
Smok Tajwański: opowieść o Polaku, który znalazł się w sercu Azji
Nie każdy, planując wyjazd za granicę, trafia na małą, gęsto zaludnioną wyspę, której niezgrabnie podwładzały sąsiednie imperium, a sama żyje swoim, niezależnym życiem. A jednak właśnie tam, na Tajwanie, osiadł niegdyś młody Polak, który zamiast wracać, postanowił zostać i opowiadać – najpierw cicho, potem coraz donośniej – o tym, jak wygląda codzienność w kraju, gdzie neonowe niebo nigdy naprawdę nie zasypia, a skutery płyną ulicami jak rzeka, której nie da się zatkać. Z czasem stał się Smokiem Tajwańskim, nie tyle z powodu imponującego wyglądu, ile dlatego, że po prostu okazało się, iż Tajwan to miejsce, które warto opisywać jak mit – bo tak naprawdę nim jest.
Z początków jego pobytu wynajmował 20 metrów kwadratowych w Nowym Tajpej, w dzielnicy Luzhou, gdzie życie toczyło się wśród sklepowych żaluzji, muzyki z przemieszczających się śmieciarek i codziennej ortodoksy wynoszenia odpadków – rytuału tak ważnego, że zasługiwał na pierwszy film, który otworzył kanał. Był to początek 2019 roku, czas, gdy nie wiedziono jeszcze, czy ktoś w ogóle będzie chciał patrzeć na obcokrajowca spacerującego po metrze, night marketach czy świątyniach. Ale patrzyli. I coraz więcej. Bo choć kamera pokazywała Tajpej, to widzowie widzieli przede wszystkim siebie – swoje zdziwienie, ciekawość, potrzebę podróży, choćby wirtualnych. Pierwsze filmy były jak listy od kogoś, kto właśnie dotarł do nowego świata i nie może się powstrzymać, by nie opisywać wszystkiego: od ceny mleka w sklepie po to, jak wygląda MRT z pieczątkami pamiątkowymi, które przypominają grę z dzieciństwa.
Z czasem zakrojono na coś większego. Film o lotach Air China z Warszawy przez Pekin do Tajpej zdobył ponad dwadzieścia tysięcy odsłon – nie dlatego, że ktoś szczególnie tęsknił za przelotem przez smogową chińską stolicę, ale dlatego, że pokazał trasę, którą mogli pomyśleć o pokonaniu. To był sygnał: kanał przestał być wyłącznie o Tajwanie, stał się o tym, jak się tam dostać, jak się tam czuć, jak nie zgubić się w tłumie, jak nie przegapić detailsu. A smaczny szczegół – jak święto smoczych łodzi, tajfun Mitag czy tajwańskie obrzędy oparte na dyskotece przed świątynią – robił większe wrażenie niż standardowy przegląd atrakcji.
W 2020 roku pandemia zmieniła wszystko. A kanał znalazł się w centrum uwagi, bo Tajwan – niewielki, ale zdeterminowany – radził sobie z wirusem tak, jakby był to kolejny rytuał miejski: maski, skanowanie temperatury, odpowiedzialność obywatelska. Seria filmów o koronawirusie – od cichego komentarza po żywą relację dla TVN24BIS – przyniosła mu nie tylko większą widownię, ale i pozycję kogoś, kto mówi nie tylko o kulturze, ale o rzeczywistym funkcjonowaniu społeczeństwa. Wtedy też, w marcu 2021, po feralnym roku, opowiedział, że zamieszkał w hotelu w centrum Tajpej – nie z powodu luksusu, ale po prostu dlatego, że tak wyszło. Życie zmieniało się, a on zmieniał się razem z nim.
Z czasem zaczął unikać tematów, które były ważne na początku: nie robił już filmów o podstawowych różnicach kulturowych, bo widzowie już wiedzieli. Zamiast tego pokazywał opuszczone domy UFO w Wanli, kocie wioski, polską restaurację w Taichung – miejsca, które mówią więcej o Tajwanie niż tysiąc poradników. I nie przestawał zadawać pytań: dlaczego okratowane są okna? Czy chiński atak rzeczywiście grozi? Czy warto pracować w tajwańskiej korporacji? Odpowiadał z dystansem, z humorem, ale też z doświadczeniem kogoś, kto tam mieszka, a nie tylko odwiedza.
Goście zaczęli się pojawiać – najpierw Emil Truszkowski z Japonii, potem Krzysztof Gonciarz, a nawet Paweł z Travel Tasters. To było coś nowego: nie tylko jeden głos, ale dialog, porównania, zabawa. I nagle kanał rozszerzył się poza Tajwan. Film z Osaki, z Kioty, z Seulu, z Okinawy – to już nie była tylko opowieść o jednym miejscu, ale o całej Azji, o tym, jak ona funkcjonuje, jak się różni i jak się łączy. Nawet wybór lokalizacji miał swój urok: przykładowo wyprawa do Seulu na Gangnam, która – jak się okazało – przypominała Rzeszów. Śmieszne? Tak. Ale prawdziwe.
Z czasem zniknęły tematy codziennej adaptacji, jakby wszystko, co trzeba było powiedzieć o tym, jak żyje się na Tajwanie, zostało już opowiedziane. Zamiast tego pojawiły się głębsze narracje: o Polonii, o kulturze, o ludziach, którzy przywożą do Azji nie tylko walizki, ale i swoje tradycje – jak pączki, które zachwyciły tajwańską właścicielkę, czy koncerty Szopena w parku Daan. To były już nie tylko vlogi, ale fragmenty wspólnoty, która powstaje w najmniej spodziewanych miejscach.
Największymi sukcesami okazały się nie tylko filmy o lotach z Polski czy pandemii, ale ten, w którym tajwańskie dzieci śpiewały po polsku o koksu – kaktus edukacyjny, który zaśpiewał „biały węgorz” i wywołał falę śmiechu i zdumienia. To był moment, gdy kulturowy zderzenie stało się sztuką spontaniczną. A potem – relacja z Japonii, z Korei – miejsca, gdzie nie był stałym mieszkańcem, ale gdzie jego spojrzenie nadal było tym z zewnątrz, pełnym ciekawości i szacunku.
Były też potknięcia – film o Gangnamie, który miał 285 odsłon, czy Tajpejski night market pod Tokyo Skytree z zaledwie 292. Ale nie szkodzi. Kanał nie starał się być hitem za każdym razem. Raczej był jak przyjaciel, który dzwoni, kiedy ma coś do opowiedzenia – czasem to mało, czasem dużo, ale zawsze autentycznie.
Przez lata jego świat się rozszerzał: z 20 metrów kwadratowych w Nowym Tajpej do hotelu w centrum, z jednego głosu do rozmów z gośćmi, z Tajwanu do Japonii, Korei, Okinawy. Ale nadal mówił po polsku, nadal zachował ten cichy sarkazm, nadal pokazywał nie tylko piękno, ale i dziwactwa – skutery, które jeżdżą jak chcą, okratowane okna, które mają swoją historię, i ludzi, którzy śpiewają o narkotykach, by uczyć języka.
A wszystko to – od pierwszego filmu o mieszkanie do ostatniego o Okinawie – tworzy opowieść o kimś, kto nie tylko przeprowadził się, ale przystosował, zaangażował, stał się częścią. I co ważne – nie przestał patrzeć.
To historia Polaka, który znalazł się daleko, ale nigdy nie przestał tłumaczyć, co widzi.