
Wałkowanie Świata: opowieść o tych, którzy nie stoją w miejscu
Ktoś kiedyś powiedział, że świat to tort — zewnętrzny lukier to to, co widzimy na pierwszy rzut oka, ale dopiero gdy zagłębiamy się w jego warstwy, zaczynamy rozumieć, co naprawdę kryje się pod powierzchnią. Ta metafora, pełna smaku i poetyckiego przekazu, stała się hasłem kanału Wałkowanie Świata, a także kluczem do zrozumienia jego twórczyni — kobiety, która nie tylko ogląda świat, ale go przechodzi, przemawia przez niego i z niego. Jej imienia nie wymienia się często w materiałach, ale jej obecność jest nie do pomylenia: spokojny głos, ciekawość bez afektacji, wzrok zwrócony nie tylko na piękno, ale i na cienie, które rzucają się na nie.
Zaczynała od wspinaczki — nie tylko fizycznej, ale i metaforycznej. Pierwsze filmy z 2018 roku to relacje z Holandii i Himalajów, pełne entuzjazmu, ale też refleksji. Była na Island Peak, przebywała bazę pod Everestem, wchodziła na święte tereny Tengboche, gdzie klimat góry mieszał się z duchowością buddyjską. Wtedy jeszcze mówiła o sobie w liczbie pojedynczej, ale już w filmie o Hampi wspominała o mężu, który stał się jej nieodłącznym partnerem w przygodzie. Razem z nim tworzyli nie tylko filmy, ale też sposób patrzenia — narracyjny, eksperymentalny, często z dala od turystycznych szlaków. Gdy opowiadała o Indiach, nie chwaliła się tylko Taj Mahal, ale pokazywała dziury w ulicach, wiszące kable i psy na ulicach Bengaluru. Nie ukrywała frustracji, ale też nie zaprzestała zadać pytania: dlaczego wciąż tu wraca?
To pytanie to nić, która przewija się przez całą jej podróż. Przez lata zmienia się nie tylko forma, ale i ognisko zainteresowań. Po Himalajach, po festiwalach wikingów na Wolinie, po Sardynii i Irlandii, zaczyna się etap zmiany. W 2020 roku, w samym środku pandemii, decyduje się na radykalny krok — kupuje bilet w jedną stronę i przeprowadza się na Wyspy Kanaryjskie. To moment przełomowy, po którym jej narracja nabiera nowego wymiaru. Już nie tylko opowiada o miejscach, ale o życiu w nich. Mieszka w jaskiniowym domku na Gran Canarii, opowiada o kryzysie migracyjnym, o opuszczonych kurortach, o drogach, które wiją się wśród klifów jak wątki filmowe. Zaczyna pytać: Czy na wyspach żyją kanarki? Czy da się dogadać po angielsku? Jak rośnie kawa? — pytania, które brzmią jak listę z codziennej ciekawości, ale są w rzeczywistości manifestem nowego podejścia: nie turysty, ale osiadłego obserwatora.
Z czasem jej świat się rozszerza, a ona sama — choć wciąż mówi o sobie, często w pojedynczej liczbie — zaczyna wspominać innych. Pojawiają się goście: Aleksandra Zalewska z Indii, Polka, która od lat mieszka w Bangalore i mówi o kulturze, jedzeniu i stereotypach. Pojawia się Damian Chen, Polak mieszkający w Chinach, który staje się przewodnikiem przez Shenzhen, Pekin i Chengdu. To nie są tylko goście, to mosty — między kulturami, językami, doświadczeniami. Dzięki nim jej kanał przestaje być tylko podróżniczym dziennikiem i staje się czymś więcej: rozmową z tym, co inne, z tym, co trudne, z tym, co nie wygodne.
W jej filmach nie ma miejsca na powierzchowność. Gdy jest w Naddniestrzu, nie mówi tylko o „kraju, którego nie ma”, ale prowadzi przez opuszczoną sowiecką szkołę, gdzie stróż mówi po polsku i opowiada historie z czasów, gdy system jeszcze działał. Gdy jest w Izraelu, nie ogranicza się do świętych miejsc, ale pokazuje Hebron, miasto podzielone, i pyta, jak wygląda życie pod okupacją. Gdy jest w USA, nie chwali się tylko Times Square, ale odwiedza Amiszów, którzy powiedzieli „nie” współczesności, i zastanawia się, co z tego wyszło. A gdy jest w Rwandzie, nie ukrywa się za pięknymi krajobrazami — mówi o mowie nienawiści, o genocydzie, o tym, jak słowa mogą stać się bronią.
