Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Siódmy w Świecie

Siódmy w Świecie
5K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżeprzyrodavanlife

Siódmy w Świecie – opowieść o życiu poza schematami

Na początku był skok. Nie w sensie metaforycznym, ale dosłownie – z samolotu, na wysokości 800 metrów, gdzie wiatr w uszach i adrenalina w żyłach są jedynymi towarzyszami. W 2017 roku, na Ukrainie, pojawił się pierwszy filmik z serii krótkich, dynamicznych relacji z życia pełnego impulsu, ciekawości i lekkiego dystansu do norm. Nie było wtedy jeszcze Islandii, nie było półrocznych przerw, nie było kamperów ani wulkanów. Był tylko jeden człowiek, który skakał, filmował i mówił: „Takie atrakcje tylko na Ukrainie”.

Ale już wtedy było widać, że coś się rysuje – nie tylko pasja do podróży, ale też instynkt narracyjny, umiejętność opowiadania o sobie tak, by inni czuli się zaproszeni do swoich własnych przygód. Z czasem ten ton się zmienił – z nieco chaotycznej relacji z przygody przekształcił się w spokojniejszy, bardziej przemyślany wątek życia, w którym wolność nie była tylko słowem w opisie kanału, ale konkretnym trybem działania.

W 2022 roku wszystko się przesunęło. Gdzieś między skokami i relacjami z Ukrainy pojawiła się Islandia – najpierw jako temat, potem jako miejsce, a w końcu jako dom. Pierwsze filmy z wyspy były jeszcze niepewne, jakby narrator sam nie wierzył, że tu trafił: „JAK ZNALEŹĆ PRACĘ NA ISLANDII?”, pytał z entuzjazmem i lekkim zdziwieniem. Ale już kilka miesięcy później nie pytał – opowiadał. Opowiadał o białych nocach, o erupcjach wulkanów, o cenach w Netto, o zorzy polarnych, które widać nie tylko przez aparat, ale czasem też gołym okiem, jeśli się mieszka wystarczająco daleko od światła.

To właśnie tam, wśród lodowców i wiatru, narodził się nowy model życia – 6 miesięcy pracy, 6 miesięcy wolnego. Nie było to nowe dla świata, ale było nowe dla niego. I dla setek ludzi, którzy zaczęli mu pisać: „A jak ja to zrobię?”. Wtedy zrozumiał, że nie tylko żyje inaczej – może też pomóc innym żyć inaczej. Tak powstał ebook „Jak spełniać marzenia, pracując na Islandii”, kompendium doświadczeń, które nie było tylko instrukcją, ale też manifestem: nie trzeba pracować zdalnie, by mieć czas na świat. Można pracować w gospodarstwie, w hotelu, przy obsłudze turystów – i mimo to mieć widok na ocean z okna, a nie na blok.

Współpracę z Monią zaczęto wspominać stopniowo, jakby ona od początku była częścią tej opowieści, choć wcześniej nie pojawiała się w kadrze. Razem mieszkali za darmo, mieli częściowe wyżywienie, oszczędzali 90 procent zarobków. Ich życie nie było luksusowe – raczej minimalistyczne, ale pełne znaczenia. Codzienność to nie tylko praca, ale też wędrówki po dzikich szlakach, które nie są w przewodnikach, bo znają je tylko owce i starzy myśliwi. To właśnie na jednym z takich szlaków, podczas wspinaczki na Hvannadalshnúkur, najwyższy szczyt Islandii, spotkał Ignacego – 22-letniego chłopaka, który miał pasję gór, spokój ducha i marzenie o Himalajach. Razem przeszli 14 godzin po lodowcu, związani jedną liną, jedną potrzebą – dotrzeć na szczyt. Ignacy nie wrócił z kolejnej wędrówki. Jego śmierć została wspomniana z prostotą i szacunkiem – bez patosu, z uczuciem, jak o kimś, kto był, choć krótko, częścią tej samej drogi.

