Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Ryzyk Fizyk - Beata i Jacek

Ryzyk Fizyk - Beata i Jacek
1K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżevanlife

Bohaterowie nieznanego kraju: o Beatce i Jacku z kanału Ryzyk Fizyk

Beata i Jacek to para, której życie wygląda jak zestaw malowanych scen z filmu, który nikt nie śmiałby się wyprodukować — zbyt dużo w nim przypadków, zbyt wiele śmiechu i zbyt mało logiki, by mogło być prawdziwe. A jednak ich historia, mimo że nie zaczynała się na ulicach Meksyku ani nad brzegiem jeziora Atitlán, stopniowo wypełniła się kolorami, które tylko dalekie podróże potrafią dać. Gdzieś pomiędzy sprzedaniem mieszkania a pierwszym krokiem po amerykańskiej autostradzie, ich życie stało się jednym długim eksperymentem z życia, w którym zasada brzmiała: nie wiesz, co się stanie, więc lepiej się cieszyć.

Zanim kamera zaczęła kręcić, zanim dron wzbił się w powietrze nad Cabo San Lucas, by objąć wzrokiem zachód słońca, byli kimś całkiem innym. Pracowali, mieli samochód, mieszkanie — rzeczy, które nazwano „dobrymi rękami” i pozostawiono w spokoju. Nie wiadomo, kim byli wcześniej, ale wiadomo, że nie byli zadowoleni. Czy może po prostu przestało im wystarczać to, co mają. Tak czy inaczej, decyzja zapadła: rzucają wszystko i wyruszają. Najpierw do Meksyku, potem przez Gwatemalę, USA, Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię, Argentynę, Paragwaj i wreszcie Brazylię — podróż, która trwała 440 dni i zakończyła się tam, gdzie się zaczęła: w Polsce, ale już z innymi oczami.

Ich wędrówka nie była typową przygodą podróżniczą, w której każdy odcinek to elegancka scena z idealnym oświetleniem i narracją o duchowym przebudzeniu. Zamiast tego byli ludźmi, którzy nie boją się pójść do dentysty w Veracruz, bo „zamiast na plażę”, albo przyznać, że nudzą się w polskim filmie — a potem to właśnie nazwają odcinkiem. Jacek śpiewa, Beata się upija, czasem nie trafiają na zachód słońca, a i tak się cieszą. Ich humor to mieszanka słusznego krytycyzmu i naiwnego zachwytu — potrafią jednocześnie narzekać na ceny w supermarkecie w La Paz, a chwilę później twierdzić, że mogliby zamieszkać w Antiguai, bo „jest tu ładnie”.

To właśnie podróż w 240 odcinkach, które nie są tylko raportami z terenu, ale dziennikiem życia dwóch ludzi, którzy postanowili nie czekać. Nie czekać na emeryturę, na „lepszy moment”, na pozwolenie. Ich pierwszy film z Meksyku to proste „Startujemy!”, ale już w drugim marudzą, że to trudne, że coś im nie pasuje — i to właśnie czyni ich autentycznymi. Nie udają, że jest łatwo. Udają tylko, że to wszystko ma sens.

Przełom nadeszła w Gwatemali, gdy w odcinku 57 ogłosili: „Zamieszkaliśmy w Gwatemali”. Nie jako tymczasowi turysci, ale jako ludzie, którzy szukają miejsca, gdzie mogliby zostać. Kupili karnet na siłkę, zajęli się pracą, zepsuła im się lodówka — życie zaczęło się normalizować, ale w innym klimacie, wśród innych ludzi. To było coś więcej niż turystyka: to była próba osiedlenia się w świecie, który nie był ich domem.

Ich największe sukcesy są ciche. Nie ma nagród, nie ma licznych subskrypcji, ale są odcinki z setkami tysięcy odsłon — jak ten o Wulkanie Salar de Uyuni, czy o Paragwaju, gdzie pojawia się Tomek, Polak wyemigrowany do Ameryki Południowej. To właśnie #10 z Paragwaju z Tomkiem, z 17 kwietnia 2022 roku, zdobył ponad 6,7 tysiąca wyświetleń — więcej niż większość ich innych materiałów razem wziętych. To nie był film o kraju, ale o człowieku, który postanowił żyć inaczej. I to właśnie najwyraźniej dotykało.

Były też potknięcia. Awaria lodówki, wypadki drogowe, choroby, błędnie przekazane granice, lotniskowe odyseje, a nawet zakaz filmowania Beaty przez trzy tygodnie — jak to ujął Jacek, „dostałem zakaz filmowania Beaty (na 3 tygodnie)”. Moment, w którym humor zmieszał się z prawdziwym stresem, ale i tak zostali ujęci w kadrze. Nie potrafili przestać.

Ich filmy stopniowo zmieniały ton. Z początkowych, lekko chaotycznych opowieści o „meksykańskim Licheniu” i „cepelii”, przechodzili do tematów głębszych: więzienie San Pedro w La Paz, kopalnia srebra Cerro Rico, spotkania z tubylcami w Amazonii. Z czasem zaczęli pytać: „Czy Patagonia może się znudzić?”, „Czy wypłaca się być weganinem w Paragwaju?”, „Kim był Che Guevara w Samaipacie?”. Ich ciekawość stała się bardziej dociekliwa, a ich sposób bycia — bardziej świadomy.

Osobą, która pojawiała się najwięcej razy, była oczywiście Beata — współtwórczyni, narzeczona, „wielki nawigator”, czasem „upita”, czasem „zrzędliwa”, ale zawsze obecna. Jacek mówi o niej z czułością, z przymrużeniem oka, jak o kimś, bez kogo żaden kadr nie miałby sensu. Pojawiali się też inni — znajomi, miejscowi przewodnicy, Polacy za granicą, ale to Beata była stałą zmienną.

A potem, po 240 filmach, po ponad roku w ruchu, po 13 krajach i tysiącach kilometrów, nagle się kończy. Ostatni odcinek — „Powrót po 440 dniach podróży” — to nie triumf, ale wdzięczność. Brak dramatyzmu, brak ekstra filmów o „co dalej”, brak planów. Tylko cicho powiedziane „dziękujemy”. I cisza.

Nie ma już nowych filmów z dżungli, nie ma więcej degustacji chapulines, nie ma więcej awarii lodówek. Coś się skończyło. Może to była podróż, a może tylko jedno długie „tak” rzeczone światu — i wystarczyło.

Ich historia to nie opowieść o tym, jak można uciec od życia, ale jak można je w końcu zaczć — gdzie indziej, z dronem, z kamerą, z paszportem pełnym pieczątek i z przekonaniem, że warto ryzykować, choćby po to, by nie pić szampana z bankiem.