
Trampki w Podróży: opowieść o dwóch ścieżkach na końcu świata
Początkowo nie było widać, że z prostego pomysłu – nagrywania weekendowych wycieczek – wyrośnie coś więcej niż pasjonacka przypiska do życia w obcym kraju. Ale tak właśnie bywa, gdy ktoś wyprowadza się do jednego z najdalszych zakątków globu, gdzie horyzont zawsze wygląda inaczej niż w podręcznikach geografii. Trampki w Podróży to historia dwóch ludzi, których pierwszym krokiem w nowym życiu była przeprowadzka do Nowej Zelandii, a potem już wszystko poszło jak po grudzie – zimno, błyskawicznie i z nieoczekiwanym śladem po sobie.
Ich historia zaczyna się w listopadzie 2015 roku od półmaratonu w Auckland – krok po kroku, metr po metrze, z kamerą w ręku i oddechem w gardle. Nie był to najgłośniejszy debiut, ale za to najszczerszy: kanał narodził się nie po to, by podbić YouTube, lecz by opowiadać innym, jak wygląda życie, gdy mieszka się tam, gdzie większość ludzi wyrzuca z mapy jako „koniec świata”. Początki były skromne – kilkaset odsłon, proste opisy, muzyka z domen publicznych i wiele entuzjazmu. Auckland stał się ich bazą, a Nowa Zelandia – ogromnym, zielonym, czasem trudnym, ale niezmiennie pięknym tłem każdej opowieści.
Z czasem zaczęli przemierzać archipelagi, wspinaczkę po wulkanach i spacery po plażach, które wydawały się stworzone dla filmów fantasy. Wyspa Rongitoto, gdzie wiatr grał między wrakami zeszłego stulecia, a ptaki śpiewały jak w ogrodzie edeńskim, stała się ich pierwszym eksperymentem z ciszą – tą gęstą, prawdziwą, jakiej nie da się odnaleźć w mieście. Potem była podróż do Australii, pięć dni w Sydney, gdzie zamiast wędrówek po górach byli wśród opery, promów i długich plaż – chwila oddechu, ale też przypomnienie, że ich serce bije za wschodnim Pacyfikiem.
Święta Bożego Narodzenia spędzili w leśnej ciszy Okura Bush, gdzie upominkiem od natury był szum liści i widok plaży w Long Bay o zachodzie słońca. To był typowy „Trampki” – nie turystyczna farsa, ale intymny, prawdziwy kontakt z miejscem. Ich kanał szybko stał się nie tyle przewodnikiem, ile dziennikiem podróży, w którym każdy film był jak kartka z listu do przyjaciela: „Właśnie tu byliśmy. Patrz, jak to wygląda. Czyż to nie piękne?”
W 2016 roku ich rytm się przyspieszył. Zawody Ironman 70.3 nad jeziorem Taupo pokazały, że za kamerą stoją nie tylko obserwatorzy, ale uczestnicy – aktury, a nie tylko relacjonujący. Abel Tasman Coast Track to był ich pierwszy Great Walk, wycieczka, którą planowali jako romantyczny sylwester i rocznicę przeprowadzki, ale która wymknęła się spod kontroli – deszcz, błoto, trudne warunki. I właśnie to uczyniło film tak autentycznym. Nie byli idealnymi podróżnikami. Byli ludźmi, którzy się mylą, ślizgają, śmieją i idą dalej.
Queenstown pojawił się w ich narracji dwukrotnie – najpierw jako miasto sportów ekstremalnych, potem jako zimowy pejzaż pod śnieżnymi Alpami Południowej Wyspy. Między tymi wizytami był Hobbiton – film, który eksplodował w odsłonach. 1404 odsłony to niewiele w skali internetu, ale dla kanału, który żył z pasji, a nie algorytmów, to był przełom. W końcu pokazali coś, co łączyło ich osobistą fascynację z masową kulturą. I choć nie powiedzieli tego wprost, było widać: też chcieli żyć w kraju, które wygląda jak Śródziemie.
Ich repertuar zaczął się zmieniać. Zniknęły filmiki z miast – zamiast tego były wulkaniczne pęcherze w Rotorui, trzy skoki bungy w jeden dzień, wędrówki po Tongariro Northern Circuit i Lake Waikaremoana. Zorb, swing nad rzeką Waikato, wodospady – wszystko to były eksperymenty z granicami komfortu. Ale z każdym nowym filmem ich narracja stawała się bardziej wewnętrzna, mniej turystyczna. Zaczęli milczeć o sobie, by bardziej mówić o krajobrazie.
W 2017 roku pojawili się w Australii – Queensland, Wielka Rafa Koralowa, Whitsundays. Ale to nie było takie samo podejście jak w Nowej Zelandii. Wydawało się, że wrócili jako goście, a nie mieszkańcy. Ich kamera nie oswoiła się z tamtejszą aurą. Film z Mount Taranaki był już zimny, oszczędny – dwudniowa wycieczka, mało dialogu, dużo wiatru. A potem nagle – przerwa. Długa. I ostatni film, z lutego 2018 roku, nie był nawet o pieszej wędrówce. Był o locie. O spełnieniu marzenia o lataniu nad Auckland, nad Sky Tower, Harbour Bridge i kraterem Rongitoto. Pokazali to z góry – jakby ostatni raz obejrzeli swoje terytorium z ptasiej perspektywy.
Po tym filmie nie było już nic. Żadnych nowych kroków. Żadnych trampków na śniegu, żadnych wędrówek po nowych Great Walkach. Zniknęli tak samo cicho, jak się pojawili – bez告别, bez oficjalnego końca, po prostu przerwali opowiadanie. Ich najbliżsi – bo na pewno byli dwojgiem – nigdy nie zostali nazwani, ale byli obecni: wspólna narracja, wspólne decyzje, ten sam kąt kamery, te same śmiechy. Teraz ich głosy ucichły.
Największym sukcesem był nie liczba odsłon, ale fakt, że przez trzy lata tworzyli coś, co miało charakter – film o Hobbitonie, ale też ten o Abel Tasman, gdzie plany się sypnęły, a oni nie udawali, że wszystko jest w porządku. Potknięciem mogła być ta przerwa – nagła, bez kontynuacji, jakby życie zabrało ich gdzieś dalej, a kamera została w szafce. Tematami, które zniknęły bez słowa, były miasta, ludzie, codzienność – ich świat zawężał się do natury, a potem i ona przestała ich interesować.
Obecnie nie ma już filmów o nowych wędrówkach, nie ma relacji z życia w Nowej Zelandii. Wydaje się, że to, co zaczęło się jako emigracja, stało się życiem – a życie nie zawsze trzeba opowiadać. Ich historia, choć niedokończona, została. W 25 filmach, w których widać, jak dwoje ludzi uczy się być daleko od domu, jak znajduje piękno w błocie, śniegu i wspinaczce po trudnych ścieżkach.
To była historia o tym, jak pasja może być dyskretna, a szczęście – ciche jak krok po lesie.