
UcieczkaDoRaju — opowieść o człowieku, który szukał raju i znalazł życie
Początki nie zapowiadały się jak raj. Pierwsze filmy z majowej trójki 2013 roku — o prysznicu nad muszlą klozetową, dziwnych drzewach w Hongkongu i dzieciach z najbiedniejszych dzielnic świata — brzmiały jak eksperyment studenta, który przypadkiem wpadł na pomysł, że można żyć inaczej. Ale już w czerwcu tego samego roku ton się zmienił: pojawia się słowo „emigracja”, „rajska wyspa”, „nowe życie”. To nie był już żart. Ktoś rzeczywiście wyjechał. I robił z tego kanał.
Ten ktoś, bo inaczej trudno go określić, osiadł na Filipinach, najpierw na Siquijor, potem w Manili i innych zakątkach archipelagu. Mieszkał wśród dżungli, kokosów i lokalnych rodziny dziewczyn, które pokazywał z mieszaniną podziwu i intymności. Jego codzienność to był taniec między ekstazą a prysznicem z węża, między imprezami na basenie a wizytami znachorki, która masowała mu kolano po wypadku na motocyklu. Kiedyś przewrócił się na drodze, a szpital nic nie znalazł, więc poszedł do heala — i był z tego dumny.
Nie był sam. Z czasem pojawili się ludzie, którzy byli jak jego azjatycka rodzina: Alvin, który śpiewał po polsku i którego zespół próbował repertuaru na lokalne dyskoteki; Mario, wspólnik w rozliczaniu hajsu przy siłowni; Pączek, pies, który pływał w morzu mimo pchły. A potem, w miarę jak kamera się uczyła, pojawiła się ona — najpierw anonimowo, potem jako „moja filipińska dziewczyna”, a w końcu jako Lhea, z którą rozmawia o różnicach kulturowych, o dokumentach, o powrocie na Bohol. Ich związek, pełen clickbaitowych tytułów, ale też prawdziwych emocji, był jak telenowela z elementami reality show: imprezy, rywalizacje, trudności językowe, a nawet „pierwszy raz” nagrany jak dokument.
Jednak raj ma swoje ciemne strony. Przez lata widzieliśmy, jak kanał przechodzi od lekkiego, nieco prowokacyjnego dystansu do ludzi i miejsc, ku coraz głębszemu, a często smutnemu reportażowi. Z czasem zaczęły się pojawiać tytuły o bezdomnych dzieciach, o kupowaniu głosów za miskę ryżu, o trzęsieniu ziemi na Bali, o tajfunach, pożarach i oślepiającej biedzie. Kiedyś mówił: „Nic nie mają, a się cieszą”, teraz mówi: „Dzieci z najgorszej dzielnicy świata robią YouTube, żeby się wyrwać z biedy”. Emocje stały się cięższe, ale nie mniej szczere.
W 2020 roku, po wybuchu pandemii, ton się jeszcze pogłębił. Kryzys, zamknięcia, walka o prąd, internet i normalność stały się codziennością. Kiedy opowiadał o „nowej normalności”, brzmiało to jak dystopia. Kiedy mówił, że „cieszymy się, że żyjemy”, brzmiało to jak wyznanie. Ale nie poddał się. Wracał. I dalej pokazywał świat z wewnątrz — z chaty, z plebanii, z trzęsących się pokładów łodzi.
W 2022 roku pojawia się tytuł: „ROZSTALIŚMY SIĘ Z ŻONĄ — GAME OVER — THANK YOU FOR PLAYING…”. Przez chwilę wydaje się, że to koniec. Ale to tylko kolejny akapit. Nie przestaje kręcić. Pokazuje rodziny, plemię Badjao, życie na slamsach, dziewczyny, które sprzedają kolory tęczy pod mostem. W 2023 roku pojawia się tytuł: „POŚLUBIŁEM ŻEBRACZKĘ — polski film dokumentalny”. I choć wiemy, że to tylko nazwa filmu, brzmi jak przesłanie.
Jego najpopularniejsze filmy to właśnie te, które trafiały w sens życia: „Siedem minut z moją ex”, „Jak wygląda mój typowy dzień”, „Dlaczego azjatki wolą białych mężczyzn”, „AZJATKI – 10 dziwnych rzeczy”, „MASZ ŚREDNIĄ KRAJOWĄ? Ucieknij Do Raju...”. Ale równie mocne były te, które nie liczyły się z oglądalnością: o uzależnieniu, o narkotykach, o śmierci dziecka w wypadku motocyklowym, o ojcu, który musi wybierać między operacją a jedzeniem.
Z czasem pojawił się mąż — Aico, która z gościła w filmach, stała się współtwórczynią. Zobaczyliśmy ich jako parę w największym show telewizyjnym na Filipinach. Później kryzys: „Mamy złe wieści…”, a potem rozstanie. Ale i to nie było ostatnie zdanie. W 2024 roku wrócił, już znowu sam, ale nie samotny. Pokazywał Wietnam, nowe miejsca, nowe znajomości, a potem ponownie Filipiny — z nową dziewczyną, z nowym domem, z nowym uzależnieniem od wizji.
Z czasem zniknęły tematy, które kiedyś były główne: filipińskie festyny, imprezy z pianą, dziwne fryzury i ladyboyowie. Zastąpiły je głębsze narracje: o biedzie, o kulturze, o miłości, o śmierci, o polityce. Ale nadal zachował swój styl: kończył filmy słowem „Peace & Love”, mimo że świat wokół niego był coraz mniej pokojowy.
Nie wiadomo, czy znalazł raj. Ale wiadomo, że zrobił coś, co rzadko się udaje — pokazał życie takie, jakie jest: pełne sprzeczności, piękne i brudne, śmieszne i tragiczne, pełne miłosnych porażek, rodzinnych wizyt, generatorów, które się psują, i tytułów, które brzmią jak prowokacje, ale za którymi kryje się szczerość.
To nie był ucieczkowy kanał. To był kanał o tym, że ucieczka to też życie.