Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

Zaraz Tam Wjadę!

Zaraz Tam Wjadę!
40K+ subskrybentów
Obserwuj
przygodapodróżekultura

Janek z Sandomierza i jego podróż przez świat

Janek, chłopak z Królewskiego Miasta Sandomierza, którego głowa od zawsze pracowała na wyższych obrotach niż średnia turystyczna, pewnego dnia doszedł do wniosku, że życie może mieć sens wyłącznie wtedy, gdy przestanie się mieścić w granicach województwa. To nie była chwilowa kaprysz, lecz spokojna, choć nieodwołalna decyzja: odwiedzić wszystkie kraje świata. Brzmiało to jak plan kogoś, kto za dużo oglądał filmów, ale Janek nie żartował. Zabrał kamerę, wypełnił paszport nadzieją i wsiadł do pierwszego lotu — nie wiedząc, że jego kanał Zaraz Tam Wjadę! stanie się dziennikiem tej ogromnej, chaotycznej, pięknej i czasem upokarzającej przygody.

Początkowo zawitał na Islandię, jakby testował teorię, czy naprawdę da się żyć w miejscu, gdzie ziemia rozstaje się co kilka miesięcy. W Reykjavíku zrobił pierwszy film — niezgrabny, pełen niepewności, ale szczery. Krótki spacer, nowa kamera, kilka słów po polsku, jakby mówił do przyjaciela przez telefon. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to początek czegoś większego. Islandia stała się jego pierwszym długim etapem, laboratorium podróżniczym: przejeżdżał półwysep Trolli, jakby szukał prawdziwych trolli, właził na wulkany, które właśnie się obudziły, i odwiedził wysepkę Grímsey, gdzie mieszka dwudziestka ludzi i jeden sklep, a mimo to funkcjonuje coś, co można nazwać wspólnotą. W jego narracji Islandia to nie tylko krajobraz, ale miejsce, gdzie człowiek uczy się słuchać ciszy i nie bać się, że nikt go nie słyszy.

Z czasem widać było, jak Janek zmienia się w podróżnika. Z początkowego ciekawskiego Polaka z Sandomierza, który mówił do kamery jak do kogoś za ścianą, stał się kimś, kto mówi do świata — z dystansem, z humorem, czasem zresztą sam sobie w oczy. Jego pierwsze filmy były jak listy z podróży, potem przekształciły się w reportaże, a w końcu w coś, co przypominało dziennik emigranta, który nie wie, gdzie dokładnie mieszka, ale wie, że to nie ma znaczenia. Gdy w 2021 roku ląduje w Dar es Salaam bez biletu powrotnego, widać, że coś się zmieniło. Nie wraca do domu. Po prostu jedzie dalej. Afryka staje się nowym tłem jego historii — miasta, które nie chcą się zmieścić w ulotkach turystycznych, kraje, o których nikt nie słyszał, i ludzie, którzy go nie pytają, skąd przyjechał, tylko oferują mu herbate.

W Tanzanii zaczyna mówić po suahili — źle, ale z uporem. Pokazuje życie w Arusha, opowiada o polskich Sybirakach, których ślady wciąż można znaleźć w cmentarzach pośród afrykańskiego pyłu. Gdy przejeżdża Zambię autostopem, przez miejsca, gdzie droga to tylko wyobraźnia traktowania ziemi jako szlaku, robi się jasne, że to już nie turysta. To ktoś, kto odkrywa, że podróż to nie to, co widać z okna autokaru. To noc w barze w Nakonde, to chaos w Lusace, to Wodospady Wiktorii, które nie wyglądają jak w podręczniku, ale jak coś, co może cię połknąć. A potem Malawi — biedne, piękne, zapomniane. Między innymi tam Janek po raz pierwszy zaczyna mówić o emocjach. Nie tylko o krajobrazach i atrakcjach, ale o tym, co człowiek czuje, gdy nie ma żadnej pewności, że jutro będzie hotel.

Przez TAZARĘ, tą legendarną kolejkę łączącą Tanzanię z Zambią, wraca do Daru, a stamtąd — na Zanzibar. Tam kończy afrykańską część swojej historii. Jest spokojny, zmęczony, ale jakby wreszcie pewny, że to, co robi, ma sens. I tu — po raz pierwszy — pojawia się coś, co brzmi jak pożegnanie. Nie z kanałem, ale z jednym z rozdziałów. Gdy mówi „pożegnanie z Afryką”, robi to tak, jakby mówił do kogoś, kogo kochał, ale nie może dłużej trzymać za rękę.

