Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

rogawiak

rogawiak
2K+ subskrybentów
Obserwuj
kulturaprzygodaprzyrodamuzyka

Rogawiak: z metalheada na islandzkie ścieżki

Gdzieś pomiędzy metalowym riffem a ciszą północnego krajobrazu, pomiędzy warszawskimi ulicami a islandzkimi trawertytowymi skałami, rozgrywa się historia kogoś, kto nie przestaje się zmieniać. Początkowo znany raczej jako Dharmin – pseudonim, który brzmi jak imię bohatera z mrocznej sagi – pojawił się w świecie muzyki z gitarą i pełnymi piersi dźwięków, które nosiły odcisk młodego metalheada. Jego droga nie była prosta, ale była autentyczna: od kupienia pierwszej gitary za dwieście złotych, przez dekadę grania, aż po powolne przekształcanie się w raperówkę z głową pełną refleksji i duszą otwartą na nowe formy wyrażania. Rap, trap, introspekcja – wszystko to stopniowo wypierało dźwięki, które kiedyś wydawały się jedyną prawdą. Ale to nie był koniec, tylko początek czegoś innego.

W 2018 roku, gdy na Islandii obchodzono setną rocznicę niepodległości, pojawił się pierwszy film na kanale Rogawiak – krótki, skromny, pełen ciekawości. To był bieg, ale nie tylko. To był początek nowej narracji. Nie wiedział jeszcze, że Reykjavik stanie się jego drugim domem, że zmieni się z turysty w mieszkańca, z obserwatora w uczestnika. Wtedy jeszcze mówił o sobie jak o kimś, kto „dopiero się zakorzenia”, porównując się do „małego pershinga” – czołgu, który rośnie. I rośnie. Nieprzypadkowo wybrał ten metaforiczny obraz: ciężki, uparty, ale pełen potencjału do przemieszczania się przez trudny teren.

Z czasem jego kamery zaczęły pokazywać nie tylko krajobrazy, ale ludzi. Seria Dzień z stała się oknem do innych światów – wegańskiego fryzjera, aktora Huberta Jaśtaka, Polaka, który mieszkał na Islandii już dziewiętnaście lat. Każdy z nich był jak przystanek na dłuższej podróży – nie tylko geograficznej, ale wewnętrznej. Bohater kanalu nie tylko pytał, słuchał, ale też się wplatał w ich historie, często z humorem, czasem z ironią, ale zawsze z szacunkiem. Hubert, jego przyjaciel i powtarzający się towarzysz przygód, stał się niemal stałym elementem narracji – od rozmów o aktorstwie po wspólne żarty w warszawskich knajpach, gdzie duch lekkiego szaleństwa był zawsze obecny.

Z Islandii robił nie tylko tło, ale głównego bohatera. Pokazywał ją w pełni kontrastów: w zimowych czterogodzinnych dniach, kiedy świat tonie w mroku, i w letnich białych nocach, gdy słońce nie chce się schować. Pokazywał jej parki narodowe, wulkany, wodospady – ale nie jako turystyczne atrakcje, tylko jako elementy życia. Gdy wjeżdżał do Reykjaviku, gdy przeprowadzał się do stolicy, nie krył emocji. To była decyzja, zmiana, coś, co mogło albo wypalić, albo nie. Ale w jego przypadku – wypaliło. Czuł się jak ktoś, kto w końcu znalazł się tam, gdzie powinien, nawet jeśli nie zawsze rozumiał, jak tu trafił.

Kamera towarzyszyła mu nie tylko w podróżach, ale w transformacji. Kupił Sony A7 III, poświęcił na to pół miliona – albo przynajmniej tak żartobliwie twierdził – i zaczął eksperymentować z jakością obrazu, z montażem, z formą. Jego filmy stopniowo przestawały być tylko vlogami. Zaczęły być mini-dokumentami, opowieściami o miejscach, ludziach, emocjach. Seria Rogawiak Show stała się jego wizytówką – z humorem, z charakterem, z własnym językiem. A potem przyszła pandemia. Gdy świat się zatrzymał, on kontynuował. Pokazywał, jak Islandia radzi sobie z kryzysem, zapraszał islandzkiego znajomego do rozmowy – i robił to bez sensacji, z prostotą, ale też z głębią.

