
Tripovanie: opowieść o autostopowym marzeniu
Oskar Gołaszewski był kimś, kto wierzył, że świat można przejechać na kciuku i przepłynąć na jachcie, nie wydając grosza na bilet. Z Wrocławia, miasta, które raczej kojarzy się z mostami niż z oceanami, wyjechał w 2017 roku z plecakiem, kamerą i obietnicą, że zrobi to, o czym inni tylko gadają przy piwie. „Rzucę wszystko i pojadę do Ameryki Południowej” — brzmiało, jak typowy początek impetu, który szybko załamie się na pierwszym pasie parkingowym. Ale Oskar nie miał zamiaru wracać. Razem z Anią, swoją partnerką, wyruszyli w podróż, która miała trwać rok, a przyniosła coś więcej niż tylko zdjęcia z plaż i opowieści o przygodach. Przyniosła historię, którą trudno było rozróżnić od filmu.
Początkowo Wyspa Gran Canaria stała się ich pierwszym morzem po lądzie — tu, po długim i nudnym rejsie jachtostopem przez Atlantyk, przestali się bać wody i zaczęli uwielbiać bezruch. Rekiny, latające ryby, delfiny — wszystko to było tylko tłem do jednej myśli: „udało się”. Nie wydali pieniędzy na transport, przepłynęli ocean, a teraz stali na Karaibach, pracując za darmo w pensjonacie za nocleg i rower z widokiem na wulkan. Z Gwadelupy ruszyli dalej, stop po stopie, jacht po jachcie, aż dotarli do Kolumbii, gdzie pierwsze wrażenie okazało się mocne — niemal brutalne. Napad w Cartagenie, który ledwo się nie skończył kradzieżą, stał się punktem zwrotnym: podróż przestała być tylko przygodą, stała się próbą. Ale nie złamali się. Zamiast tego pokazali błotny wulkan, huśtawkę na „końcu świata” i wędrówkę po dolinie palmy, która dorasta do wysokości wieżowca.
Im dłużej byli w drodze, tym więcej z nich wyciekało — zmęczenie, irytacja, tęsknota. Po ośmiu miesiącach autostopu zaczęli marzyć o prysznicu, który nie kończy się po dwóch minutach. O miejscu, gdzie nie trzeba sterczeć trzy godziny przy drodze z kciukiem w górę, a ktoś po prostu otwiera drzwi i mówi: „Wsiadaj”. Spotkanie z Gosią i Pawłem z kanału „Ale Jazda” w La Paz było jak naboje do akumulatorów — na tydzień odzyskali humor, wiarę w ludzi i przypomnieli sobie, po co w ogóle wyjechali. I właśnie wtedy, w Boliwii, postanowili rzucić się na Huayna Potosi — sześciotysięcznik, który miał być „najłatwiejszym” szczytem, ale okazał się czymś zupełnie innym. Przejście po grani, gdzie z jednej strony była przepaść, a z drugiej — jeszcze głębsza przepaść, wycisnęło z nich każdy oddech. To był ich szczyt, nie tylko w sensie geograficznym, ale i emocjonalnym. Wtedy, w ciemności, z lodowcem pod nogami, udowodnili sobie, że potrafią.
Ich podróż rozszerzała się jak fala — z Kolumbii do Ekwadoru, przez Peru i Boliwię, potem do Argentyny, Chile, Paragwaju, aż w końcu do Brazylii, gdzie klimat stał się cieplejszy, a stopy bardziej spękane. W Kurytybie, mieście, w którym mieszkała armia potomków Polaków, Oskar i Ania poczuli coś na kształt domu — ale tylko na chwilę. Bo dom to nie tylko język i kiełbasa, to stałe miejsce na półce. A oni mieli tylko plecaki. W międzyczasie zeszli z wodospadów Iguazu, przeszli przez Salar de Uyuni — lustrzaną pustynię, która wygląda jak inny świat — i poznali Borysa i Olę, twórców kanału „Planeta Abstrakcja”, z którymi przez kilka tygodni dzielili kawałek drogi, jedzenie i śmieszne chwile. Byli razem, a potem znowu osobno — tak właśnie bywa w podróżach, które nie kończą się żadnym planem.
Ich kanał zaczął się jako dziennik wyprawy, ale szybko przekształcił się w coś więcej. Z filmików o autostopie i jachtostopie zrobiły się poradniki: jak złapać jachtostopa, jak znaleźć darmowy nocleg, jak przeżyć bez pieniędzy. Powstały też filmy, które trudno było przewidzieć na starcie: „Co Boliwijczycy wiedzą o Polsce?” — pytanie, które zabrzmiało jak żart, a okazało się jednym z największych hitów, zbierając niemal milion wyświetleń. Ludzie w La Paz mówili o Chopinie, Solidarności i lodowcu — nieźle dla kraju, który leży po drugiej stronie kuli. A potem, po cichu, kamera zaczęła rejestrować nie tylko krajobrazy, ale też zmęczenie, wątpliwości, przemyślenia nad sensem długiej podróży. „Przemyślenia po długiej podróży” — film, w którym Oskar mówił o tym, co naprawdę się kryje za uśmiechem w vlogu: brak kontaktu, tęsknota, wyrzeczenia.
Po ponad roku w drodze, wiosną 2019 roku, wydawało się, że wszystko się kończy. Ostatni autostop w Brazylii, ostatni odcinek serii — „rocznej wyprawy”. Ale życie nie zna punktów końcowych. Znowu pojawili się w 2022 roku, tym razem na Wyspach Owczych, gdzie pada przez 300 dni w roku i gdzie kolorowe domki wyglądają jak z bajki, a deszcz wygryza duszę. Był to inny ton, spokojniejszy, bardziej zamyślony. Jakby Oskar pytał teraz nie tylko o świat, ale o siebie.
W ciągu lat zniknęły z kanału pewne tematy — nie było już tak często o jachtostopie, ani o autostopie po Ameryce. Zniknęła też Ania — ostatni raz wspomniana w filmie o jej pierwszym locie, potem stopniowo odchodząca z kadrów. Został tylko Oskar, jego kamera i cicha refleksja. Największe sukcesy? „Co Boliwijczycy wiedzą o Polsce?”, film o Huayna Potosi, recenzja maty do spania, która nabrała życia własnego. A potknięcia? Przede wszystkim ten moment, gdy zrezygnowali z Patagonii — zimą, zębami, zmęczeniem. To nie było porażką, ale potwierdzeniem, że nie wszystko da się zaplanować.
Ich filmy były o przygodzie, ale stopniowo stały się o ludziach, o granicach — zarówno tych na mapie, jak i tych w głowie. I choć kanał nazywa się „Tripovanie”, a jego początek brzmiał jak manifest młodego buntownika, to końcówka została cichsza, bardziej dojrzala. Jakby po drodze okazało się, że najważniejszy nie jest cel, ale to, kim się staje się po drodze.
To była podróż, która zaczęła się jak impet, a skończyła jak przemyślenie.