
Martyna z Tokio: opowieść o życiu w kraju kwitnącej wiśni
Martyna to dziewczyna z zapałem, która trafiła do Tokio nie po to, by tylko przejechać się pod świetlistymi neonami Shinjuku, ale by w nich zamieszkać. Choć na YouTube’ie jest znana jako ybaa, to w prawdziwym życiu to imię — Martyna — które czasem wydaje się bardziej intymne niż kryptonim, pod którym opowiada o Japonii. Kanał zaczął się od cichego zapowiedzenia: filmu o poranku w Tokio, skromnego, prawie szkolnego, jakby przed wejściem na egzamin z życia za granicą. Wtedy, w końcu września 2019 roku, mówiła do kamery, jakby rozmawiała z przyjaciółmi, którzy prosili: „Pokaż, jak to wygląda tam, daleko”. I tak powstał cykl Co z tą Japonią? — nieco nieporadny, ale serdeczny przewodnik po dzielnicach, sklepach i świątyniach, który stopniowo nabierał formy.
Początkowo martwiła się, czy forma jej wideo — narracja, ujęcia uliczne, ciche tło — przypadnie do gustu widzom. W Asakusie pokazywała świątynie, ale też podziemne uliczki, w Don Quijote zupełnie się gubiła w labiryncie gadżetów i słodyczy, a potem, zupełnie niespodziewanie, przyszedł tajfun Hagibis — i zamiast planowanego odcinka o czymś miłym, pojawił się film o burzy, deszczu i życiu w stanie przygotowania. To był moment, kiedy Martyna przestała tylko pokazywać Japonię i zaczęła ją doświadczać w czasie rzeczywistym — przez ekran, ale też przez własne odruchy, strach i ciekawość.
Jej kanał nie był od razu wielkim sukcesem. Pierwsze filmy miały tysiące odsłon, ale nie więcej. Potem jednak zaczęła się zmieniać forma: pojawili się vlogy, gdzie mówiła nieco bardziej swobodnie, bez scenariusza, o mniej turystycznych rzeczach — o nerdowskich eventach, gdzie mikrofon nie złapał jej głosu, o wizycie w „ninjabarze”, o śliwkach, które zakwitły. To były chwile, gdy kanał zaczął oddychać — nie tylko przekazywał informacje, ale zdradzał osobę. Na Instagramie, który wspominała jak przyjaciel, który „czasem coś powie”, pojawiały się zdjęcia, które YouTube nie pomieścił — ujęcia, które nie potrzebowały narracji.
W grudniu 2019 roku miała już na koncie nową serię — Words are needless — gdzie w ogóle nie mówiła, tylko pokazywała. Film o ogrodzie Rikugien był cichy, pełen kolorów jesieni i ciszy. To był kontrast do reszty kanału: nie tłumaczyła, nie opisywała, pozwalała Japonii mówić samemu sobie. Można by pomyśleć, że to początek nowej drogi, ale potem znowu wróciła do mówienia — bo przecież miała coś do powiedzenia.
Największy przełom nadszedł w maju 2020 roku, kiedy opublikowała film o „14 zaletach życia w Japonii”. Odcinek był uprzejmy, prawie zbyt miły — jakby bała się, że jeśli powie, co naprawdę myśli, to ktoś się obrazi. Ale właśnie dlatego — przez tę szczerość w unikaniu szczerości — zaciekawił. Widzowie chcieli więcej. I dostali. Dwa miesiące później wyszedł film o „14 wadach życia w Japonii” — ten raz już bez ogródek. Mówiła o biurokracji, o izolacji, o trudnościach, o tym, jak ciężko być obcym, który wie, że nie zostanie tu na zawsze. Film zdobył ponad 77 tysięcy odsłon — więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. To był moment, w którym kanał przestał być tylko przewodnikiem turystycznym i stał się opowieścią o życiu.
Od tamtej pory Martyna jeździła po całej Japonii — od śnieżnego Sapporo po subtropikalne Okinawy, od świątyń w Kioto po wulkan Aso na Kiusiu. Jej podróż była systematyczna, jakby chciała zobaczyć wszystko — od parków kwiatowych po małpy w onsenie, od zameczków w Matsumoto po wyspę królików. W 2021 roku wspinała się na Fuji, a potem opowiadała, jak to było — nie jako triumf, ale jako doświadczenie z komplikacjami, z ciemnością, z brakiem tchu. Nie ukrywała zmęczenia, nie przebierała w słowach — po prostu powiedziała, co się wydarzyło.
Z czasem zaczęły pojawiać się nowe tematy. Zainteresowała się motocyklem — w 2022 roku nagrała film z przejażdżką po Okutama, gdzie po raz pierwszy jechała Honda GB350, z uśmiechem w głosie, że to jej pierwszy sezon. To był inny rodzaj bliskości — nie z kulturą, ale z geografią, z samym ruchem. Później pojawiła się herbata — nie jako element codzienności, ale jako temat rozmowy. W filmie z Anią — osobą, której imię zostało wymienione, ale która nie pojawiała się wcześniej — rozmawiały o sencha, o smaku, o ceremonii, o tym, co znaczy pić herbatę świadomie. To był cichy odcinek, pełen ciepła, w którym nie było już miejsca na turystyczne zdziwienie, tylko na refleksję.
Zniknęły za to inne postacie. Nikt inny nie powtarzał się tak jak Ania — wcześniej pojawiali się tylko epizodycznie, czasem jako cienie w tle, czasem jako głos w komentarzu. Facebook, który wspomniany był raz w 2019 roku, zniknął z opisów. Instagram pozostał, ale jako echo, nie jako scena. Kanał stał się bardziej osią — nie o tym, co się dzieje wokół, ale o tym, co widzi jedna osoba, która przystaje, patrzy, słucha.
Największe sukcesy to te dwa filmy: o zaletach i wadach życia w Japonii — jeden cukrowy, drugi szczery. Największe potknięcia? Być może to, że pierwszy vlog o eventach technologicznych miał zepsuty dźwięk — ale i to została przyjęte z humorem. A film o Fujim — ten z GoPro, który „jakość kalkulator” — stał się niemal emblematyczny: nie doskonały, ale prawdziwy.
Obecnie nie ma już serii o working holiday, choć kiedyś wydawała się kluczowa. Nie ma też filmów o festiwalach polskich w Tokio — ten z 2019 roku był ostatni. Temat emigracji, który się tam pojawił, zatonął w codzienności. Zamiast tego — więcej natury, więcej podróży, więcej ciszy. Words are needless nie ma więcej odcinków, ale jego duch przeżywa.
Oglądalność kanału sięgała szczytów w 2020 roku, ale potem spokojnie opadła — jakby Martyna wiedziała, że nie musi mieć miliona odsłon, by mieć słuchaczy. Jej filmy teraz to nie krzyk, ale szept — o herbacie, o jeździe motocyklem, o świtach nad Fuji.
Gdy spogląda się na całą tę historię — od pierwszego „Dzień dobry” po rozmowę o zielonej herbie — widać, jak z przewodnika turystycznego powstał dziennik życia w obcym kraju. Martyna nie udaje eksperta, nie gra roli. Jest kimś, kto patrzy, pyta, czasem się myli, ale zawsze wraca.
To historia osoby, która przyjechała, by pokazać Japonię, a została, by opowiadać o sobie przez Japonię.