Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Rodzina w tropikach

Rodzina w tropikach
500+ subskrybentów
Obserwuj
rodzinapodróże

Rodzina w tropikach: opowieść o życiu między Kubą, Azją i kamerą

Początki tej rodziny to historia nie tyle wyjazdu, ile przewrotu – nie politycznego, ale życiowego. Zaczęło się na Kubie, w jej ciepłych, tętniących muzyką ulicach, gdzie kamera była najpierw tylko wspomnieniem, potem narzędziem, a na końcu sposobem na życie. Michał Rohn, aktor i twórca, który w opisach kanału ukrywa się za imieniem i kubńską flagą, postanowił raz na zawsze odmienić codzienność – nie tylko swoją, ale też żony, Kubańki, i ich wtedy ośmioletniego syna Diega. Razem postawili na coś, co brzmi jak romans z podróbką: Polsko-Kubańska rodzina w tropikach. Ale to nie był tylko chwyt marketingowy – to była realność, w której jedzenie na kartki i jeżdżenie żółtym jeepem po rozpadającym się asfalcie stało się nową normalnością.

Ich historia zaczęła się tam, gdzie dla wielu kończy się sen o podróży – na końcu świata, czyli na Karaibach. W listopadzie 2016 roku, zaledwie dzień po premierze pierwszego filmu o Kubie, zaczęli pokazywać świat, jaki widzieli: zatłoczone autobusy, stare amerykańskie limuzyny, które wyglądają, jakby uciekły ze zdjęć z lat pięćdziesiątych, i wieczorne spacery po Malecón. Wtedy kanał był jeszcze czymś w rodzaju dziennika rodinnego – cichym, domowym, pozbawionym wielkich efektów. Ale za to pełnym ciekawości. Pierwsze filmy skupiały się na szczegółach: kubanska kawa, trzcina cukrowa, sok z guawy, obieranie indyka na wsi. To były opowieści o życiu, które nie chciało się zgodzić na rytuał.

Z czasem zaczęły się pojawiać większe tematy – religia Santería, która przyniosła kanałowi prawdziwą ekspansję. Seria filmów zatytułowana Cuba Religion of Santeria, rozciągnięta na kilka miesięcy i kilka części, stała się nieoczekiwanie hitem. Part 3 uzbierał ponad 24 tysiące wyświetleń – więcej niż wszystkie poprzednie filmy razem wzięte. To był moment, w którym kanał przestał być tylko relacją z wakacji i zaczął być czymś poważniejszym: dokumentem kulturowym. Ale nie formalnym – wręcz przeciwnie. Nadal pełnym spontaniczności, jak ta scena z małpą w Monkey Forest na Bali, która ukradła im telefon, czy tę z kubą z kupy – Kopi Luwak, którą opisali z mieszaniną obrzydzenia i rozbawienia, jakby przypadkiem znaleźli się w reality show o jedzeniu, którego nikt nie powinien próbować.

W 2023 roku wszystko się zmieniło. Kamera przemieściła się z ciepłej Hawany do wilgotnej Dżakarty. Po 65 filmach o Kubie – krajcie, który nadal był wspominany, ale już nie pokazywany – rodzina zniknęła z Karaib i pojawiła się w Indonezji. Pierwszy film po tej przerwie nosił tytuł Rodzinny Vlog Podróżniczy, a w opisie pojawiło się nowe hasło: Południowo-Wschodnia Azja. To było jak zmiana wiatru – nagle wszystko pachniało innymi przyprawami, brzmiało inaczej, wyglądało inaczej. Zniknęły stare samochody, zastąpiły je motocykle, małe sklepy z jedzeniem i plaże, które wyglądają jak z katalogu, ale kosztują mniej niż obiad w warszawskiej kebabiarni.

Diego, który wtedy miał już lat ponad piętnaście, przestał być dzieckiem z przygód, stał się ich uczestnikiem. Pokazywano go już nie tylko jako świetlistą twarz rodzinnej przygody, ale jako osobę, która sama nawiązuje znajomości – np. z indonezyjską koleżanką, którą pokazano w jednym z filmików. To był subtelny przeskok – z relacji o dziecku do relacji z dzieckiem.

