
Wini Travel: jak marzenia o Ameryce stały się podróbną rutyną
Gdzieś pomiędzy sylwestrowym planowaniem wyjazdu a pierwszym nagraniem z drona nad Manhattanem, życie Tomasz Winiarski przekształciło się w ciągły vlog. Nie że tak było od początku — nie było. Kiedyś, w czasach sprzed kanału, przemieszczał się jak każdy Polak: po cichu, bez kamer, z torbą na laptopa i marzeniem o czymś więcej. Potem przyszła Ameryka, a z nią pierwszy film, w którym z trudem ukrywał ekscytację, jakby bał się, że ktoś mu powie: „A po co to nagrywać?”. Nagrywał jednak. Bo to, co zaczęło się jako „telegraficzny skrót” wyprawy do USA, szybko zamieniło się w nową codzienność. American Dream miał być punktem odniesienia, a stał się nazwą debiutanckiego filmu, po którym nikt nie wiedział, dokąd ten kanał zmierza — ale wszyscy czuli, że zmierza.
Początkowo wydawało się, że chodzi o porady. Jak wyjechać do USA? Ile to kosztuje? Czy trzeba mieć wizę? Pytania, na które odpowiadał z nutą niepewności, ale też z autentycznym pragnieniem pomocy. Mówił o cenach, o ubezpieczeniu, o różnicach podatkowych między stanami — tak, jakby prowadził audyt podróży, a nie vlog. Ale potem się rozluźnił. Gdzieś między Burdż Chalifą a fontannami Dubaju zrozumiał, że nie musi być suchym kalkulatorem wydatków. Mógł pokazywać świat, który go zachwycał — nawet jeśli wymawiał nazwy nieco po swojemu. I tak, z kamerą w ręku, przemierzył pustynne bulwary Dubaju, przeprowadził się do Wiednia, gdzie zwiedzał pałac Schönbrunn z aplikacją Google Trip w telefonie (co ironicznie wyjaśniło, skąd wzięła się nazwa kanału — bo przecież „Wini Travel” brzmiało jak nazwa linii lotniczej, a było tylko grą słów z jego imieniem i nazwiskiem).
To właśnie Wiedeń stał się punktem zwrotnym. W jednym z filmów z 2020 roku pokazał, jak można zobaczyć dziesięć głównych atrakcji miasta w ciągu jednego dnia — i nagle jego kanał zyskał rytm. Stał się o czymś: o efektywności, o tempie, o podróbach, które nie wymagają miesiąca urlopu. Ludzie zaczęli oglądać. Film o Wiedniu zdobył ponad 11 tysięcy wyświetleń — więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Wydawało się, że to szczyt. Ale potem przyszła Lanzarote, potem Dominikana, potem Londyn śladami Harry’ego Pottera — i już nikt nie miał wątpliwości, że Wini Travel to nie tylko nazwa, ale styl życia.
W tym stylu było miejsce na alkohol w Dubaju (i dokładne wskazówki, gdzie go legalnie kupić), na aquapark na pustyni, na biegnięcie przez Rzym w 24 godziny i na weekend w Lizbonie, gdzie tramwaje były ratunkiem dla zmęczonych nóg. Był też moment, gdy wyjazd na Dominikanę przyniósł nie tylko pokaz luksusowego all inclusive, ale i… ucieczkę przed policją — przynajmniej tak sugeruje tytuł filmu z 2021 roku, w którym z prawdziwą powagą opowiada o „ciekawostkach”, aż ciężko uwierzyć. Potem milczenie. Prawie dwa lata bez nowych filmów. Jakby kamera przestała działać, a podróżnik zaczął żyć poza kadrem.
Wrócił dopiero w 2023 roku, już w Nowym Jorku. Z okazji rocznicy 11 września, z nowym podejściem, z dronem i z helikopterem. Nie pytał już, ile to kosztuje — pokazywał, jak to wygląda z góry. Lot widokowy nad Manhattanem, fontanny, State of Liberty, Empire State — wszystko w jednym ujęciu, jakby chciał udowodnić, że nie musi mówić, wystarczy pokazać. Ale nawet wtedy, mimo nowych technologii, mimo nowej jakości obrazu, pozostał sobą: cicho, bez spektakularnych gestów, z lekkim akcentem, z kamerą, która czasem trzęsie się w rękach. I tak, po 19 filmach, po ponad siedmiu latach, nadal nie mówi, kim jest poza ekranem. Wiadomo tylko, że mieszkał w Austrii, że lubi szybkie wyjazdy, że poleca AirBnB z własnym kodem rabatowym, a w przeszłości pokazywał nie tylko miasta, ale i zasady przetrwania w nich.
Zniknęły jednak tematy. Nie ma już szczegółowych kalkulatorów kosztów. Nie ma porad o wizach czy ubezpieczeniach. Nie ma ciekawostek o alkoholu w Dubaju. Zniknęli ludzie, którzy mogli towarzyszyć mu na początku — nikt nie pojawia się obok, nie mówi, nie śmieje. Jest tylko on, miasta i czasem dron, który unosi się nad jego głową jak duch przeszłości.
Jego największym sukcesem był film o Wiedniu — dziesięć atrakcji w jeden dzień, moment, w którym kanał przestał być marginalny. Największym potknięciem? Może ten film o ucieczce przed policją na Dominikanie — tytuł, który obiecuje więcej, niż zawartość, jakby humor był próbą zatuszowania, że nie ma już takiego zapału jak kiedyś. A może to tylko inna era — ta, w której nie trzeba tłumaczyć, wystarczy lecieć helikopterem i pokazywać.
Oglądalność spadła, ale nie przestaje. Nagrywa nadal. Nawet jeśli nikt nie wie, czy to pasja, czy rutyna, czy może tylko marzenie, które czasem wymaga przerywnika.
To historia człowieka, który zamiast opisywać świat, włączył kamerę i zaczął iść — długo, cicho, z wizytówką z Google Trip w kieszeni.