Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

ThygeRRR

ThygeRRR
60K+ subskrybentów
Obserwuj
vanlifeprzygodasport

ThygeRRR – kronika wkurwionego kierowcy

Był sobie taki Polak, co trafił do Kanady, gdzie zamiast śnieżek i klimatu rodzinnej Polski, spotkał asfaltowe pustynie, granice, które trzeba przejeżdżać nie tylko kilometry, ale i psychicznie, oraz ciężarówki, które – jak mawia – są nie do jazdy, tylko do pogrzebania. Jego kanał, ThygeRRR, to nie tyle podróż kierowcy ciężarówki, ile piekło, przez które przechodzi człowiek, który nie rozumie, dlaczego świat działa tak, a nie inaczej, i dlatego skoro nie może zmienić rzeczywistości, to choć wpierdoli z kamerą prosto w gówno, które go spotyka na trasie. Jego głos – to wrzask skrzywdzonego dziecka, które dorosło, ale nie przestało czuć, że ktoś znowu poprzecinalo mu sznurki do butów.

Zaczynał od „Pamiętnika Kierowcy”, serii, która brzmiała jak dokumentarz z wariatu, ale była tylko satyrą. A może to wszystko było prawdziwe? Trudno powiedzieć. W jego wersji rzeczywistości wiewiórka to potwór, który nie tylko zniszczył auto, ale przekreśliła spokój ducha na dobre, a korki to nie zjawisko drogowe, tylko akt terroru stanowego. Jego kanał to właśnie taki świat: gdzie każdy szczegół staje się tragedią, a każda tragedia – materiałem do filmiku, który ma być śmieszny, ale brzmi jak krzyk z dna.

Pierwsze kroki na YouTube prowadziły go po trasach Kanady i USA, gdzie rejestrował nie tyle przygody, ile przekleństwa – jego własne, wydawane w imię Boga, Volvo i kanadyjskiego asfaltu. Jego kamera, przypięta gdzieś na desce rozdzielczej, chwiała się jak po pijaku, ale trzymała. Tak jak on – nieustępliwy, choć zmęczony, wkurwiony, choć czasem z przymrużeniem oka. Już w 2013 roku mówił, że to wszystko jest bezsensem, parodią, głupotą – ale nadal to robił. Bo może właśnie dlatego, że bezsens to jedyne, co ma sens.

W pewnym momencie, mimo że krew w żyłach miał wypełnioną przekleństwami, zaczął znikać. W grudniu 2013 roku ogłosił, że zawiesza wszystko „na jakiś czas”. „To nie koniec”, mówił, ale brzmiało to jak pożegnanie z patosem. Wrócił jednak, jak wracały jego awarie – niespodziewanie, gdy nikt już nie liczył. I znowu ruszył po Ameryce, tym razem z większą siłą, większym wkurwem, lepszym sprzętem. Pojawiły się spotkania z innymi twórcami – z nolibab3 na autostradzie, z zygmuntb na granicy, a później z Rafałem, który stał się jego „kumplem z trasy” i powtarzalnym gościem, jak scenariusz, który nie chce się zmieniać.

Z czasem jego świat się rozszerzał. Już nie tylko trasy, ale i Floryda, Kuba, Meksyk, Polska. Zaczęły pojawiać się nowe seriale: „patolTV ontour”, gdzie wyjeżdżał do Polski, by robić spontany – czyli trasy bez planu, bez celu, tylko z kamerą i wkurwem. Tam, gdzie inni szukają ukojenia, on znalazł tylko motele, zapchane stacje paliw i ludzi, którzy nie rozumieją, że „pas jest k*rwa zapięty”. Jego wizyta w Polsce to nie tyle powrót do korzeni, ile wyprawa do potworności, którą kocha, bo to właśnie jego świat: patologiczny, ale autentyczny.

Kanada to jego dom – a raczej Montreal, z którego rozjeżdża się po całym kontynencie, jak po linii życia. To tam mieszka, choć nigdy tego nie mówi wprost – wynika to z tras, z akcentów francuskojęzycznych, z frustracji Quebecu. Przed YouTube był kierowcą, a YouTube stał się jego drugą pracą – albo może to praca została drugorzędna. Bo teraz jego życiem jest kamera, a każda trasa to materiał, a każda usterka ciężarówki – pretekst do kolejnego filmu, w którym wrzeszczy, że Volvo to padalec, a jego producenci powinni iść do piekła.

Z czasem jego styl się zmienił. Z „kulturwy” zrobił „qulturwejszyna”, potem „qrućjak”, a w końcu „patolTV” – jakby sam nie mógł się zdecydować, kim naprawdę jest. Ale może właśnie to jego sedno: nieustanny chaos, który nie potrzebuje nazwy. To nie kierowca, to nie YouTuber – to istota, która żyje w stanie ciągłego wybuchu, a kamera to tylko mikrofon, przez który może krzyczeć.

Największy sukces? To nie liczba subskrypcji, ale film, w którym pokazał, jak zawala się ogrzewanie w Volvo – i zdobył ponad sto tysięcy odsłon. Albo ten, gdzie dostał wpierdol – nie ukrył, nie zaprzeczył, po prostu wgrał „bez cenzury”. Ten film, gdzie pokazał napad na siebie, to szczyt jego uczciwości: nie udaje, że jest bohaterem, ale nie udaje też, że nie padł. Pokazał, jak leży – ale pokazał też, że potrafi się z tego podnieść.

Największe niepowodzenie? Chyba to, że ludzie nie rozumieją, że to satyra. Albo że rozumieją, ale i tak wkurwiają go komentarze. Albo że czasem naprawdę przekracza granice – ale zawsze mówi, że to tylko „darmowe przekleństwa”, że to nie poważne, że trzeba patrzeć z humorem. I właśnie to – ta granica między śmiechem a wkurwem – jest jego trwałą chorobą.

Tematy, które zniknęły? Nie ma już takich serii jak „Pamiętnik Kierowcy” – to przeszłość, jakby młodsza wersja jego samego. Teraz to „patol”, „patoaktualizacja”, „trasa z pandemią”, „wyjazd do Polski”. Zniknęli też ludzie – np. el TigRRRe czy Różowy Króliczek – imiona, które się pojawiały kilkukrotnie, a potem zgasły. Może żyją, może nie, ale na kanale zniknęli bez słowa. Jakby i oni nie wytrzymali jego tempa.

Najczęściej oglądane filmy? To te, które krzyczą prawdę: „unbelievable blindside backing up” – rekordzista, film o tym, jak ktoś go zamurował. Albo „Mój pierwszy wypadek na ciężarówce”, gdzie opowiada, jak jedna sekunda odwróciła jego uwagę – i uratowała życie dwójce dzieci. To nie żart. To jedno z tych rzadkich momentów, gdy jego głos cichnie, a kamera mówi samą za siebie.

A potem znów: wrzask, przekleństwa, „pompa na Meksyk”, „spontan”, „wkurw”. I tak w kółko. Do dziś. Do ostatniego filmu, gdzie mówi, że zmienia długość filmików. Że od teraz będzie po 15-20 minut, w poniedziałki, środy i soboty. Jakby starał się uporządkować swój chaos. Ale nie da się – bo jego życie to nie harmonogram, to burza.

To historia człowieka, który nie umiał przestać krzyczeć – i dzięki temu znalazł się.