kompromisów. To nie był już tylko film o nurkowaniu. To była scena z dokumentu Discovery, tylko że wyreżyserowana przypadkiem, w polskiej kamieniołomie. I choć potem było już więcej nurkowań w Chorwacji, Egipcie, Jordanii, na Cyprze, to właśnie tam, wśród błota i zimnej wody, RobikP znalazł swoją bajkę — tę, którą nie trzeba wymyślać, bo ona żyje pod nami.

Z czasem kanał przestał być tylko dziennikiem osobistym. Zaczęły się wyjazdy grupowe — pełne uczestników, z których wielu pokazywanych jest pod wodą, jakby filmował nie tylko ryby, ale ludzi. Zjawia się żona, wspomniana wśród wraku autobusu w Czechach jak ciche wyznanie. Pojawiają się twarze: Jacek, Stasiu, Wiesiek, Maciek — ci, którzy byli od początku, którzy śmiali się pod lodem, ubierali choinki na basenie w Świdnicy, którzy przeprowadzali pierwsze polowania na suma w Boże Ciało. Potem jednak część z nich zaczyna znikać — nie gwałtownie, tylko powoli, jakby odpływali wraz z temperaturą wody. Tylko wspomnienia zostają: w opisach filmów, w komentarzach, w dźwiękach kwakania mikołajów pod wodą.

W 2020 roku coś się przesunęło. Zaczęły się wyjazdy szkoleniowe, a potem — Deepspot. Najgłębszy basen świata stał się nową areną. Teraz już nie tylko pokazuje, co widzi pod wodą, ale uczy innych, jak tam trafić. Film z 2024 roku, gdzie gratuluje Ani i Karolowi uzyskania certyfikatów, to nie tylko dokumentacja — to przejście z obserwatora w mentora. Z wirusa w eksperta. Z kolekcjonera przygód w organizatora wspólnej podróży.

Jednak najciekawsze są te chwile, gdy wraca — do Zimnika, pod lód, w deszcz, w noc. Kiedy nie ma kursów, nie ma uczestników, tylko on i kamera, i meduza słodkowodna, która nagle zaczyna mnożyć się jak wirus, pokazując, że nawet tu, w „naszym starym dobrym Zimniczku”, świat potrafi zaskoczyć. Kiedy nurkuje pod lodem 26 grudnia, zimą, z nurtem myśli, który nigdy się nie kończy, widać, że to nie nurkowanie go utrzymuje — to on je utrzymuje.

Największy sukces? Trudno wskazać jeden film. Może ten z węgorzem, może ten z choinką, może ten, gdzie gratuluje uczestnikom wyjazdu. Największe porażki? Też nie widać — chyba ich nie nagrywa. Ale widać, co zniknęło: pierwsze prostactwo, samotność, niepewność. Została rutyna, ale taka, która nie udusi pasji — tylko ją chroni.

Filmy, które przyciągnęły największe uwagi, to nie tylko te z atakującymi węgorzami czy gigantycznymi sumami. To te, które łączą ludzi: świąteczne choinki pod wodą, nocne nurkowania w Krzeszówku, wyjazdy do Egipskiego Morza Czerwonego, gdzie delfiny są „wisienką na torcie”. Ale też widać, co zostało w przeszłości: nurkowania w Browarze Sobótka, gdzie kiedyś były sztolnie pełne napięcia, a dziś są raczej wspomnieniem. Zniknęły też nazwy takie jak „nomount” czy „v-drill” — nie dlatego, że zapomniano, ale dlatego, że stały się oczywistością. Jak oddychanie.

Miejsce, w którym przebywa, trudno określić — bo przemieszcza się między Polską, Czechami, Niemcami, Morzem Śródziemnym. Ale serce kanału wciąż bije w Zimniku, tam, gdzie zaczął, gdzie nadal spotyka się z tymi samymi rybami, jak stare przyjaciele. Gdzie w deszczu, pod lodem, w ciemności, nie przestaje opowiadać tej samej, prostej historii: że warto zanurzyć się, żeby zobaczyć, co się dzieje tam, gdzie nikt nie patrzy.

To historia człowieka, który zamiast szukać sensu życia na powierzchni, zaczął od dna.