Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Witek Żak

Witek Żak
2K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżeprzygodakultura

Witek Żak – podróżnik, mówca i obserwator świata

Witek Żak to ten typ człowieka, który najwyraźniej stracił kontakt z konwenjami jeszcze przed wyjściem ze szkoły średniej — albo może po prostu nigdy go nie miał. Jego historia zaczyna się wcale nie od nagrania, tylko od skoku narciarskiego w Przodkowie, o którym opowiada w jednym z pierwszych filmów z 2012 roku, gdy nagrywanie na YouTube było dla niego czymś w rodzaju eksperymentu technicznego z muzyką w tle. Wtedy nikt nie mógł jeszcze wiedzieć, że za osiem lat ten sam facet, który kręcił amatorskie ujęcia z deski skoczni, zacznie opowiadać o podróży do Nepalu z taką pasją, jakby to była pierwsza podróż w historii ludzkości.

Przełom nadszedł w 2020 roku, kiedy Witek wrzucił swój oficjalny debiutancki vlog — film o targowaniu się o cenę biletu lotniczego do Katmandu. Był to moment, w którym coś się zmieniło: zaczął mówić nie tylko o miejscach, ale o realiach podróży — o pieniądzach, nieporozumieniach, przypadkach i ludziach. I choć jego pierwsze nagrania były poetyckie w swojej niedoskonałości — z drżącym głosem, upartym komentowaniem i klimatycznym brakiem profesjonalizmu — to właśnie w tym tkwiła ich siła. Właśnie taka szczerość, która rozwija się, gdy ktoś jeszcze nie wie, że ma publiczność.

Jego wczesne filmy to niemal chronologia odkrywania własnego tonu. Z Nepalu przeskoczył do Malezji, Brunei, Tajlandii, Indonezji — wciąż z tym samym entuzjazmem, ale stopniowo z większą świadomością, że nie wystarczy tylko pokazać, co się zobaczyło. Trzeba też powiedzieć, dlaczego to ważne, śmieszne albo dziwne. A potem, niczym zaskoczenie, nadchodzi 2021 rok i pierwszy film z serii „Corona Travel” — dokumentującej wyjazd do Meksyku w środku pandemii. To był moment, w którym Witek staje się nie tylko podróżnikiem, ale narratorem — kimś, kto zauważa szczegóły, które inni przegapiliby: jak wygląda lotnisko, gdy pół świata jest zamknięte, jak lokalni sprzedawcy traktują turystów bez maski, jak życie toczy się dalej, nawet gdy cała planeta miała wrażenie, że się zatrzymała.

Ale to nie tylko o tym, gdzie był. To także o tym, gdzie mieszka — a mieszka w Luksemburgu, co stało się niejako oficjalnie potwierdzone przez film o kosztach życia w tym kraju, w którym Witek, z charakterystycznym humorem, podliczał wszystko — od subskrypcji po jedzenie i usługi, a nawet działalność charytatywną. Przez te długie, niemal podcastowe nagrania, zaczyna się wyłaniać obraz życia emigranta, który nie uciekał przed czymś, tylko wybrał coś nowego — coś drogiego, cichego, ale pełnego możliwości. A potem, jakby na kontrast, pokazuje, że potrafi wrócić do polskiej natury i spłynąć kajakiem Gwdą, Radwią czy Welą — tam, gdzie cena przygody to kemping, woda w bidonie i kilka zastopowanych drzew w rzece.

Jego podróżniczy kalendarz to kalejdoskop: od autostopu w Macedonii w 2016 roku, o którym wspomina w krótkich filmach z lat późniejszych, po rodzinne wypady z babcią do Barcelony, z mamą na narty do Zermattu, a nawet podróż poślubną na Maltę. W tych chwilach Witek nie tylko pokazuje świat, ale pokazuje też swoje relacje — choć nie mówi o nich głośno. Ich obecność jest subtelna, jak cień w tle — widać, że podróżuje z kimś, kto ma dla niego znaczenie, choć imię rzadko pada. Później zaczynają się pojawiać sceny z Ukrainy, z Rumunii, z Meksyku — ale też coraz więcej rozmów o pieniądzach, o inwestowaniach, o błędach i sukcesach.

