
W Środku Nigdzie – opowieść o Polaku, który zatrzymał się tam, gdzie kończy się mapa
Nie zawsze trzeba szukać sensu w drodze. Czasem wystarczy, że droga znajdzie sens w tobie. Tak się zaczęła historia Michała, twórcy kanału W Środku Nigdzie, który najpierw ruszył autostopem po Azji Południowo-Wschodniej, a potem przypadkiem zapomniał wrócić. Jego podróż zaczęła się jak każda inna – z ciekawości, plecakiem i Xiaomi Yi 4K w ręku – ale szybko przekształciła się w coś więcej: w życiowy wątek, w nowy dom i w dziwnie spokojną codzienność tuż obok dżungli, gdzie najgroźniejszym niebezpieczeństwem może być kleszcz albo lokalny sprzedawca motoru, który przysięga, że silnik „trochę dymi tylko na zimnym”.
Pierwsze kroki poza Europą były pełne tarasów ryżowych, duchów ubocznych i nieoczekiwanych spotkań – nie tylko z samotnymi mnichami czy małpami na drodze, ale i z Robertem Makłowiczem w Banaue, jakby Azja postanowiła rzucić mu w drodze wszystkie możliwe polskie symbole narodowe. Filipiny, Singapur, Malezja, Kambodża – kolejne etapy były jak odcinki serialu podróżniczego, w którym główny bohater nie wie jeszcze, że zostanie tu na cały sezon. Autostop, pociągi bez drzwi, łodzie za 120 dolarów – wszystko działało, choćby nieco krzywo. A on filmował, bez przesady, bez efektów, z prostotą, jaka dziś wygląda jak odważny akt autentyczności.
Kiedy trafił do Tajlandii, nie wiedział jeszcze, że to już nie będzie tylko etap, tylko początek czegoś trwałego. Najpierw wrócił do Bangkoku, by obchodzić tam Tajski Nowy Rok wśród tłumów na Khaosan Road. Potem zakochał się w Koh Samui, jak każdy, kto szuka rajskich plaż i tajskiej whiskey. Ale zamiast wrócić, znalazł pracę – nauczyciela angielskiego w katolickiej szkole w Bangkoku, co brzmi jak połączenie dwóch światów, które nie miały prawa się zetknąć, a jednak się zetknęły i działały. W jednym dniu uczył dzieci alfabetu, w następnym był Świętym Mikołajem na korytarzu, bo przecież jeśli już się mieszka w kraju, gdzie święta to kwestia dekoracji i angażu, to czemu nie wcielić się w rolę?
Jego kanał stopniowo zmieniał się z dziennika podróży w podręcznik życia w Azji. Zamiast tylko pokazywać, co zobaczyć, zaczął wyjaśniać, jak przetrwać: jak nie wpaść w pułapkę z wypożyczaniem motorów, jak nie kupić fałszywego szmaragdu, jak nie zgubić się w metrze, które wygląda jak świątynia – bo czasem najpiękniejsza stacja to ta, przy której ludzie wciąż trzymają się za ręce, mimo że pociąg już odjechał. Pokazywał, jak wygląda sklep spożywczy, gdzie sprzedają jedzenie w porcjach na serce, i jak dojść do Mostu na Rzece Kwai, by usłyszeć historię, która nie potrzebuje filmu, bo sama jest filmem.
W 2019 roku, po dwóch latach w Azji, wrócił do Polski. Powrót był typowy – emocje, rodzina, nostalgia za tym, czego nie miał. Ale już wtedy było widać, że jego serce zostało po drugiej stronie globu. Kiedy zaczął opowiadać o Białorusi – o Czesławie Niemenu, o wsiach, które wyglądają jak z innej epoki – robił to z powagą podróżnika, który wie, że historia nie kończy się tam, gdzie kończy się turystyka. A potem wrócił do Tajlandii, by właśnie tam spotkać pandemię – jakby los postanowił sprawdzić, czy to, co wybrał, to naprawdę dom, czy tylko ucieczka.
I oto zaczęła się nowa odsłona. Tajlandia zamknęła się, a on został – uwięziony nie granicami, ale decyzją. Zamiast panikować, zaczął dokumentować pustkę: opuszczone plaże, zamknięte bary, miasto bez turystów. Pokazywał, jak wygląda supermarket w czasie stanu wyjątkowego, jak dzieci uczą się przez zooma, a życie nocne Bangkoku zamienia się w monolog dla jednego widza. W tym chaosie znalazł spokój – i nawet spędził czas jak mnich w klasztorze w Pa Pae, medytując po cztery godziny dziennie, by potem wrócić do świata, w którym najgorsze, co może go spotkać, to rozbita lodówka w mieszkaniu za 900 zł.
W ciągu lat jego kanał przeszedł ewolucję: od autostopowych przygód i tajemniczych wiosek do filmów o zarobkach na YouTube, o cenie jedzenia w 7-Eleven i o tym, jak tajska fryzjerka może nieco za bardzo skrócić włosy. Zniknęły z niego niektóre tematy – już nie mówi tak często o Malezji czy Kambodży, nie opowiada o pierwszych stopach, bo po prostu przestały być nowe. Zmieniły się też twarze: kiedyś pojawiał się Piotrek z Podróży Wojownika, Marta Sielska, inni podróżnicy – dziś są rzadszymi gośćmi, jak dawne wspomnienia z wakacji, które nie trzeba wspominać codziennie, bo wystarczy, że były.
Największe sukcesy przychodziły nie z podróżą, ale z byciem: film o zarobkach na 100 tysięcy wyświetleń miał ponad 90 tysięcy odsłon – ludzie chcieli wiedzieć, czy warto wyruszyć. Film o 10 rzeczach, których nie robić w Tajlandii, i o pułapkach turystycznych też zdobyły tysiące kliknięć – bo ludzie ufali temu, kto nie przesadza, nie udaje egzotyki, tylko mówi: „Tu nie możesz dotykać głowy nikomu, nawet dziecku, bo to jakby wskoczyć do cudzego mieszkania i wyjąć szafkę z dokumentami”.
A największe potknięcia? Były. Utrata drona nad Bangkokiem, koronawirus na święta, fryzura, która wyglądała jak eksperyment plastyczny – ale traktował je z humorem, jakby wiedział, że życie w Azji to nie raj, tylko strefa, gdzie kompromisy są codziennością, a szczęście to nie brak problemów, ale umiejętność ich przekuć w historie.
Bo to właśnie robi – opowiada. O tym, jak wygląda nowa normalność, jak tajska dziewczyna mówi po polsku, jak mieszka się za 1000 zł w mieście, które wygląda jak megapolis z filmu cyberpunk, ale ma sklepy, w których sprzedają kurczaka z ryżem za 10 zł. Pokazuje, że to nie musi być wielka przygoda, by być prawdziwą.
A więc kim jest Michał z W Środku Nigdzie? To Polak, który żyje w Tajlandii, uczy dzieci, robi masaż za 12 zł, ogląda, jak małpy przejmują miasto, i czasem – bardzo czasem – tęskni za pierogami. Ale nie prosi o powrót. Po prostu mówi: „Tak tu jest. I w sumie nie jest źle”.
To historia o tym, jak ktoś znalazł dom, nie szukając go – po prostu idąc, aż przestało się chcieć wracać.