
Warszawski z Łodzi – opowieść o bieganiu, podróżach i niecodziennej ciekawości
Nie było go widać od razu – nie błyszczał na pierwszych filmach, nie zapowiadał się jako ktoś, kto wyrwie się z tłumu. Jego początek był skromny: bieg z błota, półprzeziębiona kamera GoPro, fala 11:45 i nazwa drużyny, która brzmiała jak przekleństwo wymówione po pijaku – Crazy Runnerfuckers. Ale już wtedy, w 2018 roku, w Gdańsku, na Runmageddonie, było widać, że coś w tym człowieku nie daje spokoju. Nie chodziło o to, by przebiec trasę, tylko by ją opowiedzieć – z humorem, z ironią, z instynktem filmowca, który nie czeka na zielone światło, tylko startuje na czerwonym.
Z Łodzi, choć nazwa mówi o Warszawie. To nie ułomny geograficzny żart, tylko rodzaj osobistego brandingowego wyzwania – być z jednego miejsca, a nazywać się od drugiego, jakby od samego początku podkreślając, że nie wszystko musi się zgadzać dosłownie. Początki to seria biegów z przeszkodami: Runmageddon, Pogrom Wichra, Adrenaline Rush, Armagedon Active. Każdy film to nowa trasa, nowe błoto, nowe warunki – deszcz, mróz, mgła. I zawsze ta sama drużyna – Crazy Runnerfuckers – jak oddzielny, lekko anarchiczny ruch sportowy, który nie trenuje, tylko żyje bieganiem. Ale już po kilku miesiącach widać, że coś się zmienia. Bieg nie wystarcza. Potrzeba czegoś więcej niż błoto – potrzeba przestrzeni.
W grudniu 2018 roku kamera przeskakuje z polskich lasów do Peru. Machu Picchu, Góry Tęczowe na 5200 metrach – i nagle świat się rozszerza. Seria Ameryka Express to nie tyle podróż, co przyspieszony kurs odkrywania. Chile, Boliwia, Kolumbia, Panama – wszystko w tempie odcinków, które trwają kilkanaście minut, a mimo to zdają się obejmować całe kontynenty. Ten sam kierowca, ta sama kamera, ten sam styl: bez zbędnych komentarzy, bez sztucznych emocji, tylko fakt – jesteśmy tu, to widzimy, czasem się zakopaliśmy w piasku. I to działa. Widzowie zaczynają śledzić nie tylko biegi, ale też jego spojrzenie na świat – sucho, czasem kąśliwie, ale zawsze autentycznie.
Po Ameryce – Brazylia, Argentyna, Jordania. Karnawał w Rio, wodospady Iguazu, Morze Martwe, Petra, Wadi Rum. Ale też alkohol przemycany przez granicę i maraton po pustyni – bo przecież nie wszystko w podróży to muzyka i selfie. Kanał staje się mieszanką – ekstremalne sporty, egzotyka, kultura, a nawet ciche, niemal etnograficzne ciekawostki – jak Hinalug w Azerbejdżanie, wioska na końcu świata, gdzie ludzie mówią nieznanym językiem i żyją jak tysiąc lat temu. Każdy film to nowy eksperyment – nie wiadomo, co będzie dalej: może helikopter nad wodospadami, a może noc w więzieniu w Ottawie, które stało się hostellem.
Ale przełom przychodzi w styczniu 2020 roku. Kamera wraca do Ukrainy – do Czarnobyla. Film „Jak teraz wygląda Prypeć i Czarnobyl” eksploduje – ponad 29 tysięcy wyświetleń, a potem ciąg dalszy: restauracja obok reaktora, pejzaże porośnięte lasem, budynki pokryte mchem. To nie jest reportaż – to niemal dokument artystyczny, pełen ciszy i ironii. I od tego momentu widać, że kanał odchodzi od czystej relacji z wydarzeń. Zaczyna mówić o rzeczach, które są większe niż sport czy kultura – o historii, o pamięci, o absurdzie ludzkich eksperymentów.
