
Wyprawy z PETARDĄ: opowieść o podróżnikach, którzy nie wiedzieli, że robią historię
Gdzieś w zatłoczonych uliczkach cyfrowego świata narodziła się niewielka, a może i niezwykła, przygoda – „Wyprawy z PETARDĄ”. Zaczęło się wszystko od prostego pomysłu: wsiąść do samochodu, pojechać w stronę słońca, trzymać się z daleka tłocznych ulic turystycznych i po prostu zobaczyć, jak żyją ludzie. I nie chodziło o to, by kogoś impresjonować, tylko by sobie przypomnieć, że świat jest duży, a życie na jego obrzeżach często najciekawsze. Tak, to był początek – wyprawa do Turcji, 2000 kilometrów od Antalyi aż po granice Syrii, przez Kapadocję, Alanyę, Mersin i góry Taurus, gdzie droga nagle kończyła się, a im dalej, tym bardziej nie mieli pojęcia, dokąd właściwie zmierzają. I to właśnie ta niepewność stała się ich paliwem.
Nie byli profesjonalistami. Nie mieli kamer w plecakach, by tylko robić treści. Robili to dla siebie, by mieć pamiątkę, coś, co w przyszłości pozwoli im powiedzieć: „Pamiętasz, jak tam byliśmy?”. Ale kiedy znajomi zaczęli pytać, czy nie ma przypadkiem jakiegoś nagrania, a potem jacyś inni, całkiem obcy ludzie, zaczęli oglądać ich przygody, coś się zmieniło. Nagle nie chodziło już tylko o wspomnienia – pojawiła się przyjemność. Ta, która towarzyszy, gdy widzisz, że ktoś inny cieszy się twoim zaśmiewaniem się z tureckiego sposobu pakowania ładunku na ciężarówce albo z tego, jak kupują nielegalny alkohol w Mersinie. I tak, z przypadkowej zabawy, narodził się kanał – nie po to, by być gwiazdą, ale by dalej jeździć, dalej pokazywać, dalej się śmieszyć.
Pierwsze filmy o Turcji były jak rozmowa z przyjaciółmi: „Widzisz, tu byliśmy w Kapadocji, tu jechaliśmy quadem, a tu wstaliśmy o trzeciej, żeby zobaczyć balony”. Prosto, bez efektów, z napisami po angielsku, które wyglądały, jakby ktoś je strzelił z pistoletu – ale z duszą. A potem przyszła pandemia, a z nią chęć ucieczki, i wtedy padło: „Wyjedziemy na Cypr”. Tam, między białymi skałami a Błękitną Laguną, kamera zaczęła robić więcej niż tylko dokumentować – zaczęła opowiadać. I właśnie wtedy „Wyprawy z PETARDĄ” przestały być tylko podróżą, a stały się kanałem o tym, jak wygląda życie, gdy się je bierze w swoje ręce.
Z czasem technika się poprawiła – GoPro, drony, iPhone 13, nagrania w 5K – ale nie to było istotne. Istotne było to, że nadal robią to samo: jeżdżą, gapią się, próbują kebabów, mają problemy z samochodami, zatrzymują ich policje, śpią w domkach na drzewie, a czasem w bunkrach, bo burza zaskoczyła przy jeziorze Koman. W Sardynii zaczął się nowy etap – nieco bardziej kalkulujący, z filmami o cenach, wynajmie aut, tanich noclegach. Zaczęli być dla kogoś przewodnikiem. A potem Albania – i tu wszystko eksplodowało. Albania, z jej „polskimi Malediwami”, ulubionymi albańskimi kebabami i gościnnością, która czasem była aż zbyt gorąca, stała się ich ulubioną kolebką. Te same ulice, te same targi, ten sam Robert Giza z wypożyczalnią w Tiranie – cały świat się zawinął w jeden, spójny wątek.
Ale to, co zauważyć trudno, to to, co zniknęło. Nie ma już wspomnień o dawnych pracach, o życiu przed kamerą, o tym, kim byli. Nie ma ich rodziny, nie ma partnerów, nie ma dzieci. Są tylko oni – dwoje, trójka, może więcej, trudno powiedzieć – ponieważ zawsze są w ruchu, zawsze w pojeździe, zawsze na granicy. A ci, którzy byli razem z nimi na początku, jak ci tureccy fachowcy od pakowania, albo ci, co pili piwo w hotelu, z czasem przestali się pojawiać. Została tylko PETARDA – ta nazwa, która najpierw mogła brzmieć jak żart, a teraz stała się ich tożsamością.
Gdy pojawili się na Teneryfie, potem w Gruzji, Czechach, Czarnogórze, a nawet w Naddniestrzu – rejonie, który oficjalnie nie istnieje – było widać, że zmieniają się nie tylko kraje, ale i oni. Z ciekawości przeszli do ekspertyzy. Zaczęli analizować, porównywać, mierzyć. Pokazywali, ile kosztuje chleb w Carrefourze w Kutaisi, sprawdzali, czy poncha z marketu na Maderze jest lepsza niż w barze, a w Czechach dokumentowali przejazd przez Sky Bridge 721 – najdłuższy most wiszący w Europie – z takim entuzjazmem, jakby to był ich prywatny szczyt. A potem, w Jordanii, dotarli do Beduinów, którzy zaprosili ich do namiotu – i wtedy widać, że coś się zmieniło: nie byli już tylko turystami, ale ludźmi, którzy potrafią przyjąć gościnność bez aparatu, by potem ją oddać.
Największe sukcesy? Trudno mierzyć sukcesem, gdy jednym z najpopularniejszych filmów jest „Zatrzymani w Czechach!”, który pokazuje, jak policjant mówi coś po czesku, a oni się śmieją, bo nie rozumieją. Albo „Turecki barber – przerósł moje oczekiwania”, który zebrał ponad 7 tysięcy wyświetleń i był o… fryzjerze. Ale to właśnie to – ich zdolność do znalezienia fascynacji w rzeczach najprostszych – stała się ich siłą. A największe potknięcie? Może to, że czasem zbyt bardzo chcą być rozrywką i przegrywają z własnym duchem. Na przykład w Albanii drugiej edycji, gdzie narracja zaczyna brzmieć jak ofertówka z wypożyczalni Roberta Giza – i wtedy widać, że między przygodą a biznesem zaczyna się pojawić cienka linia.
Ale po wszystkich filmach, po wszystkich seriiach z Maderą, Jordanią, Mołdawią czy PRL-owskim hotelem w Kiszyniowie – przez wszystkie te wąwozy, laguny, bunkry, pustynie i urwiska – jedno pozostaje niezmienne: oni wciąż jeżdżą. Wciąż są gdzieś między granicami, między filmami, między tym, co pokazują, a tym, kim są. I może to właśnie najważniejsze – że nigdy nie przestali być tymi, co wsiadają do auta i mówią: „No, to jedziemy”.
To historia o ludziach, którzy przypadkiem zaczęli robić twórczość, a potem przypadkiem zrobili z niej życie.