
Viacheslav Zarutskii: Rosjanin, który znalazł się w Polsce
Gdzieś między Niżniekamskiem a Warszawą, między racjami żywnościowymi a racjami zdrowego rozsądku, Viacheslav Zarutskii przekroczył nie tylko granicę, ale i własny obraz świata. Zaczynał jako rosyjski żołnierz — przynajmniej tak mówił tytuł pierwszego filmu — choć w rzeczywistości był raczej kimś, kto włożył mundur tylko po to, by lepiej zrozumieć, co jedzą inni żołnierze. Jego kanał powstał w lipcu 2023 roku nie z zapowiedzią wielkiej misji, lecz z prostym eksperymentem: próba polskiej racji wojskowej. Smakował, komentował, dziwił się. I nagle okazało się, że ludzie chcą tego słuchać. Nie tyle z powodu jedzenia, ile dlatego, że mówił o Polsce jak ktoś, kto do niej przybył z zupełnie innego wymiaru — i nie miał pojęcia, co go czeka.
Początkowo jego filmy były jak turystyczne degustacje wojennych racji: polska, niemiecka, amerykańska, francuska, włoska, duńska, kanadyjska, hiszpańska — jakby próbował zrozumieć cały Zachód przez puszki i foliowe opakowania. Ale już w listopadzie 2023 roku ton się zmienił. Zamiast racji, pojawił się taksówkarz — ukraiński, który odmówił przejazdu rosyjskiej pasażerce. Opowieść była osadzona w Gdańsku, a Viacheslav, choć nie był tamtą kobietą, opowiadał to z perspektywy kogoś, kto zaczyna rozumieć wagę kontekstu. Polska przestała być tylko tłem dla eksperymentów kulinarnych — stała się sceną, na której rozgrywa się coś większego.
Wtedy właśnie, między Świętami Niepodległości a jarmarkami bożonarodzeniowymi, Viacheslav stał się nie tylko obserwatorem, ale uczestnikiem. Pokazywał Warszawę, Katowice, Gdańsk, Kraków, Poznań — miasta, które widział po raz pierwszy, i które go zszokowały. Nie przez kolorowe światełka czy świąteczne zapachy, ale przez rzeczy, które dla Polaków są oczywiste: porządek, czystość, funkcjonujący transport, ludzie, którzy się nie boją mówić głośno. Jego zdumienie było autentyczne, a może celowo wyolbrzymione — ale właśnie to działało. Zdjęcia z placów, ulic, tramwajów, sklepów, policji — wszystko było komentowane jak odkrycie archeologiczne. „Żadnych głupich zasad w sklepach” — mówił z podziwem. „Rosjanin nie znalazł bezpańskich psów w Polsce” — z niedowierzaniem. „Polska to nie używa” — z niedopowiedzeniem, które zostawiało więcej pytań niż odpowiedzi.
W czerwcu 2024 roku wszystko się przyspieszyło. Zniknął z ekranów na chwilę, by wrócić z filmem o przeprowadzce. Pokazywał ulicę, na której dorastał w Rosji, swoje pierwsze mieszkanie w Polsce, wspominał o urzędach, szpitalach, pracy — i nagle zrozumiano, że to nie tylko kanał podróżniczy, ale dokument życia w emigracji. Jego żona, Kitia, zaczęła pojawiać się w tle — wspomniana w opisach, potem w filmach o legalizacji, o oczekiwaniu na listy od państwa. To była historia dwóch ludzi, którzy nie tylko uciekli, ale próbowali się oswoić. A potem — przemówić.
