
Victor Citizen of the Universe: opowieść Polaka w USA
Gdzieś w głębi strefy międzystanowej, między porośniętymi lasami pagórkami Pensylwanii a ceglano-żelbetowym horizontem Filadelfii, żyje Polak, który postanowił opowiadać światu o codzienności Amerykanina z polskim akcentem i kreską humorku w głosie. Jego kanał, Victor Citizen of the Universe, zaczął się od cichego „Introdukcja – Epizod 0” i rozwinął w wątek filmowy, który nie święcił sukcesów viralowych, ale wyznaczał naturalny, nieco geekowy obraz życia między kulturami. Wystarczy kilka pierwszych odcinków, by zrozumieć, że chodzi tu nie o spektakularne przygody, ale o cicho skromne zwyczaje – od zakupów w sklepie ACME, przez opłaty za prąd, po ciekawość, jak smakuje owoc drakoniego.
Przed wyjazdem do USA – a to było wyznanie w późniejszych filmach – Victor studiował informatykę, a jego droga do Ameryki nie prowadziła od razu przez ocean. Najpierw była Szkocja, miejsce, które wybrał nie przypadkiem, ale jako pierwszy krok w ucieczce od polskiego status quo. Tam, wśród mgieł i cichych ulic, znalazł pierwszą pracę, wynajął pokój, przeżył życie współlokatora – a wszystko to opowiedział w serii retrospekcyjnych odcinków, które jakby oddychały ulgą i lekkim zdziwieniem, że to wcale nie było takie trudne. Emigracja, choć poważna, została przedstawiona z humorem – nie jako dramat, ale jako wybór, który ma swój rozkład jazdy: najpierw pokój, potem praca, potem miłość, potem Ameryka.
Zamieszkał w Pensylwanii, w rejonie Filadelfii, i od początku pokazywał życie tuż za progiem wielkiego miasta – z widokami na wieżowce, ale też z cichymi spacerami po Ridley Creek State Park. Jego codzienność to mieszanka IT, pojedynkówek z awariami sieci i nieustannego rozmyślania nad tym, jak funkcjonuje system. Jego pierwsze filmy to przede wszystkim dokumenty życia: wycieczka do NASA, zastanowienia nad cenami w sklepach, spacer po dzielnicy Amiszów – wszystko to kręcone z prostotą i autentycznym zainteresowaniem. Nie było tu efektów specjalnych, ale była ciekawość, a także lekko ironicznego podejścia do rzeczy tak oczywistych, jak telewizja kablowa czy amerykański system pocztowy.
W 2013 roku kanał żył intensywnie – Victor publikował niemal co tydzień, czasem dwa razy w tydzień. Wydarzeniem, które wyraźnie zmieniło ton jego opowieści, była przeprowadzka do domu teściów – nie dlatego, że to była decyzja ekonomiczna, ale dlatego, że stała się pretekstem do serii filmów o fizycznej walce z rzeczywistością: przenoszeniu mebli, malowaniu ścian, walczeniu z upartym uchwytem na telewizor. Wtedy pojawiły się klimaty z prawdziwego życia – zmęczenie, frustracja, ale i satysfakcja z dokonania. To był czas, gdy Victor jeszcze mówił „przeprowadzamy”, a nie „przeprowadzam” – sugerując obecność drugiej osoby, prawdopodobnie żony, której obecność była silna, choć nie zawsze widoczna w kadrze.
Jesienią 2013 roku kanał zaczął się zmieniać. Pojawiały się refleksje – o Święcie Dziękczynienia, o julskich burzach, o zimowych kataklizmach. Victor zaczął mówić o kosztach życia, o karierze w IT, o tym, jaki kierunek informatyki ma przyszłość. Jego wiedza techniczna wypływała naturalnie z doświadczenia, a rady były konkretne – linki do stron, przykłady CV, analiza rynku pracy. To nie były spekulacje, ale życie z bliska. A potem, 29 stycznia 2014 roku, film otrzymał nieoczekiwany wymiar osobisty – Victor otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Wówczas, po raz pierwszy, jego narracja stała się oficjalnie autobiograficzna: teraz był już obywatelem wszechświata, ale przede wszystkim obywatelem USA.