Jednym z największych przełomów była wyprawa do Kenii w 2022 roku — seria czternastu filmów, które przeplatają safari, luksusowe hotele i loty międzykontynentalne z głębszymi obserwacjami: o życiu w mieście, o kulturze, o nierównościach. Seria ta wywołała olbrzymi odzew — szczególnie film „Tutaj jest wszystko!”, który przekroczył 18 tysięcy wyświetleń, a potem jeszcze więcej, gdy pojawiły się shortsy z Kenii, które zaczęły się rozwijać jak osobna gałąź twórczości. Wtedy Witek odkrywa nie tylko Afrykę, ale też potencjał krótkich form — zaczyna eksperymentować z tiktokowym tempem, ale bez utraty treści.

Ale naprawdę zmienił się w 2023 roku, gdy pojechał do Libanu — kraju, który przez kilka miesięcy stał się jego głównym tematem. Tam, w czasie hiperinflacji i kryzysu gospodarczego, Witek robi coś niezwykłego: nie tylko pokazuje ruinę, ale też życie w niej. Jego filmy o Bejrucie, o bazarach, o nartach w górach, o ormiańskich księży i przestarzałych mercedesach, to nie tyle reportaże, ile dokumenty codzienności. Jeden z jego filmów, „4.000 zł za wizytę w kawiarni”, stał się viralowy nie dlatego, że był szokujący, ale dlatego, że był spokojnie opowiedziany — jak historia z sąsiedztwa.

A potem, jakby po przetarciu wszystkich szlaków, Witek przeskakuje do Uzbekistanu — zupełnie nowy teren, nowa narracja. Tam, w kraju, gdzie najwyraźniej nie ma zielonych placów, ale są o nich filmy z największymi odsłonami, gdzie kolejka to atrakcja, a kawałek dawnej Azerbejdżanu to tajemnica, zaczyna się nowa epoka jego twórczości. Uzbekistan to nie tylko krajobraz, ale laboratorium społeczne — Koreańczycy deportowani przez Stalina, dawne minarety, jezioro Aralskie, które wysycha, i ludzie, którzy wciąż tam żyją. Jego film „Jak Sowietci wysuszyli ogromne jezioro Aralskie” przekroczył 65 tysięcy wyświetleń — nie dlatego, że był ładnie nakręcony, ale dlatego, że opowiadał o czymś, co było zapomniane.

W międzyczasie Witek zaczyna mówić o sobie więcej — o językach, które uczy, o wydatkach, o błędach. Przyznaje, że nie osiągnął celów językowych w 2024 roku mimo wydania 15 tysięcy złotych — to moment szczerości, który trudno odmienić. A potem, w 2025 roku, rzucił pracę i wyjechał w podróż — nie jako turysta, ale jako ktoś, kto już nie pyta: „gdzie pojechać?”, tylko „jak żyć?”. Jego wspinaczka na Monte Amaro we Włoszech, spływy kajakowe, weekendy w Toskanii, wrażenia z Rimini, San Marino czy Aten — to nie tylko kolejne punkty na mapie, ale coraz bardziej intymne opowieści o zmęczeniu, o potrzebie ciszy, o niechęci do masowego turystyki.

Jego największe sukcesy to nie tyle liczby, ile przekaz — że można podróżować bez wielkiego budżetu, bez sponsorów, bez przesady. Że można kręcić filmy o bruku i jeziorach, i żeby to było ważne. Że można opowiadać o kryzysie walutowym tak, jakby to był wycieczkowy vlog. Jego porażki? Być może to właśnie te długie, czasem monotonne nagrania o wydatkach, które nie trafiły do szerokiej publiczności — ale które dla części widzów stały się drogowskazem.

Najczęściej pojawiająca się osoba to on sam — narrator, podróżnik, kamerzysta, montażysta. Rzadko wspomina innych po imieniu, ale w tle czasem słychać głos, pojawia się ręka trzymająca telefon, ktoś wspina się razem z nim na górę. Rodzina pojawia się od czasu do czasu: babcia, mama — ale potem zaczynają znikać z kadru, jakby przekaz był teraz tylko jego. A potem pojawia się nowa postać — być może partnerka — wspominana w filmie o polskich wsiach w Rumunii, ale potem już nie.

Przez lata Witek zmienia się: z entuzjasty z kamerką staje się obserwatorem, z podróżnika — komentatorem. Jego największe filmy to nie tylko te o jeziorze Aralskim czy Kenii, ale też te, w których mówi o sobie — o błędach, o pieniądzach, o niepowodzeniach. I właśnie w tym jest jego siła: nie udaje, że ma wszystko dobrze. Udaje, że to wszystko ma sens — i właśnie dlatego ma.

Ta historia to opowieść o człowieku, który zamiast uciekać od rzeczywistości, robił z niej swoją podróż.