Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

W drodze bez Celu

W drodze bez Celu
2K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodakultura

W drodze bez Celu – opowieść o Leszku i jego podróży

Leszek nie był kimś, kto planuje życie z daleka. Początkowo pojawiał się w kadrze z Turcji, jakby przypadkiem, jakby ktoś nacisnął „nagrywaj” w trakcie zwykłego urlopu i postanowił, że zostawia to włączone na dłużej. Nie miał ani stylizowanego scenariusza, ani przesadnej grafiki – tylko plecak, telefon i ton, jakiego używa się do rozmowy z kolegą, który pyta: „No i jak tam?”. Początkowe filmy to ciekawostki, marudzenie o jedzeniu i kolejka na łazienkę turecką, ale i coś więcej: delikatna ironia wobec turystycznej masówki, z której sam korzysta, nie wstydząc się. „Olinkluzif” to jego żartowniasto-heroiczna broń przeciw nudnym narracjom o „autentyczności”, przeciw tym, którzy myślą, że tylko w hostelu można poznać „prawdziwy kraj”.

Z biegiem czasu widać, jak ta przygoda się zmienia – nie dlatego, że Leszek nagle staje się ekspertem, ale dlatego, że zaczyna się pojawiać. Turcja to nie tylko bazar w Manavgat, ale przede wszystkim miejsce, do którego wraca, jak do przyjaciela, którego się nie idealizuje. Pokazuje to samo miasto po kilku latach, tę samą restaurację, te same ceny – ale już z inną uwagą. Rozmawia z ludźmi, ale raczej nie pyta „jak się żyje?”, tylko patrzy, jak się żyje. I nagrywa – bez retuszu, bez kolorowych filtrów, z telefonem trzymanym tak, jakby to był notatnik.

Po tureckich plażach i bazarach – Szkocja. Trochę nieoczekiwanie, jakby ktoś przewrócił kartę. Nie Glasgow, nie Edynburg, tylko Loch Doon, miejsce, które nie błyszczy w przewodnikach. Tam, gdzie mówi: „Skoro tu mieszkam, pokażę wam kilka ładnych miejsc, pomijając te brzydkie i oklepane”. I właśnie w tym tkwi sedno – Leszek nie chce ukrywać brzydoty, nie odfiltrowuje pustych lodziarni ani cichych ulic. Jego Szkocja to nie Highlands, tylko codzienność, w której czasem coś błyszczy, a czasem nic nie błyszczy, i to też jest ok.

Zaskoczenie przychodzi z wyspy Jersey. Tam, gdzie spędził pięć lat życia, gdzie kiedyś pracował w gastronomii, a teraz wraca jak duch. Nie po to, by wspominać, ale po to, by spojrzeć. I nie patrzy tylko na krajobraz. Odwiedza miejsce byłego hostel, o którym mówi, że „był sierocińcem, gdzie gwałty i maltretowanie dzieci były standardem”. Ton nie jest sensacyjny, wręcz przeciwnie – spokojny, niemal zbyt spokojny. Ale akurat dlatego brzmi ciężej. To nie reportaż, to konfrontacja. I choć potem wraca do żartów o „kradzieży w gastronomii”, widać, że coś się zmieniło. Ten, który zaczął od „marudzenia o jedzeniu”, teraz mówi o traumach, o miejscach, które trudno opuścić, nawet jeśli odjechał się 13 lat temu.

Z czasem kamera robi się poważniejsza – nie technicznie, ale tonalnie. Turcja powraca, potem Maroko, potem Nowy Jork, Egipt, Tunezja i wreszcie Moskwa. Każdy kraj to nie tylko podróż, ale próba spojrzenia — nie na to, co „należy” zobaczyć, ale na to, co się widzi, gdy się nie patrzy przez okno biura podróży. W Egipcie pokazuje, jak hotel odmówił przyjęcia dolarów, które sam wcześniej wydał – i jak sytuacja się zmienia, gdy włącza się kamerę. To nie pyta „czy to nieoczywiste?”, tylko „zobaczcie, jak to wygląda, gdy nagle widzą, że nagrywacie”. I to jest klucz – jego kamera to nie narzędzie do pięknych kadrow, ale do sprawdzania, czy rzeczywistość się zmienia, gdy na nią patrzą.

