
Rytm Przygody: opowieść o dźwięku, języku i dalekich brzegach
Jacek Deresiński to człowiek, który najpierw zebrał porzucone bilety, a potem poszedł zbierać świat. Jego historia zaczyna się w Polsce, gdzie pewnego dnia, w 2013 roku, pojawia się w reportażu Teleexpressu jako kolekcjoner biletów — nie zwykłych fet, ale śladów podróży, pamiątek z przeszłości, których nikt już nie chce. Nie wyrzucaj, wyślij p. Piotrowi — mówi wtedy, a Jacek, choć w tle, zauważa, że pasje są jak pociągi: jedne odjeżdżają, inne przyjeżdżają. Jego kolejny pociąg miał odjechać nie do miasta, ale do nieznanego.
Przez kilka lat ciszy, w której nic nie było słychać, Jacek wyjechał. Kiedy wrócił do kamer, był już gdzie indziej — nie tylko geograficznie. W 2019 roku pojawił się w górach północnej Portugalii, wśród opuszczonych domów i szarych granitów Parku Peneda-Gerês. Jechał tam rowerem, robił filmy o miasteczkach duchów, sanktuariach i zamkach, a muzykę czerpał z ulic, jam sessionów i wiatru. Tak narodził się Rytm Przygody — nie jako projekt medialny, ale jakby naturalna konsekwencja życia w ruchu. Tytuł nie był przypadkowy: chodziło nie tylko o przygodę, ale o jej pulsu, o sposób, w jaki świat może zadudnić w uszach, jeśli się go słucha.
Jego pierwsze filmy nosiły miano DEMO — jakby próbne podejście do czegoś, co jeszcze nie ma formy. Ale w tej niepewności była szczerość: wspinał się na Jebel Toubkal w Maroku, by w końcu znaleźć się wśród pustyni i duchów Sahary. To tam, wśród berberskich gospodarzy i nocy pełnych gwiazd, zaczął robić coś więcej niż dokumentację — zaczął opowiadać historie. A jego towarzyszami byli już nie tylko anonimowi artyści nagrani na żywo, ale także Marco i Salvador — imiona, które pojawiły się tylko raz, jak cienie z dawnych podróży, i nigdy więcej nie wróciły.
W 2022 roku coś się przesunęło. Portugalskie Algarve, które wcześniej było tylko tłem, stało się tematem — ale nie turystycznym przewodnikiem, tylko przestrzenią do refleksji. Zadawał pytania: Czy miłość w Portugalii jest możliwa?, Czy koniec świata to tylko reklama piwa? — łączył filozofię z ironią, a w tle zawsze grzmiała muzyka North Pole, jak stała partia jego dźwiękowej tożsamości. Wtedy też zaczął często używać hashtagu #podrozdokolumbii — zapowiedź zmiany kursu.
I nagle Kolumbia. Nie jako przystanek, ale jako nowy początek. Jacek przeniósł się do Medellín, gdzie filmował transformację Comuna 13 — z getta gangów w uliczną galerię sztuki. Tam, w jednym z odcinków, rapuje własny tekst — nie po hiszpańsku, ale po polsku. Recytuje wiersz o Karsiborze, o łąkach, skowronkach i iskrach z ogniska, a tłum kolumbijskich dzieci słucha z uśmiechem, nie rozumiejąc słów, ale czując rytm. To był moment paradoksu: poeta z Świnoujścia w sercu Andów, gdzie język nie dotarł, ale dźwięk — tak.
W kolejnych miesiącach Jacek eksplorował Kolumbię jak encyklopedię przygód. Zwiedzał Salento, gdzie najwyżej rosły palmy świata, ale też zastanawiał się, czy miasto nie padnie pod ciężarem turystów. Był w San Agustín, gdzie duchy prekolumbijskich cywilizacji wydawały się obecne w kamiennych posągach, i właśnie tam powstał jego najpopularniejszy film — „Zakazana interpretacja archeologii”, w którym szukał nie tylko historii, ale odpowiedzi, czy przodkowie patrzą. Oglądalność skoczyła do ponad tysiąca, a on nadal mówił o tematach, które inni omijają: o duchach, o moralności eksploracji, o tym, co znika pod naporem ciekawości.
Jednocześnie zaczął unikać tego, co kiedyś było ważne. Nie było już mowy o bilecie, o kolekcjach, o Piotrze. Nie ma też śladu po Maroku czy Azorach — te etapy zostały za nimi, jak stare stacje kolejowe. Zniknęli też wszyscy, którzy byli z nim w pierwszych filmach: Marco, Salvador. Tylko Jacek został, z kamerą i North Pole w słuchawkach.
W 2023 roku zaczął podróżować dalej — do Ekwadoru. Otavalo, Quito, wulkan Cotopaxi — wszystko za dolara, za dwa, za autostop. Targ w Otavalo stał się dla niego darem: nie tylko rękodzieła, ale ludzie, którzy mówią bez słów. A potem znów wracał do Kolumbii — do pustyni Tatacoa, do San Cipriano, gdzie najdziwniejszym środkiem transportu na świecie okazała się brujita — moto-drezyna na torach, prowadzona przez dzieci. To tam, wśród dżungli i deszczu, filmował z orłem tańczącym nad głową.
Największy sukces? To nie liczba odsłon, ale fakt, że jego film o wybrzeżu Pacyfiku, z wielorybami, których nie zobaczył, i owocami morza, które zjadł, został obejrzany ponad tysiąc razy. Największe potknięcie? Może to, że jego filmy, choć pełne ducha, rzadko przekraczają trzysta wyświetleń — jakby świat nie był gotowy na taką mieszankę poezji, antropologii i roweru.
Jego największe tematy to przemiana, natura, język. To, czego unika, to wyraźne polityczne stanowisko, godne uwagi zaniechanie: nie komentuje narkotyków, przemocy, porwań — aż do grudnia 2023, gdy nagle mówi: „To już za nami”. Zwiedza Llanos, dawny teren konfliktów, teraz odrodzony. Jakby chciał powiedzieć: nawet tam, gdzie było najgorzej, można iść dalej.
W tle zawsze gra muzyka ulicy, jam sessiony, North Pole. Z czasem zaczął wspominać placówki edukacyjne w Nepalu i Indiach — nie pokazując ich, tylko odnosząc się do wolontariatu jak do świętości. W 2022 roku wyprodukował teledysk „Mury i mosty”, nagrany telefonem — dowód, że piękno nie wymaga sprzętu, tylko intencji.
Imię Kazimierz Kaczor pojawiło się tylko raz, w tytule o rowerze do końca świata — może to żart, może nawiązanie, może tylko echo. Nie wiadomo. Ale Jacek nie wyjaśnia. Podobnie jak nie mówi, gdzie dokładnie mieszka — tylko że jest w Ameryce Południowej, że podróżuje, że czasem wraca, że czasem znika.
A potem znów jest tu — w Kolumbii, w pustyni, na tajemniczym wybrzeżu, w mieście, które pachnie cebulą i mitami. Jego kamera nie kłamie, ale też nie mówi wszystkiego. Pokazuje tylko tyle, ile sam widzi, słyszy, czuje.
Jego historia to nie podróż od A do B, ale melodyjna wędrówka człowieka, który najpierw zbierał ślady innych, a potem zaczął zostawiać własne.