Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Romanoff - Experience Before Dementia

Romanoff - Experience Before Dementia
500+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Romanoff – Opowieść o doświadczeniach przed zapomnieniem

Gdzieś tam, na granicy codzienności i przygody, żyje człowiek, który postanowił, że nie pozwoli czasowi pochłonąć tego, co warto zachować. Roman, bo tak się nazywa, to nie bohater z filmu, tylko z życia – samouk, który zamiast scenariuszy napisał własny plan: żyć, doświadczać, a wszystko to nagrywać, choćby po to, by przypomnieć sobie, że to naprawdę się wydarzyło. Razem z Kasią, swoją stałym towarzyszką podróży, zaczął zbierać życie kawałek po kawałku, wideo po wideo, jakby tworzył archiwum własnej pamięci, zanim ta zdąży zawieść. Bo pamięć, jak sam mówi, jest zawodna. A on chce, by doświadczenia trwały.

Początkowo mieszkaniec Szkocji, gdzie jego samochód z kierownicą po prawej stronie stał na co dzień, Roman nie był podróżnikiem od urodzenia. Raczej człowiekiem, który pewnego dnia, siedząc za kierownicą starej Mazdy 6 z 2005 roku, postanowił, że nie będzie już tylko patrzeć na mapy – że je przejedzie. Jego pierwszą naprawdę dużą próbą była wyprawa na Bałkany w 2018 roku, wyjazd, który trafił do sieci nie jako pełen efektów film dokumentalny, ale jako serdecznie poplątany, autentyczny dziennik podróży. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to początek czegoś większego – że te nagrania, montowane samodzielnie, z muzyką wybraną przypadkiem z bibliotek bez tantiem, stworzą kanał o nazwie Romanoff – Experience Before Dementia, jakby ironiczne przypomnienie, że wszystko, co dobre, jednego dnia może się rozmyć.

Początkowo podróżowali jak wycieczkowicze z misją – z planem, ale bez sztywności. Bałkany były początkiem: zakręcone szlaki w górach Bielaśnicy, stracony dron w wodospadach Kravica, szyba do wymiany w Sarajewie i przypadkowe zawrót do Albanii, która przypadła im do gustu bardziej niż mogli przypuszczać. Wtedy jeszcze nie nagrywali na drona – dron został zgubiony – ale potem kupili nowy i zaczęli patrzeć na świat z góry, w serii Z Innej Perspektywy, która z czasem stała się cichą, piękną przerywnikiem między wyjazdami. Szkocja, z mostami i plażami, stała się ich pierwszym tłem – nie tyle bohaterką, co domem, z którego wyruszali.

Ale prawdziwa transformacja przyszła z Azji. Wyjazd w 2019 roku do Malezji, Tajlandii i Wietnamu zmienił nie tylko lokalizację, ale i intencję. Roman zaczął nagrywać nie tylko krajobrazy, ale życie – ceny w 7-Eleven, jak się wynajmuje skuter, jak smakuje durian, czy jak wygląda urabianie turysty na placu w Marrakeszu. Maroko, do którego wrócił po raz drugi, stało się dla niego laboratorium kulturowym – nie oceniał, tylko obserwował: jak się żyje w wioseczkach w Atlasie, jak policja negocjuje „łapówkę”, jak w mieście Ifrane wyglądają domy bogaczy. W jego narracji Maroko to nie krajobraz, ale ludzie – otwarci, czasem wyłudzający, ale zawsze obecni. A on nie uciekał od tego – wręcz przeciwnie, chwytał to na kamerę z humorem, lekko ironicznym, ale bez złośliwości.

Z czasem jego podróż stała się mniej o miejscach, a bardziej o sposobie bycia w nich. Kiedy w 2020 roku wyruszył ponownie – teraz do Tajlandii, Wietnamu, Laosu i Nepalu – to nie był już tylko turysta, ale raczej reporter z własnej egzystencji. Widać, jak zmienia się jego podejście: mniej idealizmu, więcej znużenia, ale też większej szczerości. Kasia choruje w Chiang Mai, a on nagrywa to jako „typowo jedzeniowy odcinek”, żartując, że wirus z Chin to tylko zbieg okoliczności. Później – szalone autobusy we Wietnamie, hotel, który nie chce zwrócić pieniędzy w Luang Prabang, podróż pociągiem z pasażerami na gapę. Wszystko to nie były porażki, tylko elementy prawdziwego doświadczenia, które nie mieści się w broszurach turystycznych.

Największym sukcesem Romana nie jest liczba subskrypcji, ale sposób, w jaki przetrwał – nie tylko pandemię, ale i utratę tempa, które kiedyś było wyznacznikiem sukcesu. Jego film z Maroka, Czy Marrakesz jest taki straszny?, zdobył ponad siedem tysięcy wyświetleń – więcej niż większość innych – ale to nie przyniosło zmiany tonu. Nadal mówił tak samo: z prostotą, bez przesady, jak ktoś, kto wie, że wartość nie leży w spektaklu, ale w uczciwości. A jego największym potknięciem było może właśnie to, że czasem filmował za dużo codzienności – jak przejeżdżał przez pustynię, jak czekał na autobus, jak płacił za arbusy. Ale dla tych, którzy go śledzą, to właśnie te chwile są najcenniejsze.

Z czasem zaczęły znikać niektóre tematy – nie ma już chętniejszych eksperymentów z paralotniarstwem, choć to było obiecane w opisie kanału. Nie ma też regularnych filmów z psami, choć w tytule figuruje „Psy”. Zmienił się też język – mniej entuzjazmu, więcej znużenia, ale też większej głębi. A osoby, które kiedyś się pojawiały – oprócz Kasi, która nadal towarzyszy mu w większości wyjazdów – powoli zniknęły. Nikt inny nie wchodzi do kadru, nie mówi, nie śmieje się. To już nie jest zespół – to para, która dokumentuje życie jak może.

W 2022 roku byli w Meksyku – ale nawet tam nie uniknęli problemów. Rebelianci blokowali im drogę w stanie Chiapas, a on nie patrzył na to jak na zagrożenie, ale jak na część opowieści. Nagrali to, jak stoją przy zamkniętym szlaku, jak rozmawiają z ludźmi, jak próbują zrozumieć, co się dzieje. I znów – nie było dramy, tylko akceptacja. Bo Roman, mimo wszystko, nie szuka idealnych warunków. On szuka życia – nieupiększonego, czasem brudnego, często niewygodnego, ale prawdziwego.

Jego ostatnie filmy z Tajlandii i Nepalu to nie tylko relacje z podróży, ale i dokument końca jednej ery – wrócił do domu tuż przed zamknięciem granic, nie wiedząc, że to koniec. Ale nawet wtedy nie powiedział tego wyraźnie. Tylko rzucił: „niestety, ale końcówka urlopu do udanych nie należała”. I to było wszystko.

Kanał Romana to nie zbiór rekomendacji turystycznych, ale opowieść o człowieku, który postanowił, że nie pozwoli życiu przelecieć niezauważenie – nawet jeśli nikt nie patrzy.