
Tam Gdzie Nogi Poniosą — opowieść o Dorendzie i Macieku
Gdzieś między żelaznymi granicami a miękkimi liniami horyzontów, tam gdzie wiatr niesie pachnie przygody, a drogi są zbyt długie, by je mierzyć w kilometrach, żyją Dorenda i Maciek. Dwie osoby, których życie przypomina kreskę długopisu na skoroszytowym papierze mapy — niekoniecznie proste, ale zawsze ciągłe, nieustępliwe, przeciągające się przez kraje, kultury i wiatry. Ich historia nie zaczyna się w studiu czy biurze, ale na siedzeniu rowerowym, z plecakiem i wiatrem w twarz, w 2017 roku, kiedy wyruszyli w osiemnastomiesięczny rejs przez Azję Centralną, nie mając na koncie więcej niż kilka tysięcy euro i ogromną wiarę w ludzi.
Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że z tych dni ułożą się dziesiątki filmów, setki chwil i cała nowa rzeczywistość. Ich podróż zaczęła się w Polsce, ale szybko przeszła granice — przez Turcję, Gruzję, Iran, Azerbejdżan, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, aż do gór Pamiru, gdzie czas jakby się przesuwał, a tarcze termometrów nie miały znaczenia. To była wyprawa rowerowa, ale nie tylko. To był spacer wśród ludzi, którzy zapraszali do domów, dzielili się chlebem, herbatą, pieśniami — czasem w językach, których nie znali, ale z sercem, które mówiło wszystko. Przez Morze Kaspijskie przepłynęli statkiem, a obok ich rowerów, jak żartobliwe przypomnienie o surrealizmie podróży, stanął wielbłąd. W Iranie żyli z CouchSurfingiem, ale też autostopem, przez Gruzję wspinali się na Elbrus i Kazbek, a potem, zimą 2020 roku, wskoczyli do innego świata — na Jordanię, z biletem w jedną stronę.
Tam, w pustyniach Wadi Rum, nad Morzem Martwym, w świętości Jerozolimy i chaosie Kairu, ich narracja nabierała nowego rytmu. Byli nie tylko podróżnikami, ale opowiadaczami, ludźmi, którzy nie tylko widzieli, ale i chcieli dzielić się tym z ekranami, które stały się mostami. Ale świat, który ich zapraszał, nagle się zamknął. Pandemia uwięziła ich w Egipcie, potem w Niemczech, a w końcu w Krakowie — i choć ich wyjazd przerwano, nic to nie zmieniło. Zamiast gór, otworzyli drzwi do własnej codzienności. Zaczęli robić tak zwane „daily vlogy” — serię filmów, które zaczęły się jako relacje z kwarantanny, a przerodziły się w dziennik życia, remontu, pracy, miłości do rzeczy, które można zrobić własnymi rękami.
Z Krakowa przeprowadzili się do Holandii, do miasteczka Montfoort, gdzie Dorenda się urodziła. Tam zaczęło się kolejne życie. Nie było więcej tych wielkich, zdalnych wypraw, ale za to pojawiły się nowe: dzień pracy w sadzie, wizyty w supermarketach, spacerach po wodzie i pływających domach, rozmowy o polskich pierogach w holenderskiej kuchni. Ich kanał, który zaczął się od epopei rowerowej, stał się albumem życia — zredukowanego do właściwych proporcji, ale nie mniej wartościowego. Śmiali się z prostych rzeczy: z wymiany dętki w rowerze holenderskim, z biwakowania w lesie pod deszczem, z pracy w szklarni, gdzie krowy podglądały ich przez płot.
A potem przyszła Lisa — ich córeczka. Świat, który i tak był ich kamerą, zyskał nowe patrzenie. Zaczęli jeździć samochodem, nie bojąc się, że przygoda się skończy. Wrócili do Ukrainy, do Ukraińskich Karpat, do Chatki u Kuby, do Ukraińskiej Syberii, gdzie zimą w górach nie docierają turyści. Pokazywali, jak można żyć wolno, nawet jeśli nie ma się wielkiego budżetu — w malowniczych zakątkach, w zrujnowanej letniej rezydencji Stalina, w opuszczonych domach, gdzie historia szeptała z zardzewiałych ram okiennych.
Ich sukces nie mierzy się tylko w liczbach — choć przekroczyli 10 tysięcy subskrypcji, a najpopularniejszy film, zwiastun ich azjatyckiej wyprawy, ma ponad 30 tysięcy wyświetleń. Ale prawdziwy sukces to coś innego — to zaufanie, które zbudowali z widzami. To serdeczność, z jaką odpowiadają na pytania, wspominają o rodzinie, o Wojtku Tomaszewskim, muzyku z Czarnohory, o Ronim Tabashu, Polaku z Betlejem, o Adeli, z którą się spotkali po drodze. To subtelna ironia, z jaką mówią o „najwyższych górach” Holandii, o remontach, które trwają latami, o 21 milionach złotych na kładkę, która wcale nie działa dobrze.
Ich porażki? To nie były upadki, ale zakłócenia trasy — kwarantanna, zepsuty rower, pogoda, która nie chciała im pozwolić spokojnie biwakować. Ale nie było w nich dramy, tylko akceptacja, że tak właśnie jest, gdy się żyje na granicy planu i przypadku. Porzucili codzienne vlogy po roku, ale nie porzucili kanału. Zamiast tego zaczęli mówić o rzeczach, które mają znaczenia — o zrównoważonym życiu, o remontach, o budowie roweru, o podróży z dzieckiem po Bałkanach, o tym, jak spać legalnie w Austrii, choć praktycznie — niemal nigdy.
Z czasem zaczęli wspierać inne projekty — pomoc dla Ukrainy, opiekę nad planetą, testy sprzętu, z którym się zżyli, jak bank energii AllPowers czy zestaw do elektryfikacji roweru. Ale nie przestali być sobą — ludźmi, którzy wierzą, że można podróżować bez pieniędzy, że gościnność to najcenniejszy walut, że nawet najprostszy chleb, upieczony w domu, może być wydarzeniem.
I choć teraz jadą rowerem z Krakowa nad Adriatyk z trzyletnią Lisą w przyczepce, choć remontują dach, choć pracują w sadzie, wciąż są tymi samymi — Dorendą i Maciekiem, które nie podróżują, by uciec od życia, ale by je zrozumieć, krok po kroku, kilometr po kilometrze, dzień po dniu.
Ich historia to opowieść o tym, że najlepsze trasy nie są wyznaczone — idzie się tam, gdzie nogi poniosą.