Jednocześnie nie porzucił muzyki. Jako Dharmin nadal wypuszczał utwory – pełne frustracji, duchowego poszukiwania, ale też wdzięczności. „Kundalini”, „Żmijomnich”, „Tajemnica” – tytuły same w sobie były jak mapy jego wewnętrznego świata. Współpracował z producentami, nagrywał w studiach, a jego teksty stopniowo stawały się bardziej osobiste, bardziej medytacyjne. Były to nie tylko rymy, ale próby zrozumienia siebie. A gdy w 2020 roku wziął udział w #hot16challenge, nie robił tego tylko dla popularności – robił to, by być częścią czegoś większego, by pomóc, nawet jeśli tylko głosem.

W 2021 roku coś się zmieniło. Po długiej przerwie wrócił z materiałem, który już nie był typowym vlogiem – to był mini-dokument o przyjaciołach w czterodniowej trasie. Spontaniczny, ale dokładnie skomponowany, pełen ciszy, uśmiechów, wspólnych chwil. Montował go ponad dwa miesiące, ponad osiemdziesiąt godzin – to nie była już tylko rozrywka, to była praca twórcza. A potem – cisza. Przerwa. Podsumowanie roku 2020, w którym mówił, że czas na nowy rozdział. I choć nie powiedział, co dokładnie się zmieniło, było widać: coś się skończyło. Daily vlogy zniknęły. Seria Dzień z też. Hubert, który był tak blisko, przestał się pojawiać. Maćko, Łukasz Mileś, Patryk Grabowski – wszyscy jakby odstąpili na bok. Został sam, z nową formą, z nowym podejściem.

W 2022 roku pojawiły się dwa krótkie filmy o grze Elden Ring – niemal jak eksperyment, jak test, czy kamera wciąż ma sens. I w końcu – ostatni utwór, „Tajemnica”. Nie był to triumf, ale raczej refleksja. „Brak czasu (chwilowy) na muzykę” – przyznał, ale dodał, że wróci. I w tym tonie – niepewnym, ale pełnym nadziei – historia się zawiesiła.

Jego największe sukcesy? To nie liczba subskrybentów, ale zdolność do bycia sobą w różnych wcieleniach – od metalowca po spokojnego obserwatora Islandii. To film o Glymurze, który pokazał, że przygoda może być niebezpieczna, ale i piękna. To udział w #hot16challenge, który połączył sztukę z pomocą. To mini-dokument, który przekroczył granice vloga i stał się czymś większym. A największe potknięcie? Być może ta spontaniczna wspinaczka na Esję bez sprzętu – moment, w którym adrenalina przemogła rozsądek, a potem przyszła pokora. „Nie róbcie tego”, powiedział, ale dodał z uśmiechem: „Dobrze że chociaż kilka ujęć mam”.

Nie mówił o Polsce jako o miejscu, z którego uciekł, ale o domu, do którego wraca po oddech twórczy. Gdańsk, Nidzica, Warszawa – były dla niego nie tylko miastami, ale przestrzeniami, gdzie mógł się odnaleźć. A Islandia? To nie była ucieczka, ale wybór. Miejsce, gdzie mógł być kimś innym – kimś, kto uczy się żyć i być szczęśliwym „ze zwykłego tu i teraz”.

Jego historia to nie liniowy sukces, ale kręta ścieżka człowieka, który nie boi się zmieniać, który wciąż szuka, a przy okazji pokazuje świat takim, jakim go widzi – z humorem, z ciepłem, z odrobiną szaleństwa i sporo serca.

To historia o tym, jak metalhead stał się spokojnym obserwatorem północy, ale wciąż nosi w sobie ogień.