
Sama Przez Świat: opowieść o kobiecie, którą przyciąga daleko
Sabina Lawrów, znana szerzej jako Sama Przez Świat, to nie tyle podróżniczka, ile osoba, dla której podróż stała się formą egzystencji. Nie podróżuje, by uciec — podróżuje, by wrócić do siebie. Z wykształcenia socjolożka i dziennikarka, z zawodu storytellerka, jak się nazywa z uporem, choć świat zna ją raczej z gorących plaż, lodowców i samotnych wędrówek przez najbardziej egzotyczne zakątki globu. Jej droga nie zaczęła się jednak od Antarktydy czy Malediwów, tylko od warszawskiego biura, gdzie pięć lat temu zrobiła to, co wielu marzy, ale nieliczni mają odwagę: rzuciła pracę na YouTubie i Vevo, by samodzielnie napisać swoją historię w terenie, na własnych zasadach. Od tego momentu nie było już powrotu — ani do korporacyjnej rutyny, ani do stabilności miejsca, bo jej domem, jak mówi, jest droga.
Początkowo filmowała z urzędu, potem z przystanku, później z dachu świata. Jej pierwsze filmy, z lat 2016–2017, były niemal dokumentem prywatnym — wycinki z Islandii, Nepalów, afrykańskich busów, w których jako jedyna biała kobieta czuła się jak księżniczka, choć bardziej przypominała niepewną, lecz upartą badaczkę. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że właśnie staje się ambasadorką solowych podróży kobiet, nową narratorką feminizmu w ruchu. Jej kamera, początkowo GoPro, potem coraz bardziej profesjonalna — Sony, Olympus — nie tylko zapisywała krajobrazy, ale też zaczęła pisać nową mapę kobiecej wolności: bez opieki, bez „a co powiedzą”, bez lęku przed samotnością.
Jej życie zmieniło się gwałtownie po serii filmów o Nowej Zelandii, gdzie pokazała, że można objechać obie wyspy samodzielnie, w kamperze, z kamerą i niewielkim bagażem, a czuć się bezpiecznie. Film „Flying Over Greenland” w 2018 roku, choć tylko ujęcie z samolotu, zdobył ponad dziewięć tysięcy wyświetleń i stał się przełomem — nie dlatego, że był najbardziej ekscytujący, ale dlatego, że uchwycił coś niewypowiedzianego: samotę w ekstazie, ogrom natury i maleńką ludzką istotę, która nie chce tego ogromu opanować, tylko nim podziwić. To był moment, w którym Sama Przez Świat przestała być tylko blogerką i została artystką krajobrazu. Wtedy też zaczęła współpracować z markami, ale nie jako twarz reklamy, tylko jako autorka — z Sony, Olympus, Nomad Campervans, Niemieckim Biurem Turystycznym. Jej zawód przestał się mieścić w jednym słowie: była fotografką, blogerką, reżyserką, podróżniczką, producentką, a także założycielką kolektywu Kobiety do Obiektywów — inicjatywy, która łączyła kobiety tworzące obrazy, by pokazywać świat ich oczami.
Przez lata jej tematyka rozszerzała się: z samych krajobrazów przeszła do szczegółów — jak robić zdjęcia samodzielnie, co się dzieje w hostelu na Kenii, dlaczego warto spać w niemieckich koszach plażowych, jak działa kubańska Santería czy po co sięgać po miód z awokado. Z czasem jej kanał stał się nie tylko źródłem wrażeń, ale też podręcznikiem życia blisko rzeczywistości — z naciskiem na autentyczność, wolność i nieprzestrzeganie norm. Jej ulubione formy to krótkie, żywe rolowe — choć nie zawsze były takie: wcześniej robiła długie czaty na żywo, roadtripy, dokumenty z Meksyku czy z rewitalizowanego Zagłębia Ruhry, gdzie pokazywała, jak przemysł może stać się kulturą.
W jej historii widać wyraźne załamanie stylu — po 2022 roku jej filmy stają się szybsze, bardziej osobiste, bardziej eksperymentalne. Zniknęły długie montaże, zniknęli ludzie, którzy pojawiali się wcześniej — nie ma już wspólnej pracy z Kamilem Dziubczyńskim, Pawłem Kuzią czy Adamem z Adamus Media. Została sama — czy może właśnie z tego powodu stała się jeszcze bardziej „sama”? W jej filmach pojawia się więcej ironii, więcej dystansu, więcej życia na granicy absurdów: śmieje się z Tinder Fail, wspomina, jak zabiła GoPro na 15 metrach głębokości, opowiada o tym, że „jeśli miałabyś robić coś głupiego, to zapalaj papieros w samolocie”. To nie są już tylko podróże — to refleksje o kulturze, o systemie, o tym, co znaczy być kobietą w ruchu, gdy świat ciągle chce cię usadzić.
