
Waju NieNerwowo: opowieść o człowieku, który zamiast biurka wybrał oceany
Gdzieś pomiędzy grudniem w Dar es Salaam a sylwestrem na kotwicy w Tanzanii, gdzie niebo było tak czyste, że widać było każdą gwiazdę, a wiatr szepnął coś cicho do serca Pawła, zaczęła się prawdziwa przygoda. Nie ta opisana w broszurkach turystycznych, tylko taka, która bierze człowieka za rękę i mówi: idź, nie oglądaj się, świat jest większy, niż myślisz. Tak, bo jeszcze przed chwilą Paweł siedział w fotelu, miał dzieci, cudowną dziewczynę, pracę, czas — wszystko, co rzuca się w oczy, kiedy patrzy się na pełnię życia z zewnątrz. A potem usłyszał głos, może wewnętrzny, może od kapitana Jerzego Radomskiego, który pływał z dookoła świata na jachcie o nazwie Czarny Diament i miał wolne miejsce na pokładzie. Paweł nie krzyczał, nie skakał — po prostu cisnął czapkę do góry i pomyślał: jadę. I tak, jak się mówi nienerwowo, bez szampana i fanfar, ale z załadowaną plecakiem gotowości, wylądował na Zanzibarze.
Zaczęło się od listów, od pytań, od przygotowań, które szybko okazały się dłuższe niż się wydawało — wizy, szczepienia, ubezpieczenia, lista zakupów przypominająca plan bitwy, a potem pierwsze kroki po piasku afrykańskiego wybrzeża, gdzie karabiny na ulicy były tak naturalne jak upał. Tam, na kotwicowisku niedaleko Pałacu Sułtana, zrozumiał, że podróż to nie tylko wiatr w żaglach, ale także ludzie, którzy pilnują pontonu za drobną opłatą, i dzieci, które patrzą na białego człowieka z jachtu, jakby spadł z księżyca. W czasie między Wigilią na morzu a Sylwestrem w Dar es Salaam, Paweł przestał liczyć dni do pracy — zaczął liczyć mile morskie, które dzieliły go od kolejnej granicy, kolejnego morza, kolejnego przylądka.
Rejs nie był tylko eskapadą — był przemianą. Gdy Czarny Diament utknął na mieliźnie przy Nyororo, kiedy instrumenty zawiodły, a świat zatrzymał się na chwilę w błękicie wody, Paweł zrozumiał, że kontrola to iluzja. A kiedy płynęli przez Ocean Indyjski, ku Mozambikowi, gdzie bieda była widoczna jak rana, a empatia bolała, zobaczył, że świat nie potrzebuje więcej turystów — potrzebuje ludzi, którzy patrzą. Potem przylądek Dobrej Nadziei, wiatr niosący ponad sto kilometrów na godzinę, fale jak góry, a jacht — dzielny, jakby wiedział, że nie może zawieść. Paweł filmował, choć kamery nie oddawały całości, bo jak uchwycić strach, zmęczenie i ekstazę jednocześnie?
Kapsztad, miejsce, gdzie rejs się odmierzał nową załogą, zapasami i nerwami. Trzy tygodnie na marinie, spacer po pomostach, a potem — znowu ocean. Tym razem Atlantyk Południowy, najdłuższy etap, który trwa dziewiętnaście dni, a czasem wydaje się wiecznością. Tam, na środku bezkresu, gdzie nie ma lądu, tylko słońce, gwiazdy i trzy różne charaktery zamknięte w małej przestrzeni, Paweł rozmawiał z samym sobą. Pytał: co ja tu właściwie robię? I odpowiedź nie była gotowa, ale była szczera — tu jest życie, bo życie to nie biurko, nie spotkania, nie e-maile, ale chwila, kiedy delfin przepływa obok jachtu, a niebo pali się zachodem.