Po ceremonii naturalnie nastąpił okres spokoju. Publikacje stały się rzadsze, tematy zmieniały się – więcej o zwyczajach, więcej o naturze, więcej o rodzinie. Pojawił się bąbel wakacyjny: podróż na Florydę, wizyty w parkach Disneya, próba mięsa aligatora i pluskanie się na plaży w Stuart. To była jedyna seria filmów o wakacjach – dziewięć odcinków, jakby Victor chciał złożyć relację z jednej, ważnej podróży. W tle słychać było śmiechy, lekkie zażenowanie z powodu „bładości na plaży”, ale też ciepło – rodzina była tam, choć nie zawsze w kadrze.
W 2014 roku Victor zaczął rozwijać swoją historię emigracyjną – nie tylko jako Polak w USA, ale jako Polak, który był wcześniej w Szkocji, który był studentem, który był żonatym mężczyzną. Seria „Opowieść Emigracyjna” to była autentyczna autobiografia, opowiedziana bez sensacji, ale z emocją – szczególnie w momencie, gdy wspominał, jak poznał swoją żonę. To było jego najbardziej intymne wcielenie – nie jako vlogger, ale jako człowiek, który podzielił się drogą, która doprowadziła go tam, gdzie jest.
Z czasem Victor zaczął eksperymentować – z binauralnym nagrywaniem dźwięku, z testowaniem dziwnych owoców (dragon fruit, durian), z refleksjami nad amerykańskim snem czy dyskryminacją Polaków. Zrobił film o Aleksandrze Dobie, nazwany „Ostatnim Wikingiem”, w którym zachęcał do głosowania – coś, co wykraczało poza jego codzienność, ale pokazywało, że wciąż czuje więź z Polską. W 2015 roku zapowiedział nowy kanał, równoległy, o otwartej tematyce – sugestia, że chce eksplorować więcej niż tylko życie emigranta. Ale ten kanał nigdy nie powstał, a Victor wrócił do tematów lokalnych: śnieg, mycie samochodu, nowe mieszkanie.
Tematy, które kiedyś dominowały, zniknęły bez komentarza. Nie ma więcej wzmianek o pracy w IT poza ogólnikami, nie ma więcej wizyt u teściów, nie ma więcej wspólnych zakupów czy spacerów z żoną. Siostra, która pojawiła się w 2014 roku, też nie wróciła. Z czasem Victor stał się bardziej samotny w kadrze – jego świat zwęził się do niego i kamery. Zamiast „my”, zaczęło pojawiać się „ja”.
Największym sukcesem jego kanału był odcinek Epizod 16 – Nasze koszty życia w USA, który zgromadził blisko 30 tysięcy wyświetleń – liczba imponująca w kontekście jego średniej oglądalności. Drugim przebojem był Epizod 85 – Czy istnieje dyskryminacja Polaków w USA?, który poruszył temat, rzadko podejmowany przez polskich emigrantów. Największym potknięciem wydaje się być utrata tempa – po 2015 roku publikacje stają się nieregularne, a po 2016 roku zupełnie zanikają. Jednak ten ostatni film – Epizod 96 – Mój syn – jest kluczem do całej opowieści: z dumą przedstawia dziecko, którego twarzy nie pokazuje, ale które jest najważniejsze. W tym momencie Victor przestaje być tylko vloggerem – staje się ojcem, poważnym i cichym.
Z czasem Victor przestał mówić o Tomku z Kalifornii, który otrzymał obywatelstwo – wspominał go tylko raz, potem dwukrotnie przy okazji świąt. Ale to nie było zapomnienie – raczej sugestia, że każdy ma swoją ścieżkę, a jego to ta w Filadelfii, wśród drzew, śniegu i cichych refleksji.
Najbardziej popularnym filmem na kanale nie był żaden z serii o życiu w USA, ale sam trailer – „Polak w USA”, który zebrał ponad 27 tysięcy wyświetleń. Wydaje się, że to właśnie on zdefiniował ton całej przygody: nieco nieśmiały, ale szczery, z kamerą szpiegowską, z muzyką z internetu, z marzeniem o czymś większym.
Kanał Victor’a to nie była saga, ale dziennik – sporadyczny, nieco chaotyczny, ale zawsze autentyczny. To opowieść o człowieku, który wyjechał, żeby żyć inaczej, który znalazł pracę, żonę, obywatelstwo, a potem syna – i który zdecydował, że wystarczy mu to, co ma. Ostatni film kończy się cicho, bez efektów – tylko on i dziecko, których nie widać, ale których obecność czuć.
Victor Citizen of the Universe to Polak, który znalazł swoje miejsce w USA – nie na scenie, ale w domu, za oknem, podczas sniadania, przy ognisku, na spacerze.