W Azji kanał odnalazł nową tożsamość. Skupił się na tym, co wcześniej było tylko marginesem: cenach, oszustwach, tanich noclegach, trzęsieniach ziemi i… kolorowych kogutach. Filmy, które wcześniej były spokojne i patetyczne, stały się dynamiczne, pełne emocji, a nawet lekko szalone. Gdy w 2023 roku nagrają film o trzęsieniu ziemi na Bali, zrobią to z taką intensywnością, jakby byli bohaterami filmu katastroficznego. Nagle nie chodzi już tylko o pokazanie kultury, ale o przeżycie jej w skórze – często niekomfortowej, ale zawsze autentycznej.

Z czasem trasa kanału się wydłużyła: z Indonezji do Malezji, potem do Tajlandii, Kambodży, Wietnamu, aż w końcu do Hongkongu i Seulu. Każdy kraj to nowy etap, nowe wyzwanie, nowa seria vlogów. W Wietnamie zaczęli nawet mówić o zamieszkaniu – film zatytułowany Zamieszkaliśmy w Wietnamie... Co dalej...??? brzmi jak początek nowego rozdziału. Nie tylko podróżniczego, ale życiowego.

Ale nie wszystko szło gładko. Były potknięcia – samolot, który odleciał bez nich, hostel, który okazał się najgorszy na świecie, i momenty, gdy po prostu nie mogli wejść na zakazany teren pałacu sułtana. Były też wyjazdy, które trwały zbyt długo – np. trzy dni w Kuala Lumpur, które zostały opowiedziane w kilku filmach, ale nie zrobiły większego wrażenia. Nie wszystkie filmy trafiały w dziesiątkę. Jedne, jak Kawa z kupy, zdobywały blisko 12 tysięcy wyświetleń, inne, jak relacja z festiwalu Buddyjskiego w Da Nang, ledwo przekroczyły liczbę sześćdziesięciu wyświetleń. Ale to nie przeszkadzało – oni nadal kręcili, nadal jechali, nadal żyli.

W tle pojawiały się nowe osoby – lokalni przewodnicy, nowi znajomi, ale też ludzie, którzy zniknęli: nie ma więcej wspomnień o rodzinie na Kubie, nie ma więcej wizyt u Romeu Santero, nie ma już dyskusji o komunizmie czy rurze telewizyjnej. Zmienił się świat – i oni z nim. Ich styl też: z dokumentalnego stał się bardziej vlogowy, z cichego – głośniejszy, z poważnego – często zabawniejszy, a nawet irytujący dla purystów. Ale zawsze szczery.

Największe sukcesy to nie tylko liczby – to te momenty, gdy ktoś w komentarzach napisał: Po waszym filmie pojechałem do Bali. Albo gdy opis kanału przestał być tylko deklaracją, ale stał się obietnicą spełnioną – że podróż z dzieckiem jest możliwa, nawet jeśli trzeba spać w hostelu, w którym pachnie pleśnią, a benzyna kosztuje mniej niż woda w butelce.

Ich największe niepowodzenia? Może to, że nie udało im się utrzymać tempa Kubie – tam mieli głębię, tutaj mają tempo. Ale może to nie porażka, tylko wybór. Bo teraz nie chcą tylko pokazywać kultury – chcą ją żyć, często z humorem, czasem z przesadą, ale zawsze z rodziną w centrum kadru.

Obecnie nie ma już Kubie, nie ma jej flagi w tytułach, nie ma filmów o Wi-Fi na placach w Holguín. Zamiast tego są Koreańczycy grający Gangnam Style, tramwaje w Hongkongu i koguty, które pieją o trzeciej nad ranem. Ale Diego nadal jest z nimi. I Michał Rohn. I jego żona, której imienia nie znamy, ale którą widzimy w tle, gotującą jedzenie, przekładającą zakupy, śmiejącą się z pięknego chaosu.

To historia o tym, jak zwykła rodzina zrobiła z życia podróż, z podróży – kanał, a z kanału – sposób na bycie razem.