Nie wszystko, co kiedyś było, wciąż się pojawia. Mąż, który był obecny na początku, stopniowo znika z kadrów. Nie ma już wspomnień o wspólnej wspinaczce, o wspólnej przygodzie w górach. Zostaje tylko ona — z kamerą, z pytaniem, z ciekawością. Niektóre tematy też zanikają: wspinaczka, choć nadal jest w jej DNA, przestaje być centralna. Zamiast skalnych ścian, pokazuje mury polityczne, kulturowe, historyczne. Zamiast wspinaczki na szczyt, pokazuje wspinaczkę przez ludzkie traumy.
Jej największe sukcesy to nie liczby — choć film o Taj Mahal czy o Islandii mają setki tysięcy odsłon — ale głębia. To ona pokazała, że można rozmawiać o kolonializmie w kontekście Ghany, nie spłaszczając tematu. To ona zabrała widzów do Burundi, jednego z najbiedniejszych krajów świata, i nie zrobiła z tego widowiska cierpienia, ale opowieści o bębnach, wodospadach i jeziorze Tanganika. To ona, będąc w Chinach, nie ograniczyła się do Wielkiego Muru, ale zapytała, czy to nie porażka — i pokazała, że nawet cud świata może być pusty i przeludniony.
Nie unika kontrowersji. Gdy mówi o Izraelu, nie udaje, że wszystko jest proste. Pokazuje protesty, barierę w modlitwie, flagi Palestyny nad domami w Mea She’arim. Gdy mówi o Chinach, nie chwali tylko rozwoju, ale pyta, czy sztuczna inteligencja to wybawca, czy oprawca. Gdy mówi o USA, nie ogranicza się do nowojorskiego blasku, ale pokazuje strefę zero, szczury i dzielnice, gdzie historia wciąż się rozgrywa.
Jej największe niepowodzenia? Trudno to nazwać potknięciami, raczej wyborami. Film o kolonializmie, w którym próbuje wymienić „trzy zalety kolonializmu”, wywołuje kontrowersje. Nie dlatego, że jest źle zrobiony, ale dlatego, że stawia trudne pytanie: czy można mówić o zniszczeniu, nie wspominając o infrastrukturze, szpitalach, szkołach, które zostały? To nie jest apologia, to próba rozmowy — i nie każdemu taka rozmowa przypadła do gustu. YouTube demonetyzuje film o Irlandii i Magdalenkach. To nie zniechęca, tylko potwierdza, że robi to, co ważne.
Przez lata jej styl się zmienia. Zaczyna od krótkich vlogów, przechodzi do dźwiękowych podróżach w czasie, do eksperymentów narracyjnych, a potem do dokumentalnych form. Gdy opowiada o Egiptie, nie tylko pokazuje piramidy, ale wchodzi do grobowców, ogląda sarkofagi byków, szuka śmieci. Gdy opowiada o Tajwanie, nie tylko pokazuje herbatę, ale pyta, dlaczego rytuały się odżywają. Gdy opowiada o Uzbekistanie, nie tylko chwali metro w Taszkencie, ale pyta, czy Morze Aralskie to największa katastrofa ekologiczna świata.
A potem — nagle — przeprowadza się do Rwandy. To nie jest kolejna podróż, to nowy początek. Mówi: „Zamieszkałam w Afryce!”. I od tej pory jej narracja nabiera innego tonu. To już nie tylko opowieść o miejscach, ale o życiu. Pokazuje ulice Kigali — czyste, uporządkowane, pełne zieleni — i mówi: „To nie jest Afryka, którą znacie z mediów”. I ma rację. Jej kanał staje się antystereotypem, lekcją, przestrzenią do myślenia.
Ostatnie filmy to nie tylko relacje, to apel. Apel o empatię, o ciekawość, o odwagę patrzenia. Gdy mówi o Jeziorze Kiwu, mówi nie tylko o metanie pod powierzchnią, ale o niebezpieczeństwie, które czai się pod spokojem. Gdy mówi o Ghanie, mówi o tym, co jej chcieli sprzedać — i zostawia to niedopowiedziane, by widz sam zastanowił się, co to mogło być.
A więc kim jest twórczyni Wałkowanie Świata? To kobieta, która nie przestaje chodzić, nawet gdy świat mówi, żeby stać. To ktoś, kto zaczynał od wspinaczki na ściany, a teraz wchodzi na mury, które dzielą ludzi. To ktoś, kto mieszkał w jaskini, ale mieszka też w pytaniach. Kto nie boi się pokazać, że nienawidzi niektórych rzeczy w Indiach — ale i tak tam wraca. Kto nie boi się być krytykowanym — ale i tak mówi.
To historia o tym, jak świat, choć pełen lukru, wart jest przeżucenia.