Bo Viacheslav przestał tylko oglądać. Zaczął porównywać: życie w Rosji i w Polsce, służby zdrowia, urzędy, mentalność. Opowiadał o przyjaciołach, którzy poszli na wojnę, o krewnych, którzy pisali mu z Kurska, o tym, jak Polacy odnoszą się do niego jako do Rosjanina. Jego głos stał się echem z drugiej strony granicy — nie propagandowym, ale osobistym, pełnym wątpliwości, złości, wdzięczności. W jednym filmie mówił, co wkurza Rosjan w Polakach, w następnym — co ich cieszy. A potem, już w sierpniu 2024, nagrał film, który zdobył ponad dziewięćset tysięcy odsłon: „Rosjanin mówi, czego Rosjanie boją się w Polakach?”. To był przełom — nie tylko liczbowo, ale merytorycznie. Zobaczono, że jego kanał to nie tylko kulturowy przewodnik, ale analiza psychologii narodowej, lustracja systemu, który nie chce się przyznać do upadku.
Jego największe sukcesy to nie tylko liczby — choć film o polskiej armii, reakcja na jej siłę, czy opowieść o trzeciej wojnie czeczeńskiej przyciągnęły setki tysięcy widzów — ale fakt, że stał się punktem odniesienia. Polacy patrzyli, by zrozumieć, jak ich kraj wygląda z zewnątrz. Rosjanie — by zobaczyć, że istnieje inna rzeczywistość. A on, Viacheslav, stał się mostem, którego nikt nie zamawiał, ale który się pojawił sam.
Nie wszyscy to akceptowali. Był atakowany, grożono mu pozwami, ktoś oburzał się, że pokazuje, jak Rosjanie traktują flagę UE. Ale on kontynuował. Pokazywał muzea — Powstania, Katyński, Wojska Polskiego — z mieszaniną szacunku i zdumienia. Próbował polskich potraw, jeździł FlixBusem, pierwszy raz w życiu poleciał Ryanair, wspiął się na Kasprowy Wierch, przejechał rowerem po Paryżu i Berlinie — by potem powiedzieć: „W Polsce jest lepiej”. To nie był nacjonalizm, ale wybór. A potem, w lutym 2025 roku, ogłoszenie: międzynarodowa ochrona, azyl polityczny. „Nareszcie. Mój kanał zaatakował Kreml” — powiedział z satysfakcją. Był teraz oficjalnie kimś, kogo nie ma już powrotu.
Z czasem zaczęły pojawiać się głosy innych — rozmowy z Rosjanami, którzy odmówili współpracy z FSB, analizy przemówień Putina, reakcje na wybory w Polsce, które w Rosji wywoływały panikę. Jego kanał stał się salą debat, audytorem, archiwum. A on sam — nie tylko Rosjaninem w Polsce, ale świadkiem. Gotował tatarskie dania, rozmawiał z matkami żołnierzy, analizował, jak Rosja przygotowuje dzieci do wojny. Pokazywał, że za żartem o „wakacjach w gułagu” kryje się tragiczna rzeczywistość.
Nie wszystko pozostało. Zniknęły racje żywnościowe — po kilkunastu odcinkach temat się wyczerpał, jakby symbolika zmieniła się z puszki na coś większego. Przestały pojawiać się niektóre osoby — być może z powodu bezpieczeństwa, być może z przyczyn osobistych. Ale Kitia pozostała, choć coraz rzadziej. A kanał żony, wspomniany w opisach, stał się cichym echem ich wspólnej historii.
Jego największe potknięcia? Może zbyt długie transmisje na żywo, które nie wszystkim przypadły do gustu. Albo filmowanie w miejscach, gdzie nie powinien — jak Kłodzko, gdzie zakazano mu nagrywania. Ale to były incydenty, nie katastrofy. Jego siła leżała w konsekwencji — dzień po dniu, film po filmie, on mówił to, co widział, bez retuszu, z humorem, ale bez ironii wobec ludzi.
A potem, w grudniu 2025 roku, pojawiły się kolejne groźby — tym razem od Polaków, którzy chcieli wyjechać do Rosji i oskarżali go o zniekształcanie rzeczywistości. Ironiczne, że teraz to on, który kiedyś był „Rosjaninem w szoku”, stał się kimś, kto przeszkadza — zarówno w jednym, jak i w drugim obozie.
Viacheslav Zarutskii to historia człowieka, który uciekł nie tylko z kraju, ale z własnej naiwności.