Potem Ameryki. Panama, Kostaryka, Nikaragua. Gdzieś w Bocas del Toro pojawiają się Szwedzi — Philip, Adam, Einar, Jesper — ludzie, z którymi pije, tańczy, robi sceny, które potem wytnie, bo „nie do publikacji”. W Nikaragui zostaje dłużej, bo coś w nim pęka — i zatrzymuje się. Boże Narodzenie w Managui, wigilia z niczym, targ, kawa, ulice pełne ludzi, którzy nie pytają, kim jest. To jeden z jego najbardziej ludzkich odcinków. Nie ma w nim wulkanów, ale jest ciepło.

Gdy pojawia się w Azji, wszystko się zmienia. Powraca na Islandię, ale już inaczej — jako świadomy obserwator, nie tylko uczestnik. Opowiada o erupcji Fagradalsfjall jak o sagie, nie jako o wydarzeniu pogodowym. Ale dopiero Indie wywołują u niego prawdziwą burzę. Bombaj nie jest miły. Delhi okrada go. A jednak — wraca. Nie tylko po to, żeby zemścić się na kraju, ale żeby go zrozumieć. Seria Jak przetrwać w Indiach? to nie poradnik, to proces. Znienawidzenie, frustracja, potem wahanie, a wreszcie — Waranasi, Ganges, i pytanie: co to znaczy być człowiekiem? Gdy pokazuje palenie ciał nad świętą rzeką, nie komentuje. Tylko patrzy. I pozwala innym patrzeć.

Nepal wydaje się ratunkiem. Pokhara, miłość do miejscowych, spotkanie z przewodnikiem Thuptenem, który zostaje kimś więcej niż tylko postacią w filmie. Janek mówi o nim jak o przyjacielu. Później — Bhutan. Kraj, który wydaje się inną planetą. Festiwale, kult penisów, Tygrysi Gniazdo na skale, która nie powinna utrzymać nawet samotnika. I nagle — powrót do Indii. Nie z własnej woli. Z powodu technicznego koszmaru: cała seria została źle nagrana. Kamera zawiodła. I wtedy robi rzecz, która go definiuje — wraca. Do miejsc, które go zraniły, które go okradały, które go przytłoczyły. Nie po to, by zemścić się, ale by naprawić. By powiedzieć: „Zrobiłem to źle. Spróbuję jeszcze raz”.

To, co dzieje się później, to już nie tylko podróż. To Azja jako kręgi piekła i nieba: Dhaka, która okazuje się miłym miastem, Sundarbany, statek przez bagno, a potem Daulatdia — największy dom publiczny świata. Janek nie ucieka. Pokazuje to, co trudne, co obrzydliwe, co nie do zrozumienia. Ale nie z wulgarnym celowaniem w szok, tylko z pytaniem: „Jak to możliwe?”. I nie daje odpowiedzi. Tylko obraz.

Gdy dociera do Tajlandii, Malezji, Singapuru, Brunei, Filipin — robi się jasne, że jego podróż to nie kolekcjonowanie krajów, ale próbę zrozumienia, co ludzie robią, by przetrwać. W Manili odwiedza cmentarz, gdzie ludzie mieszkają wśród grobów. Nie pokazuje ich jak egzotycznych „innych”. Pokazuje ich jak sąsiedzi. I gdy mówi, że dalszy przebieg wydarzeń „przechodzi najśmielsze oczekiwania”, nie ma w tym retoryki. Ma w tym nadzieję.

W tle pojawiają się znajome postacie: Piotr Polo Przywarski, z którym dzieli chwilę na Wodospadach Wiktorii, z którym podróżuje do Katmandu, z którym rozmawia o Bhutanie. Są też tacy, którzy znikają — Szwedzi z Bocas, Nikaraguańczycy z Managui, Tazaryjscy pasażerowie. Niektóre tematy też przepadają — nie ma więcej filmów o Islandii jako o rajze, nie ma więcej żartów o islandzkim języku. Z czasem humor staje się subtelniejszy, a ironia — cieplejsza.

Największe sukcesy to nie liczby, ale chwile: film o Maharadży, który uratował polskie dzieci, film o Bhutanie, gdzie pyta, czy szczęście można zmierzyć, film o Dhaulatdia, gdzie pyta, czy można patrzeć. A największe niepowodzenia? Kradzież w Delhi, kamery, które zawiodły, plany, które się sypały. Ale to one właśnie sprawiają, że jego historia jest prawdziwa.

Najbardziej oglądanym filmem staje się „Jak przetrwać w Indiach?”, ale najważniejszy to ten o cmentarzu w Manili — bo tam Janek przestaje być podróżnikiem i staje się człowiekiem, który patrzy, słucha i nie ucieka.

Jego opowieść to nie lista krajów, ale mapa emocji, błędów, powrotów i nieoczekiwanych przyjaźni — i w końcu, nie jest to historia o tym, że odwiedził wszystkie kraje, ale o tym, że przestał je liczyć.