
Zekko Japonia: opowieść o Polaku, który wyruszył ku wschodowi
Gdzieś między zgiełkiem Tokio a spokojem Maebashy, w trzecim piętrze niewielkiego bloku w prefekturze Gunma, mieszkał Polak, który zamiast karierować w ojczyźnie, postanowił wypróbować szczęścia na dalekim Wschodzie. Jego imię — Zekko — brzmi jak wymyślone, ale to tylko pseudonim, za którym kryje się ciekawość, odrobina odwagi i pasja do kultury, która wydawała się zbyt odległa, by ją zrozumieć. A jednak — spróbował. Przyjechał do Japonii w ramach programu „Zwiedzaj i Pracuj”, zapewne z walizką pełną stereotypów i jednym niepewnym marzeniem: zobaczyć, jak to naprawdę wygląda za ekranem anime i travelblogów.
Na początku wszystko było spontaniczne — jak ta pierwsza wycieczka do Yokohamy, Kamakury i Enoshimy, którą opisał z uśmiechem w głosie i telefonem w ręku. Był tam, gdzie nie powinien być — w Chinatown w Yokohamie, gdzie wszystko pachniało czosnkiem i sosem sojowym, w świątyniach Kamakury, które ciszą przypominały, że kiedyś to właśnie tam rządzili siogunowie. Był turystą, ale nie zwykłym; był obserwatorem, który zamiast fotografować, zaczynał już wtedy kręcić. Jego pierwsze vlogi były nieśmiałe, pełne komentarzy o tym, gdzie kupił bułkę z pizzą w lokalnym „combini”, jak wygląda obrotowe sushi i dlaczego świątynia na rogu ulicy to nie tylko atrakcja, ale też miejsce, w którym można oddychać ciszą między zmierzchem a świtem.
Z czasem jego codzienność w Maebashy stała się materiałem na nowe filmy. Mieszkanie o powierzchni dwudziestu metrów kwadratowych, z pralką na balkonie i toaletą z funkcją podgrzewanego siedziska, stało się ikoną jego życia w Japonii. Opowiadał o nim z humorem, ale bez krytyki — wręcz przeciwnie, to mieszkanie było dla niego dowodem, że da się żyć inaczej, że wygoda nie zawsze musi szła w parze z przestrzenią. Razem z Anią, kobietą, która pojawiała się w jego filmach coraz częściej, zwiedzali Kioto, Osakę, Kobe i Himeji, a potem spokojnie wracali do Gunmy, jak do domu, którego nikt nie spodziewał się polubić.
Był też czas, gdy wyjazdy stały się trudne. Wiosną 2020, gdy Japonia zamykała się na głucho, a świat tonął w niepewności, Zekko nie przestał mówić. Zamiast pociągów i wycieczek, zaczął rozmawiać o rzeczach, które wcześniej były tylko tłem — o kulturze, języku, zdrowiu. Pytał, czy w Japonii jest bezpiecznie podczas pandemii, czy można filmować w miejscach publicznych, czy Japończycy rzeczywiście piją sake w parkach. Jego głos był wtedy cichszy, ale nie mniej pewny — mówił do ludzi, którzy planowali wyprawy, marzyli o wyjeździe, a mieli tylko pytania. I on odpowiadał.
To właśnie wtedy zaczął się przeobrażać jego kanał. Z relacji z podróży rodziła się edukacja. Zekko, który zaczął od pokazywania Yokohamy, teraz pokazywał, jak wymówić „desu” albo co oznaczają „kore”, „sore”, „are”. Zaczął tworzyć serię filmów o języku japońskim — dla początkujących, dla ciekawych, dla tych, którzy nie mieli czasu na studia, ale chcieli choć trochę zrozumieć ten język, który wydaje się szyfrem. Pokazywał swoje książki, aplikacje, opowiadał, jak uczył się hiragany, jak kopie słów z seriali, jak sam parzy matcha, używając zestawu, który kupił w Kioto. I robił to z powagą amatora — nie pretendenta do tytułu eksperta, tylko człowieka, który wie, jak trudno zacząć.
Jego największym przebojem stał się film o mieszkaniu w Japonii — film, w którym pokazał wnętrze swojego małego domu za 1600 zł. Ten film zdobył ponad pół miliona wyświetleń, jakby nagle cała Polska chciała zobaczyć, jak żyje się w kawalerce w Maebashy. Potem szły opowieści o pracy — o tym, gdzie pracował, jak wygląda japoński dzień, imprezy, szpitale, alkohol, ślubne lalki na Hinamatsuri. Pokazywał, jak japońska kultura nie składa się tylko z sztuki, ale też z codziennych wyborów — czy pójść pociągiem czy autem, czy nosić kimono, czy karmić sarny w Nara.
Z czasem pewne rzeczy zniknęły z kanału — nie było już spontanicznych wyjazdów z grupą znajomych, nie było małp w dolinie piekieł, nie było już tylu wspomnień o zwiedzaniu Yokohamy. Zamiast tego pojawiły się lekcje gramatyki, rozmowy o naturalizacji, dyskusje o wymowie „ramen” czy „lamen”. Ania nadal pojawiała się od czasu do czasu, ale nie tak często jak kiedyś. Zniknął też kolega Akim, który raz odwiedził ich w Osace — jakby cała historia przesunęła się z fizycznego świata do wewnętrznego: z ulic Japonii na kartki zeszytów, z parków do aplikacji do nauki języka.
Największe sukcesy Zekko nie miały formy nagród, ale momentów — gdy film o matcha zdobył ponad dwadzieścia tysięcy wyświetleń, gdy jego wideo o mieszkaniu stało się punktem odniesienia dla setek wyjeżdżających, gdy ludzie zaczęli pisać, że dzięki niemu ruszyli do Japonii. Ale były też potknięcia — jak ten film o koronawirusie, który miał zaledwie trzysta wyświetleń, mimo że był najbardziej aktualny, albo te pierwsze vlogy, które dziś wydają się nieśmiałe, jakby mówiły: „Jeszcze nie wiem, kim jestem”.
Z biegiem lat kanał przestał być tylko o Japonii — stał się o nim. O jego życiu, jego wyborach, jego języku. O tym, jak człowiek może zmieniać się, nie zmieniając kierunku. Nadal mówi o Japonii, ale teraz mówi też o sobie — o tym, jak uczył się japońskiego bez studiów, jak marzy o tym, by zrozumieć więcej, być bliżej, być innym. A w tle — jego kot, Sushi, który wkradł się do jednego z filmów i nigdy nie wyszedł.
Jego historia to nie opowieść o podróżniku, który zobaczył świat, ale o kimś, kto znalazł się w nowym świecie i postanowił go opowiadać — krok po kroku, słowo po słowie, z humorem, ale bez hejtu, z pasją, ale bez przesady.
To historia Polaka, który nie odkrył Japonii, ale dzięki niej odkrył siebie.