W Tunezji pokazuje plaże, na których leżą „kupy emocji”, wielbłądy spacerujące po piasku i „naciągaczy, którzy udają hotelowych kucharzy”. Smakuje kebab, który zostaje „najlepszym posiłkiem wyjazdu”, i mówi o nim z ulgą – jak o drobnej, ale prawdziwej radości. A potem, jakby wbrew sobie, pokazuje opuszczone dzielnice, zgaszone neony, puste hotele – miejsca, które „wyglądały jakby życie uciekło stąd bez pożegnania”. Nie wyjaśnia, co się stało. Tylko pokazuje. I pyta: „Jeśli pamiętacie ten rejon z dawnych lat, napiszcie, jak tu kiedyś było”.

Największe sukcesy nie leżą w liczbie subskrypcji, ale w tym, że ludzie zaczynają pisać: „Też miałem podobne doświadczenia”. Film o egipskim hotelu, który nie chciał przyjąć własnych dolarów, zdobywa ponad 11 tysięcy odsłon. Film o „zemście Faraona” – czyli problemach żołądkowych po all inclusive – też idzie w tysiące. Ale to, co trzyma uwagę, to nie liczby, tylko nieustanny opór wobec udawania, że wszystko jest „super”. Gdy w Egipcie wyjeżdża na pustynię i dostaje „program rodem z PRL-u”, mówi: „To świetnie się ogląda”, ale „nie polecam”. I to właśnie – ta zdolność do uznania, że coś może być absurdalne, ale i zabawne – to, co go wyróżnia.

W Moskwie wszystko się zmienia. Nie styl, nie ton – tylko intensywność. Już nie tylko „chodzi po miastach”, ale pyta, po co to robi. Nagranie z tramwaju, kontrola biletów, rozmowa z kontrolerem, który chce wiedzieć, „po co nagrywa” – i Leszek odpowiada nie wprost, ale pokazuje. Pokazuje osiedla, ceny paliw, życie ludzi z Ukrainy, którzy teraz mieszkają w Moskwie. Nie komentuje, nie osądza – tylko daje im głos. Rosjanka opowiada historię Soboru Wasyla Błogosławionego, WDNH, świąt na Placu Czerwonym – i robi to z taką prostotą, że nie potrzeba narratora.

Nie wszystkie filmy mają wysoką oglądalność. Większość to kilka tysięcy, czasem kilkaset. Ale te z Moskwy, z Tunezji, z egipskimi dolarami – one biją statystyki. Ludzie przychodzą nie po to, by zobaczyć „idealny wyjazd”, ale by zobaczyć, jak coś wygląda, gdy się nie udaje, że jest idealne. A gdy krytykują, mówiąc „propaganda”, „onuca”, on odpowiada w nagraniach: „Jeśli twój pierwszy odruch to złość, to znaczy, że materiał działa”.

Nie ma list ulubionych miejsc, nie ma „top 10”. Nie ma też milczenia – wręcz przeciwnie, mówi dużo, ale nie o sobie. Jego największe potknięcie? Może to, że czasem w jego opowieści brakuje jasnego wątku – ale może właśnie dlatego brzmi prawdziwie. Nie ukrywa frustracji, nie poprawia rzeczywistości, nie udaje, że wiedział od początku, dokąd jedzie.

A potem – Kaliningrad, Gdańsk, Edynburg, Moskwa. Trasa, która wygląda jak mapa osobistego wyjścia. Nie ucieczki, ale wyjścia – na zewnątrz, do rzeczywistości, którą nie opisuje się w wiadomościach. I choć jego kanał nazywa się „W drodze bez Celu”, to właśnie ten brak celu jest jego siłą. Bo cel nie jest potrzebny, by patrzeć. Wystarczy iść i nagrywać. I mówić: „To nie jest kanał turystyczny. To jest kanał o tym, jak jest”.

I tak, z marudzenia o jedzeniu w turystycznym hotelu, dochodzi do rozmowy z kontrolerem w moskiewskim tramwaju, który pyta, po co to robi – a on nie odpowiada, tylko pozwala, by świat mówił za siebie.

To opowieść o człowieku, który nie chciał być kimś innym, tylko zobaczyć, jak to wygląda – z bliska, bez lukru, bez scenariusza.