Potem pandemia. Ale on nie przerywa. Wręcz przeciwnie – wykorzystuje moment. „Sprawdzam, jak podczas COVID-19 wygląda all inclusive” z Tunezji, wakacje na Cyprze, na Chorwacji – to nie są tylko wypady, to analiza nowego świata podróży, świata z barierkami, testami i niepewnością. I znów – bez popisywania się, bez dramy. Po prostu: byłem, oglądałem, pokazuję.
W międzyczasie zaczyna projekt „Korona Gór Polski” – wejścia na szczyty, zimowe trasy, przewodnicy, filmy pełne śniegu i ciszy. To jakby powrót do źródeł – do Polski, do natury, do trudnych, samotnych wypraw. Ale nie tylko. Bo zaraz po Śnieżce – Neapol, najbrudniejsza stolica Europy, potem Liechtenstein, Szwajcaria, a nawet Watykan – wszystko to w czerwonej strefie. Wydaje się, że nie ma kraju, do którego by nie zajrzał, nie ma tematu, którego by nie poruszył – nawet najdroższe miasto świata czy państwo, w którym „nie ma prawie nic”.
Ale widać też, co się kończy. Team Crazy Runnerfuckers – choć wspominany – pojawia się coraz rzadziej. Biegi z przeszkodami, które były początkiem, stają się co najwyżej odniesieniem. Nie ma już odcinków z serii Ameryka Express, nie ma więcej wizyt w ulubionych miastach po raz dziesiąty. Zmienia się rytm – z szybkiego, spontanicznego, robi się bardziej przemyślany, bardziej kierowany spojrzeniem niż emocją.
Największe sukcesy? Czarnobyl – ponad 29 tysięcy wyświetleń, ale to Cypr – „Co warto zwiedzić po greckiej stronie wyspy” – bije wszystkie rekordy: ponad 36 tysięcy. To film, który pokazuje, że jego widzowie nie oglądają go po to, by się dowiedzieć, gdzie jest najładniej, ale gdzie warto być – nawet jeśli nie jest to najmodniejsze miejsce.
Były też potknięcia. Odcinek o nieefektywnych obostrzeniach w podróżach samolotem – „Korona idiotyzmów” – to rzadki moment, gdy się wyrywa, gdy krytyka jest zbyt głośna, zbyt osobista. Ale i to przechodzi – bez komentarza, bez kontynuacji. Jakby sam wiedział, że nie o to chodzi.
Z czasem zaczyna unikać tematów, które kiedyś były głównym trzonem – biegi masowe, imprezy sportowe, rywalizacje. Zamiast tego – kraje, które nikt nie odwiedza, miasta mniejsze od Sosnowca, pustynie, ruiny, dzieci w slamsach Gambii. Pokazuje Fathala w Senegalu, by powiedzieć: „nie warto jechać na safari”. To nie turysta. To obserwator.
I choć nie mówi o tym wprost, widać, że jego główną towarzyszką staje się kamera, a nie ludzie. Jasne, wspomina Przemyka, spotyka Pawła Jumpera, ale ci, którzy byli razem z nim na początku – z Crazy Runnerfuckers – przestają się pojawiać. Nawet on sam mówi coraz rzadziej. Więcej kadrów, mniej głosu. Jakby świat mówił za niego.
Jego największe osiągnięcie? To nie liczba wyświetleń, nie popularność. To fakt, że z biegu przez błoto zrobił narrację o świecie – pełną ciekawości, bez sentymentalizmu, z dystansem, który czasem boli, ale zawsze szczerze. Że potrafił pokazać zarówno szczyt Rysy, jak i święty las Makasutu, nie zmieniając tonu – jakby wszystko było równie ważne: człowiek w śniegu i człowiek w dżungli.
A potem – Dania. Kopenhaga w jeden dzień. Kamera w ręku, miasto zimowe, spokojne klatki. Nic nadzwyczajnego. Ale to już nie musi być nadzwyczajne. On od dawna nie pokazuje świata takim, jaki jest – pokazuje, jak go widzi.
To historia człowieka, który zaczął od biegania przez błoto, a skończył na granicy rzeczywistości i marzeń – z kamerą w ręku i pytaniem: a co dalej?