
Maciej Semeniuk – podróżnik z charakterem
Kiedyś jeździł po wrocławskich lasach na rowerze, dziś pokonuje serpantyny Himalajów motocyklem, śpiąc w namiocie na stokach gór ponad pięcioma tysiącami metrów nad poziomem morza. Maciej Semeniuk, twarz kanału Szamanitowy, to człowiek, którego życie wygląda jak nieprzerwana próba wyjścia poza granice komfortu — z lekkim humorem, sporym bagażem nieprzewidzianych przygód i kamerą, która od lat notuje każdy jego krok.
Zanim stał się podróżnikiem znanym z opanowania w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, zanim kupił motocykl w Indiach i ruszył nim w kierunku Ladakhu, gdzie nawet telefon nie ma zasięgu, a droga znika pod osuwiskami, Maciej był zwykłym rowerzystą z Wrocławia. Jego pierwsze filmy to spokojne przejażdżki rowerem nad Odrą, krótkie wyjazdy do okolicznych lasów, gdzie czasem łapał gumę, a czasem spotykał znajomych po drodze. Był to jeszcze czas MTBfreaQ — nazwy, która brzmiała jak hasło z gry komputerowej, a pod którą nagrywał krótkie, domowe materiały z rowerowych wypadów, śmiejąc się z siebie i z sytuacji. Wtedy jeszcze nie wiedział, że za kilka lat będzie filmował się z butami przymarzniętymi do pedałów motocykla na przełęczy Khardung La.
Jego pierwsza duża podróż rowerem prowadziła przez Hiszpanię — z miasta Ciudad Rodrigo w kierunku Huelvy. Pięćset kilometrów, góry, namiot, jedzenie z plecaka. Miał pełne zamiary dotrzeć do Polski przez Alpy, ale ten plan, jak wiele innych, został zmieniony. Po Hiszpanii ruszył do Afryki, a tam jego przygoda naprawdę się rozpoczęła. Przejechał Maroko, Mauretanię, Senegal, Gwineę, Wybrzeże Kości Słoniowej — wszystko na rowerze, często śpiąc na dziko, czasem u ludzi, którym udało się zaufać. Była tam i woda, która zalała kamerę, i wypadek, w którym ciężarówka o włos nie spadła w przepaść, i kradzież, która pozbawiła go niemal wszystkich oszczędności. To właśnie w Gwinei, wspomagając się opowieścią o stracie, pojawił się najmocniejszy emocjonalnie moment jego wczesnej podróży — pomoc od kobiety, która okazała się matką w domu dziecka. To była nie tylko pomoc materialna, ale też przypomnienie, że mimo wszystko świat nie jest tylko miejscem niebezpieczeństw.
Po latach przerwy, którą sam nazwał „zamieszaniem na kanale”, w 2024 roku rozpoczął nową podróż — tym razem po Azji. Zaczęło się od Tajlandii, gdzie wypożyczył skuter, by eksplorować dżungle, wodospady i tajemnicze jaskinie. Pojawia się tam Dominika, towarzyszka podróży, która uczy się jeździć skuterem w centrum Bangkoku i towarzyszy mu przez kilka odcinków, ale potem stopniowo zanika z narracji. Nie ma anonsu, nie ma pożegnania — po prostu pewnego dnia jej już nie ma. Tak bywa w podróży: ludzie przychodzą i odchodzą, a kamera kontynuuje.
Z Filipin, gdzie spędził niemal rok, przywiozła za sobą nie tylko wspomnienia, ale i nową profesję — został instruktorem nurkowania. To była chwila sukcesu, której nie zaplanował, ale którą wykorzystał — nauczył się nurkować, potem prowadził kursy, filmował studentów, jeździł po Mindoro, odwiedzał wioski rdzennych plemion, chodził po górach Malasimbo, aż w końcu pożegnał się z archipelagiem podczas ostatniego zanurzenia, pełne emocji i rozrzewnienia. Wtedy już wiedział: kolejna przygoda czeka.
Indie i Himalaje to było coś zupełnie innego. Nie tylko dlatego, że kupił tam motocykl, ale dlatego, że to była podróż bez ratunku. Bez wsparcia, bez planu, tylko on, maszyna i tysiące kilometrów nieprzewidywalnych dróg. Jechał przez Manali, Shimli, Malanę — wioskę, gdzie nie można dotykać mieszkańców, a haszysz traktowany jest jak świętość. Filmował się, jak robi samosę z lokalnymi, jak gubi dokumenty i pieniądze w Nepalu, jak awarię telefonu traktuje z kwaśnym uśmiechem, bo „no cóż, taka już jest ta podróż”. Himalaje nie wybaczają — ale on je pokonał, nawet jeśli po drodze musiał zawrócić przed Manali, bo droga była zawalona, a telefon padł. Nie było to porażką, tylko logicznym rozszerzeniem idei: czasem najlepsza decyzja to nie jechać dalej.
Największe sukcesy? To nie liczba subskrybentów, ale filmy, które trafiły w oczy — UWAGA! Nożownik na Ostrym Kole, #7 Co przeżyłem w Nepalu, Wystarczy jeden błąd i spadasz – Himalaje. To one przyniosły setki tysięcy wyświetleń, ale to nie zmieniło stylu narracji. Wciąż mówi spokojnie, bez sensacyjki, z charakterystycznym spokojem, jakby opowiadał o tym, co jadł na śniadanie, a nie o tym, jak przeżył burzę z gradem na 4000 metrach nad poziomem morza.
A potem, po wszystkim — cisza. Film o tym, że wyjeżdża do pracy w Szwajcarii. Że to może być ostatni odcinek. Że algorytm go stracił, że filmy były robione na szybko, że teraz chce je poprawić, skrócić, dodać głos narratora. To nie było pożegnanie, ale raczej refleksja — o tym, że nawet największa pasja musi ustąpić miejsca konieczności zarobienia na kolejną podróż.
Najważniejsze osoby, które towarzyszyły mu po drodze, to nie zawsze ci, których widzimy — to ci, których nie ma w kadrze: mechanicy, którzy pomogli mu naprawić skuter, strażnicy, którzy puścili oko, lokale, które zaprosiły go do domu, Rosjanie, z którymi rozmawiał o Afryce przy ognisku. To oni utrzymywali go na powierzchni, kiedy wszystko się sypało.
Tematy, które zniknęły bez słowa — to rower, MTB, zimowe wypadki do Austrii, snowboard, beatboxing z Portugalczykiem. To życie sprzed Azji, sprzed motocykla, sprzed Himalajów. Teraz to wszystko wygląda jak sen z innej epoki.
I choć jego kanał może kiedyś zniknąć z ekranów, a nowy zacznie się od „poprawionych filmów”, jedno pozostaje niezmienne: Maciej Semeniuk to podróżnik, który nie uciekał przed czymś — on po prostu szedł naprzód, bo inaczej nie potrafił.
To historia człowieka, który najszczęśliwszy był, gdy miał najmniej.