
Weronika Truszczyńska: opowieść z drugiej strony świata
Gdzieś tam, w gęstwinie betonowych drapaczy chmur, wśród chaotycznych uliczek i neonowych szyldów, wśród zapachów smażonego czosnku i gorącego oleju, mieszka kobieta, która od lat opowiada o tym, jak to jest żyć w Szanghaju. Nie jako turystka, która spakowana do plecaka przemierza miasto w tempie maratonu, ale jako osoba, dla której Szanghaj to codzienność: kolejka do metra, mieszkanie z cieknącym kranem, sąsiedzi, którzy mimo murów słuchają, jak co wieczór ogląda K-pop, i tatuaże, które sprawiają, że Chińczycy na ulicy nie wiedzą, czy mają ją obchodzić szerokim łukiem, czy jednak podejść i zapytać, czy ma imię napisane po chińsku. Weronika Truszczyńska, bo o niej mowa, najpierw przypadkiem trafiła do Chin, później zdecydowała się zostać, a w końcu – zupełnie nieświadomie – zaczęła być dla tysięcy osób oknem do świata, który wielu wciąż kojarzy głównie z rysunkami z Avatar i zapowiedziami rynku, a nie z tym, jak się mówi „proszę” po chińsku albo dlaczego w fast foodzie w Szanghaju serwowany jest burger z włosami.
Początki były smakowe – dosłownie. Pierwsze filmy to drobne eksploracje: test chińskich Lay’sów w smakach, które w Polsce nie przeszłyby celnika – limonka i zielona herbata, a potem czekolada z solą, bo dlaczego nie? To były czasy, gdy Weronika była jeszcze w Szanghaju niewielu znało, a ona sama, z telefonem w ręce i z kamerą, robiła, co umiała, by pokazać, że Azja to nie tylko daleki wschód, ale też miejsce, gdzie można spokojnie kupić polska pierogi od dziewczyn z „Pierogi Ladies” na targu, a potem iść do KFC i spróbować czarno-różowego burczka, który wyglądał jakby uciekł z narkotycznego snu. Miała dwadzieścia dwa lata, mówiła o sobie jak o osobie, która od roku mieszka w największej metropolii Chin, i nie miała pojęcia, że te proste, niepretensjonalne filmiki z książki kucharskiej w tle – bo kto by tu nie gotował? – staną się fundamentem czegoś, co przetrwa nie tylko zmiany wiz, ale i globalne pandemie, lockdowni, zatrzymania policyjne i kryzysy zaufania.
Z czasem zaczęła się zmieniać, nie tylko ona – kanał też. Z filmów o jedzeniu wyrosły rozmowy o kulturze: dlaczego w Chinach nie ma wyboru, kto płaci za randkę, dlaczego ludzie nie depilują, a najważniejsze – dlaczego w Chinach nie ma prostytutek, ale są „tajne” aplikacje randkowe, o których mówi się szeptem. Zaczęła mówić o rzeczach, które inni omijali: o homoseksualizmie w Szanghaju, o chińskim systemie edukacji, o tym, że „Chinki” nie lubią paczkomatów, bo nie potrafią się do nich odnieść, bo to nie jest „człowiek”, a oni ufają konkretnym ludziom, nie maszynom. W jej narracji pojawiły się osoby, które stopniowo stawały się stałym elementem tej historii: siostra, która razem z nią robiła test japońskich słodyczy, Mengchuan, Chińczyk, który z trudem wymawiał „przysłowiowe”. A potem, już w późniejszych latach, Nadia Urban i podcast Mao Powiedziane, który przekształcił kanał z vloga podróżniczego w platformę do dyskusji o polityce, społeczeństwie i cenzurze, o tym, co się dzieje, gdy chiński rząd zakazuje Bożego Narodzenia, a ty nadal chcesz mieć choinkę.
Były sukcesy, które trudno było przewidzieć – film, w którym Chińczyk próbuje mówić po polsku, miał ponad milion wyświetleń, a vlog z lockdownu w Szanghaju pokazywał, jak wygląda życie, gdy masz trzydziesty dzień domowego aresztu i jedziesz do sklepu na rowerze tylko po to, by zobaczyć inny widok. Były też potknięcia: zgubiony bagaż, rozbita kamera, a potem i samochód na tarasach ryżowych – nic wielkiego, jeśli nie liczyć, że to się stało z dronem. Były momenty, gdy krytykowała się i innych: kiedy tłumaczyła, że nie warto kupować kosmetyków z Aliexpress, bo możesz skończyć z odciskiem ślimaka na twarzy, albo gdy ostrzegała przed „nielegalnym imigracją” – czyli przed wyjeżdżaniem do Chin bez rzetelnej wizy, co raz, a nie dwa razy, kończyło się aresztowaniem. I były tematy, które zniknęły bez śladu: przestała mówić o koreańskich serialach, przestała pokazywać siostrę, przestała testować chińskie cukierki – jakby po jakimś czasie zrozumiała, że to, co ważne, to nie „ile smakuje chiński burger z bekonem”, ale „dlaczego ten burger w ogóle istnieje”.
W 2020 roku, gdy świat zatrzymał się na zielono, ona została w Szanghaju, zamykana i otwierana wraz z miastem, opowiadając o tym, jak wygląda epidemia z pierwszej linii. Kiedy w 2022 roku przyszła fala lockdownów, stała się głośnym głosem ludzi, którzy krzyczeli z okien, bo nie mieli już siły. A gdy wreszcie granice się otworzyły, opuściła Chiny po trzech latach i wróciła do Polski, by odkryć, że nie tylko Chiny się zmieniły – ona też. Zobaczyła, jak bardzo przywykła do telefonu z kodami QR, jak bardzo boi się samochodów na przejściu dla pieszych, bo w Szanghaju nikt nie przepuszcza, i jak bardzo polska gotówka brzmi jak dźwięk z innej epoki.
Później znowu wróciła – do Szanghaju, do swojego mieszkania, do pracy, do codzienności, ale już z innym spojrzeniem. Stała się nie tylko opowiadaczką, ale także autorką książek, e-booków, kursów, która uczy, jak podróżować, jak żyć, jak jeść hot pot, jak nie dać się oszukać, i jak – co najważniejsze – patrzeć na Chiny nie jak na egzotykę, ale jak na miejsce, gdzie ludzie też się boją, kochają, płaczą i śnią, że mogą wyjechać. Otworzyła firmę, zaczęła organizować wycieczki, mówiła z Niemcami, o Chińczykach, o sobie – i o tym, jak trudno jest być kobietą w Chinach, która nie chce nosić stanika, bo po co, skoro i tak nikt nie patrzy.
Jeśli coś najbardziej charakteryzuje tę historię, to nie sukces, nie liczba filmów, nie nawet miliony wyświetleń, ale upór, z jakim Weronika Truszczyńska przetrwała nie tylko zmiany w krajach, ale i w sobie, by w końcu zrozumieć, że bycie mostem między kulturami to nie o tym, by zawsze się uśmiechać – to o tym, by mówić, choćby i o czymś takim, jak smak duriana.