Wyspa Świętej Heleny, miejsce metafizyczne, jak ją nazwał, oddalone o dwa tysiące kilometrów od lądu, gdzie Napoleon kończył swoje dni, a Paweł — odbierał przesyłkę z Polski. Śmiał się, bo kto by pomyślał, że na końcu świata czeka go paczka, którą mógłby otworzyć w kawiarni przy ulicy Grunwaldzkiej. A potem — powrót do cywilizacji, karaibski, pełen palm, ciepła i obietnic. Tyle że cywilizacja była spóźniona — ona, Marta, czekała już cztery dni, a on nie zdążył. Spotkali się na Grenadzie, gdzie na końcu oceanu była kobieta, która nie wyrzuciła go za burtę za „terminy oceaniczne”. Oj tam, oj tam — pomyślał, ale już serio.
Karaiby zmieniły wszystko — temperaturę, ludzi, sposób myślenia. Tam zaczęła się nowa część życia, gdzie wiatr wciąż dmuchał, ale już nie tylko z morza. Znów rejs — przez Atlantyk Północny, ku Azorom, gdzie po raz ostatni jacht stał się domem. Dwadzieścia dni na morzu, rytm wacht, opowieści, które zaczynały się powtarzać, bo przecież człowiek może tylko tyle razy opisać zachód słońca, zanim zrozumie, że to nie słońce się zapala, ale on sam.
W Horcie na Azorach, po ponad jednejścieściu tysiącu mil, Paweł po raz pierwszy od dawna stanął na stałym lądzie i pomyślał: to już koniec. A potem — początek. Bo nie można wrócić do tego, co było. Więc zamiast do biurka, pojechał do Neapolu, z Lily, z kamerą, z ciekawością. Pompeje, Wezuwiusz, sekretne gabineciki w muzeach — teraz to nie była ucieczka, tylko powrót do świata innym wzrokiem. A potem — Andaluzja, kamper, wędrówki po śladach Magellana, do miast, gdzie odkrywano nowy świat. Teraz nie płynął, ale jechał, i robił to z tą samą nienerwowością — z ciekawością, a nie presją.
Z czasem zmieniły się tła — z oceanów na wulkany, z jachtów na kampery, z burz na wykłady o historii odkryć geograficznych. Zniknęły długie monologi o życiu na morzu, nie było już Jerzego Radomskiego, nie było Kapitana nadającego z Zanzibaru — zniknął rejs, ale nie zniknął duch. Nadal był ten sam wzrok: ciekawy, niepilnowany, nieprzeciętny. I nadal była Lily, która razem z nim oglądała sekretne sale w Neapolu i śmiała się z jego przekleństw nagranych przy dzieciach.
Największe sukcesy? To nie liczba odsłon, choć film o Wyspie Świętej Heleny dotarł do dziesięciu tysięcy — to fakt, że ktoś zabrał kamerę na rejs przez południowy Atlantyk i powiedział: patrzcie, tak to wygląda. Największe niepowodzenia? Może ten rozdarty żagiel, może mieliźnie, może spóźnienie na randkę — ale to wszystko stało się częścią opowieści, a nie przeszkodą.
Tematy, które zniknęły? Rejsy długodystansowe, przygotowania do wyjazdu, pieczątki jachtowe. Teraz to nie są jachty, ale miasta, nie są wiatry, ale ścieżki turystyczne. A osoby, które przestały się pojawiać? Oprócz kapitana — Miru, Majkel, JacO — nazwiska z jednej chwili na jednej wyspie, które zostały w kadrze i już się nie odnalazły.
Na przestrzeni lat, z 43 filmów, z tuzina krajów, z tysięcy mil, Paweł, znany jako Waju, nie zmienił się — tylko przeszedł z burt jachtu na miejsce kierowcy w kamperze. Wciąż mówi o świecie, tylko teraz nie tylko o morzu. Wciąż mówi nienerwowo. I właśnie w tym tkwi sedno — jego historia to nie lista wyjazdów, ale sposób, w jaki patrzy na świat: z dala od hałasu, z bliskością szczegółu, z uśmiechem, który nie znaczy, że wszystko jest dobrze, ale że warto iść dalej.
Bo najważniejsze nie to, gdzie płynął, ale że w ogóle postanowił odpłynąć.