Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

SheAfter40

SheAfter40
500+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżeprzyrodakultura

Kobieta po czterdziestce, która idzie własną ścieżką

Nie miałaby ambicji być wielką „YouTube-rką”, jak wyznała w opisie swojego kanału, ale nie przeszkodziło jej to, by stworzyć coś wyjątkowego – osobistego, ciepłego i pełnego życia. Jej historia zaczyna się nie od kamery, ale od butów do marszu, mapy w dłoni i chęci zagubienia się wśród gór, miasteczek i wspomnień. Kanał SheAfter40 to nie serwisy z eksperymentami czy poradami, to raczej listy otwarte do świata, które przypadkiem trafiły do internetu: pełne emocji, przypadkowych spotkań i tych najmniej spektakularnych, ale najbardziej autentycznych przeżyć – bo właśnie takimi są te najważniejsze.

Zaczęła od Trzebnicy, miasta, które zaprosiło ją do zabawy w poszukiwanie kociaków na Kocią Ścieżkę – pomysł inspirowany dziecięcą ciekawością, a nie koniecznie turystyczną ambicją. Później zeszła do Świdnicy, wspięła się na Śnieżkę, a potem zaskoczyła wszystkich, nawet do siebie, filmikiem z niebieskiego hotelu na Zanzibarze, jakby zrzuciła nagle wszystkie etykietki i powiedziała: „a teraz – Afryka”. To był pierwszy sygnał, że jej historia nie będzie się trzymać żadnego schematu. Od tej pory obrazy płynęły jak rzeka: śnieżne Góry Świętokrzyskie, czerwone szlaki na Śnieżniku, wieże widokowe na Jagodnej, a potem – Bieszczady, w których trafiła z deszczem, ale za to znalazła zakochanie na dobre. Tam, w mgle i błocie, poznawała „bieszczadzką lekkość bytu”, jak to ujęła – stan, w którym zmęczenie i wilgoć zlewają się z ukojeniem, a nocą na szlaku słychać tylko głosy puszczyków (czy też wilków – kto wie).

Jej podróż była zawsze towarzyska, choć nie zawsze nazwana. Pojawiać się zaczęli ludzie: Tomasz, którego nagie torsy wspominała z humorem (i którego brak zdjęcia uznała za tymczasowy niedosyt), Kasia, z którą dzieliła dżemiki i kawy na szczytach, Mama, z którą wspinała się na Wielką Sowę zimą, i Strzałka – dwunastoletnia border collie, która zdobywała szczyty z godnością, bo nawet seniorzy mają prawo do gór. Byli też ci, którzy byli, ale przestali się pojawiać – jakby ich obecność była ważna tylko w pewnym etapie, jak tańcząca para, która odchodzi z parkietu, gdy muzyka się zmienia.

Przez lata jej kamera przeszła od lokalnych spacerów do wyjazdów za granicę – nie jako turystka, ale jako obserwatorka. Zdobywała nie tylko szczyty, ale i wiedzę: o skansenach w Białowieży, o tajemniczych schroniskach w Dolinie Liwca, o cmentarzach dla „niechcianych” w Warszawie, gdzie spoczywali i Żydzi, i katolicy, i artyści, których historia była zbyt skomplikowana, by trzymać się jednej wyznania. Zdawała sobie sprawę, że niektóre miejsca – jak Tworki – są niespotykane nie z powodu piękna, ale z powodu tej właśnie historii, która przesiąkła w murze i trawie. Tam, gdzie inni widzieli tylko szpital, ona dostrzegała ślad ukrytych ludzi, uciekających z Dulagu 121, i miejsce, gdzie życie i obłęd się przenikały.

Wydarzeniem, które wyraźnie zmieniło bieg jej kanału, był wyjazd do Zanzibaru – pierwszy sygnał, że nie ograniczy się do kraju. Potem zaczęły się podróże: Faroe, Gruzja, Malediwy, Czeskie Karkonosze, Kolumbia, Lizbona, Madera. Ale nie przyjeżdżała tam jako podróżniczka z listą „must-see”, tylko jako ktoś, kto potrafi zatrzymać się przy rzeczywistości nie całkiem turystycznej – jak staroobrzędowcy w Syberii, którzy piekli podpłomyki i śpiewali pieśni, których nie ma w żadnych przewodnikach. I choć chwaliła się kokosami z palm, to potem poważnie mówiła o ich cenie i zagrożeniach, jakie niesie „raj” dla turystów.

Jej największym sukcesem nie był żaden pojedynczy film, ale to, co z nich wynikło – kanał, który nie rośnie po scenariuszu, ale żyje. Najpopularniejszy film – Ironman Barcelona 2022 – nie był nawet jej własny, lecz dedykacja dla kogoś z najbliższego grona. Nie wspomniała, kim dokładnie jest Konrad, ale emocje, z jakimi to powiedziała – „Jesteś naszym bohaterem!” – były wystarczające. To nie była reklama sportu, to był krzyk serca. Innym przełomem był film o Zamościu, gdzie wyraźnie widać, że zaczyna łączyć turystykę z narracją historyczną, rozwijając nie tylko obraz, ale i głębię. Tam, gdzie wcześniej pokazywała tylko widoki, teraz mówiła o antropomorficznym planie miasta, o aptece z 1609 roku, o „Centralce” z kanalizacją i ceną wyższą niż we Włoszech.

Jej największym potknięciem był pewnie ten moment, gdy na filmie o Lizbonie kamera się zawiesiła – i utraciła nagranie z wystawy Berardo, gdzie widziała Picassa, Dali’ego i Warhola. Nie ukrywała frustracji, ale też i pokory: „Musicie więc uwierzyć mi na słowo”. I właśnie w tym była jej siła – w przyjmowaniu, że nie wszystko da się uchwycić, że czasem wystarczy być.

Filmy, które pojawiają się najczęściej w jej głowie, to te o ludziach i miejscach, które przetrwały – cmentarz Żbikowski, gdzie rozpoznaje się z całym swoim rodowodem; Tworki, gdzie historia szaleństwa i ukrycia splata się z dzisiejszą ciszą; Maderę, gdzie lewady prowadzą przez dżungle, ale i przez pamięć. A te, które przestały się pojawiać – jak opisy warszawskich ulic czy jedzenie „na mieście” – zostały wymienione na rzecz rzeczy, które wymagają czasu: spaceru, rozmowy, ciszy.

Przez lata jej ton stał się bardziej spokojny, ale nie mniej pasjonaty. Wciąż była ironiczna – np. wobec siebie, gdy wspominała, jak zgubiła się na trasie do Lubonia Wielkiego i zeszła przez podwórko, albo gdy mówiła o błędach przed szczytami, które się nie nauczają. Ale już nie po prostu żartowała – zabawiała, by pokazać, jak życie jest pełne przypadkowych przygód. I właśnie tak, bez wielkich planów, stworzyła archiwum życia kobiety, która nie zamierza się starzeć, tylko żyć – z pełnymi plecakami, zmęczonymi stopami i sercem, które ciągle ma co odkrywać.

A kiedy zapytano by ją, kim jest – odpowiedziała by pewnie, że po prostu kimś, kto chce dzielić się tym, co wydało mu się interesujące. Z daleka i z bliska.