Po sezonie na Islandii zawsze następowała przerwa – ale nie przerwa w sensie lenistwa, tylko w sensie ruchu. Najpierw Azja Południowo-Wschodnia – 108 dni, motocykl, 3081 kilometrów. Potem Nowa Zelandia – kupiony kamper, który nazwali Vanisławem, i 90 dni życia na drodze. Tam, na końcu świata, filmowali kawiarnie z wynalazkami, strome ulice, jaskinie Maorysów i rejsy po Milford Sound, który – jak się okazuje – rzeczywiście można nazwać ósmym cudem świata. Tam też poznali Polaków, którzy tam mieszkają, i zrozumieli, że „życie poza Polską” to nie ucieczka, ale wybór. I że można mieszkać 18 000 km od domu i nadal czuć się jak w domu.

W tym czasie kanał się zmienił. Z serii krótkich filmików o ciekawostkach przekształcił się w spójną narrację życia – nie tylko jego, ale też tych, którzy dzięki niemu znaleźli pracę na Islandii. Setki osób, setki ogłoszeń, setki pytań. Z czasem pojawiły się spotkania w Polsce – Warszawa, Kraków, Gdańsk – miejsca, gdzie ludzie pytali nie tylko „jak”, ale też „czy warto”. A on odpowiadał: „Warto, jeśli chcesz żyć, a nie tylko czekać, aż życie minie”.

Nie unikał krytyki. Wręcz przeciwnie – przyjmował ją jak część procesu. „Co z emeryturą?”, „Nie masz dzieci, nie masz kredytu – to nie życie, tylko ucieczka”. Odpowiadał spokojnie, z humorem, ale też z przekonaniem: „Żyję tu i teraz, bo nie wiem, czy będzie później”. I pokazywał, że można oszczędzać 10 000 zł miesięcznie, nie pracując w IT, nie mając firmy, tylko pracując fizycznie, za darmowym mieszkaniem i częściowym wyżywieniem. Że to nie bajka, tylko logistyka, decyzje i odrobina odwagi.

Z czasem zniknęły filmy o skokach spadochronowych, zniknęły też wątki z Ukrainy. Zmieniły się priorytety – z adrenaliny na trwałość, z impulsu na system. Zniknęły też niektóre osoby – nie wszystkim udało się wytrzymać w tym tempie, nie wszystkim odpowiadał tryb życia na granicy cywilizacji. Ale Monia została. I razem stworzyli coś, co przypominałoby rodzinę, gdyby rodzina była zdefiniowana nie przez więzy krwi, ale przez wspólne cele.

Największym sukcesem nie był żaden film, nie liczba subskrybentów, ale to, że 500 osób dzięki niemu znalazło pracę na Islandii. Największym potknięciem – być może – była utrata 400 GB materiałów z pierwszego miesiąca podróży po Nowej Zelandii. Ale nawet to stało się częścią narracji: „Nie wszystko da się odzyskać – ale to, co zostało, jest cenniejsze”.

Filmy o największej oglądalności to te, które łączą konkret z emocją: „Ile kosztowała nas 108 dniowa podróż po Azji?”, „Jak wyglada mój dzień na Islandii?”, „Zarobki na Islandii”. Ludzie nie oglądali ich dla krajobrazów – choć te są niesamowite – ale dla odpowiedzi. Dla nadziei, że coś się da zmienić.

A dziś? Dziś wraca na Islandię – już po raz czwarty. Znów 6 miesięcy pracy, znowu 6 miesięcy wolnego. Znów Vanisław (albo jego następca), znowu plany na Australię. Znów ten sam model, ale z większym dystansem, z większą pewnością. I z tą samą zasadą: nie trzeba mieć wszystkiego, by mieć wszystko.

To historia o tym, jak życie może być prostym równaniem: trochę pracy, dużo wolności i zero strachu przed tym, co inni nazwą szaleństwem.