Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

The Polish Cowboy

The Polish Cowboy
500+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodakultura

The Polish Cowboy: opowieść o podróżniku z beretem i dżinsami

Początkowo był po prostu Piotr, chłopak z Lublina, który w 2018 roku wziął komórkę, ustawił ją na trójnogu i zaczął opowiadać światu o cebularzach i brejdakach. Jego pierwszy film, nagrany wśród zacisza polskiego miasta, brzmiał jak zaproszenie do niezobowiązującego, lekko chaotycznego świata — świata, w którym można mówić o wszystkim i o niczym, byle z uśmiechem. Wtedy jeszcze nie wiedział, że za kilka miesięcy stanie się kimś w rodzaju polskiego kowboja, choć nie z krzywej nogi i rewolweru, lecz z paszportu, walizki i nagrania z serialu „Wiedźmin” z TVP z 2002 roku, które przypadkowo trafiło do jego pierwszego vlogu jak namacalny ślad przeszłości.

Nie minęło wiele czasu, a Piotr znalazł się w USA — najpierw w Skinners Falls w stanie Nowy Jork, gdzie razem z koleżanką Soapy, oglądając spływające rzeką łódki, dzielił się pierwszymi wrażeniami z życia za oceanem. Ameryka okazała się miejscem, gdzie ludzie piją burgery i grają w baseball, ale też gdzie trzeba działać. Już w kolejnym filmie pokazał, jak wygląda praca ochroniarza w ramach programu Work&Travel w Pensylwanii — nie była to praca z wyższych sfer, ale wystarczająco autentyczna, by pokazać, że marzenie o kontynencie można kupić pracą przy obozie, a nie tylko marzeniami. Tam też, wśród czerwonych necków i tłumu na Wayne County Fair, nagrał moment, gdy stary samochód został rozbity na gladiatorskich zmaganiach Demolition Derby — widowisko, które chyba bardziej przypominało rytuał niż rozrywkę, ale idealnie wpisywało się w obraz amerykańskiego folkloru, który fascynował jego kamery.

Z czasem jego kamera przemieszczała się szybciej niż on sam. Z Filadelfii — miasta, gdzie Rocky biegał po schodach i gdzie historia miesza się z morderstwami — do zimnej, mglistej San Francisco, gdzie każdy krok kosztował więcej niż w całej Polsce, ale za to widoki opłacały każdą drogę. Wtedy jeszcze zachęcał innych do wyjazdu do Stanów, reklamując programy wymiany, jakby był ambasadorem młodych polskich marzeń amerykańskich. W 2018 roku, w jednym z infovlogów, obiecywał więcej podróży, więcej prawdziwego vlogowania — a jako bonus dał fragmenty z Las Vegas, jakby chciał powiedzieć: patrzcie, to dopiero początek.

Ale potem zrobiło się cicho. Prawie rok przerwy — czas, w którym świat się przestawił, a on najwyraźniej też. Gdy wrócił, był już nie tyle turystą, co kimś, kto znalazł się na nowej ziemi i postanowił zostać. Islandia. Kraina lodu, ognia i mnóstwa wiatru. Pierwszy film z Reykjaviku to była niemal medytacja na temat skał, wody i ciszy, ale już w kolejnym Piotr zmienił ton — nie oglądał, tylko działał. Został trenerem koni, farmerem w chłodnych warunkach islandzkiej rzeczywistości. Pokazywał, jak pracuje się z islandzkim koniem, zwierzęciem nie tylko mniejszym, ale jak twierdził, specyficzniejszym niż polskie wierzchowce. Jego dnie były teraz pełne błota, deszczu i rutyny, ale też spokoju — i czegoś, co brzmiało jak pasja. Dwa filmy o pracy z koniami zgarnęły najwięcej uwagi: drugi, z opowieścią o „zaklinaczu koni”, miał ponad trzy tysiące wyświetleń, a pierwszy — o stanie „islandzkim farmerem” — aż blisko dziewięć tysięcy. Było to szczytem jego popularności, chwilą, gdy ludzie najbardziej chcieli zobaczyć, jak Polak żyje wśród lodowców i koni, które stawiają opór nie tylko przed ludźmi, ale i pogodą.

Po Islandii zrobiło się znowu inaczej. W 2021 roku pojawił się w Ankarze — stolicy Turcji, gdzie chaos na ulicach zmieszał się z uzbrojoną policją i setkami piesków koczujących po mieście. Mówił o meczetach, o milczeniu w niedzielę, o trudnej komunikacji. Ale już nie wspominał o koniach. Nie było słowa o farmie. Zamiast tego, zapraszał na nowy projekt treningowy — WarriorFit Selection — jakby szukał nowej drogi, gdzie życie aktywne to nie tylko jazda konno, ale też walka z własnym leniem. Jego obecność na Facebooku i TikToku rozwijała się, a kanał YouTube pozostał cichy przez dwa lata, jakby potrzebował czasu na przetrawienie wszystkiego, co się wydarzyło.

Gdy w końcu wrócił w 2023 roku, nie był już ani turystą, ani farmerem, ani trenerem, ale raczej doradcą. Pokazywał, jak tanio podróżować — nie po świecie, ale przynajmniej po Europie. Ton był prostszy, mniej ekscytujący, ale i bardziej rzeczywisty. Jakby przestał grać rolę bohatera, a został sobą — kimś, kto wie, że świat nie zawsze należy do tych, którzy krzyczą najgłośniej, ale do tych, którzy potrafią cicho się przemieszczać.

W tle jego historii pozostali ludzie, którzy chwilę szli w jego kierunku. Soapy, z którą dzielił pierwsze amerykańskie chwile. Daniel, z którym śpiewał „Hallelujah” jako prezent dla mamy — chwila tak osobista, że aż dziwne, że trafiła na YouTube. Klawisz, którego link pojawił się wśród polecanych kanałów, jakby wtedy, w 2018 roku, chodziło o budowanie społeczności, a nie tylko o jednostkową przygodę. Teraz tych imion już nie ma. Ani wspomnień o nich. Tylko spokojne kontynuowanie bez dawnych towarzyszy.

Nie ma już też wspomnień o studiach, o pracy przed wyjazdem, o tym, kim był w Polsce. Nie ma cebularzy, nie ma brejdaków, nie ma polskiego żartu na końcu filmu. Zniknęły też amerykańskie marzenia — żadnych nowych filmów o Work&Travel, żadnych rozważań o życiu w USA. Zamiast tego — Turcja, Europa, oszczędzanie, spokojna refleksja. Jego największym sukcesem był czas, gdy ludzie oglądali go z zaciekawieniem, gdy Islandia stała się jego sceną, a konie — bohaterami. Największym potknięciem — być może to, że nie udało mu się utrzymać tempa, że kanał przestał rosnąć, że po szczytach oglądalności nadeszła cisza. Ale nie było upadku — tylko zmiana.

Teraz to już nie tylko kowboj. To Polak, który był wszędzie i już wie, że nie trzeba być głośnym, by mieć coś do powiedzenia.

To historia o tym, jak marzenie o Ameryce stało się życiem na Islandii, a potem — spokojnym powrotem do ziemii.