Z czasem zaczęła mówić o rzeczach, które wcześniej omijała: o Airbnb w Gdańsku, który wynajmuje, o tym, że mieszkała „krócej i dłużej” w kilkunastu krajach, o swoich korzeniach — bo choć podróżuje od 2012 roku, a odwiedziła 89 krajów, to jej serce nadal ma adres: Gdańsk. To miasto, z którym się rozliczała w filmie dokumentalnym „Jestem z Gdańska”, gdzie pokazała się nie tylko jako podróżniczka, ale jako córka, mieszkaniec Przymorza, człowiek z historią. Ten film, choć miał tylko trzy tysiące wyświetleń, był jednym z najważniejszych — bo po raz pierwszy Sama Przez Świat nie uciekała, tylko wracała.
Jej największym sukcesem nie jest liczba subskrybentów ani film z milionem wyświetleń — to nie ten kanał. Jej sukcesem jest to, że stała się symbolem. Dla tysięcy kobiet, które pierwszy raz wysiadły z pociągu same, które bały się hostela, które nie wiedziały, czy mogą być silne i wrażliwe jednocześnie — Sabina Lawrów pokazała, że tak. Że można być odważną, nie tracąc kobiecości. Że można spać w koszu na plaży, nurkować z rekinami, jeździć po Kubie bez pieczątki w paszporcie i mimo to mieć głowę pełną poezji. Jej porażki? Były, choć nie mówi o nich głośno — film „Rozmowa o zaczepkach w Egipcie” z 2025 roku to nie porada, to opowieść o bólu, o sytuacjach, które można przeżyć, nawet będąc dobrze przygotowaną. Ale nie ma w niej bierności — jest strategia, dystans, humor.
Jej najpopularniejsze filmy — „They Said Don’t Dive Below 10m With GoPro — I Went to 15m and Broke It!”, „Flying Over Greenland”, „10 rzeczy, które mnie zdziwiły w Nowej Zelandii” — to nie przypadkowe wybory. To historie o przekraczaniu granic: technicznych, fizycznych, psychicznych. Wszystko, co robi, ma odcień wyzwania — nawet pakowanie walizki workami próżniowymi, które opisała w jednym z ostatnich filmów, to nie tylko life hack — to akt oporu przeciw chaosowi podróży.
Jej otoczenie zmienia się: wciąż współpracuje z Aliną Kondrat, która pojawia się w filmach z Dolnego Śląska czy Niemiec, ale zniknęli mężczyźni, którzy byli w jej filmach wcześniej. Nie ma już wspólnej pracy z dziennikarzami, nie ma rozmów z ekspertami — teraz mówi sama, do kamery, do siebie, do widza. To nie izolacja — to wybór. Jej świat to nie osadzone relacje, tylko chwilowe spotkania: z gospodynią w Airbnb, z platkiem manta, z kubańskim starym panem, który tęskni za salsą.
W 2025 roku, gdy opowiada o Kubie, o jej hotelach, o związkach partnerskich, o maluchach, które jeżdżą po Hawanie, o tym, że lepiej nie chodzić po chodnikach, bo spadają cegły — mówi o świecie, który zna z bliska, ale nie próbując go upiększać. To nie turystka — to antropolog z kamerą. Gdy rozmawia o Malediwach, nie pokazuje luksusowych kurortów, tylko lokalne wyspy, gdzie żyje się inaczej. Jej film „Sama w morzu na Malediwach. I nie, to nie kurort” to manifest — o tym, że autentyczność nie jest alternatywą, tylko obowiązkiem.
A przecież, mimo wszystko, czasem wspomina o autobusie do pracy, o tym, że „kiedy inni spłacają kredyty, ona robi to na Malediwach”, że „potrzebowała uścisku, ale wsiadła do samolotu”. W tych zdaniach kryje się cała jej filozofia: nie ucieka przed życiem, tylko wybiera inny kurs. Jej kanał to nie encyklopedia wysp i tras — to mapa emocji, dróg, decyzji, które zmieniają życie.
To historia kobiety, która wybrała horyzont zamiast fundamentu.