Skip to content
VideoPolacy
Profile Background

zwiedzamy i zjadamy

zwiedzamy i zjadamy
1K+ subskrybentów
Obserwuj
podróżejedzenieprzygoda

Opowieść o twórcach kanału zwiedzamy i zjadamy

To historia dwóch ludzi, którzy postanowili zmienić bieg swoich dni, nie pytając się długo, czy to dobry moment, tylko po prostu ruszając. Wychodząc z Polski, zostawili za sobą biura, harmonogramy i monotonne poranki, by w zamian złapać za plecaki i skierować się ku południowo-wschodniej Azji. Ich podróż, zaczęta 12 września 2023 roku z lotniska w kierunku Bangkoku, stała się nie tylko życiową zmianą, ale i treścią kanału zwiedzamy i zjadamy — dokumentu pełnego jedzenia, widoków, przypadkowych spotkań i lekkiego chaosu, z którym radzą sobie z humorem i ciekawością.

Początkowo filmowali jako nowicjusze, nie ukrywając niepewności, mówiąc wprost, że to ich pierwszy vlog i że liczą na komentarze i sugestie. Ich początki były skromne: ostatnie dni w Polsce, lot do Tajlandii, pierwsze kroki w śmiertelnie gorącym Bangkoku, w którym natychmiast zetknęli się z jaszczurkami w pokoju, pożarem w hostelu i kulturą street foodu, która stała się sercem ich narracji. Nie chodzili po głównych ścieżkach turystycznych, tylko zaglądali za kulisy — do miejsca, o którym nikt nie mówi, do samolotu przekształconego w bar, do tajskich czipsów z Seven Eleven i owoców, których nawet nazw nie potrafili wymówić.

To właśnie jedzenie stało się ich językiem. Nie tylko mieli je w tytule, ale traktowali je jak klucz do zrozumienia kraju. Testowali duriana, pili tajskie piwo za trzy złote, jedli omlety na Khaosan Road, a potem, w Luang Prabang, zrobili krok dalej — zjedli robaki. Ewa, która czasem narzekała na deszczowe miasta czy zepsuty telefon, nie cofała się przed niczym — ani przed bąbelkującym kebabem z Wientiane, ani przed balut, czyli jajkiem z pisklakiem, które zjadła na żywo przed kamerą. Szymon, jej partner i współtwórca, był często tym, który pytał, co to za dziwne drzewo, dlaczego tu wszystko wygląda jak z bajki, czy warto wspinać się na 344 schody pod słońcem. Razem byli jak zespół: on — ciekawość w ruchu, ona — emocja w ruchu.

Ich podróż pięknie się rozwijała, od krokodylowatych jaszczurek w Tajlandii, przez dżunglę nad Mekongiem, aż po luksusowy apartament z basenem w Kuala Lumpur. Przez Chiang Rai z jego białą i niebieską świątynią, przez Vang Vieng, gdzie imprezy nie zdążyły się rozkręcić, bo Ewa zatruła się jedzeniem, a potem przez Da Nang, gdzie próbował się z nią uporać schabowy z amerykańskiego baru. Byli w Sajgonie, świętowali sylwestra po wietnamsku, przekraczali granicę do Kambodży, gdzie w muzeum ludobójstwa spojrzenie ich się zmieniło — było to jedno z rzadkich chwil, gdy humor ustąpił miejsca ciszy i szacunkowi. Potem wrócili do Tajlandii, poznali Pattayę z jej cyrylicą i dzielnicą czerwonych latarni, by ostatecznie wrócić do Bangkoku, gdzie testowali nawet 40-letnią zupę — bo skoro jest, to trzeba spróbować.

Ich styl był prosty, autentyczny, czasem niechlujny, ale nigdy nieprzerysowany. Nie udawali ekspertów, ale byli obserwatorami — z kamerą w ręku, kawą w drugiej i zawsze gotowi do śmiechu, gdy coś poszło nie tak, jak zaplanowano. Kiedy wysadzono ich na środku autostrady, kiedy pomylili przystań, kiedy hotel okazał się ruiną, a kiedy Ewa cofnęła się z targu z powodu zapachu, który tylko ona mogła wyczuć — byli wtedy najbardziej ludzcy.

Z czasem ich kanał się zmieniał. Z początkowego entuzjazmu przybrzmiewał ton doświadczenia. Zaczęli opowiadać nie tylko o tym, co zjedli, ale i jak — pokazali przepisy na banh mi i pad kra pao, dawali porady podróżnym, mówili, jak zaoszczędzić w Atenach, jak nie dać się naciągnąć na lotnisku. Przez lata ich trasa sięgała od Azji, przez Bliski Wschód, aż po Morze Jońskie. Byli w Turcji, Włoszech, Grecji, Katarze. Odbierali katamaran, żeglowali, byli przegonieni z wyspy przez pływające dzikie świnnie — i to właśnie takie momenty pokazywały, że ich podróż to nie tylko spektakl, ale także prawdziwe życie na granicy planu i przypadku.

Wśród najpopularniejszych filmów — te, które najbardziej trafiły do widzów — znalazły się nie tylko kulinarne eksperymenty, ale i emocjonalne relacje: Piwko w happy hour za 3,40 PLN w stolicy Laosu, Według Wietnamczyków Najlepszy Sposób na Rozpoczęcie dnia to Wielka Micha Pho!, czy 113. Ulica Czerwonych Latarni na Pattaya Beach, który przekroczył trzy tysiące wyświetleń — więcej niż większość pozostałych. To właśnie te filmy pokazały, że ich publiczność nie boi się głębszych tematów, ale też docenia szczerość i odrobinę szokującego humoru.

Nie było wyraźnych postaci, które zniknęły z kanału — za wyjątkiem czasem wspomnianych znajomych, jak Polacy z Cat Ba, których więcej nie widać, czy lokalnych przyjaciół z Luang Prabang. Główną parą pozostali oni dwaj — Ewa i Szymon, bo z ich filmów wynika, że to właśnie oni są twórcami. Nie ma śladu po innych stałych uczestnikach, a przecież ich historia to historia dwojga.

Ich największym sukcesem było to, że utrzymali się na wodzie — dosłownie i w przenośni. Z 197 filmami, z podróżą, która trwała latami, z powrotami do Polski i natychmiastowymi odlotami w kierunku nowych horyzontów. Nawet kiedy Ewa była chora, kiedy powódź zalala im pokój w Bangkoku, kiedy zatrucie pokarmowe wykluczyło ją z kolejnego odcinka — nadal byli. Nadal kręcili. Nadal zjedali.

A kiedy w końcu wrócili na Koh Ngai, by spełnić marzenie — żyć jak w raju, z kokosami, krabami i barrakudą z grilla — to nie było już tylko o jedzeniu. Było o tym, że można zrzucić pracę, spakować plecaki i trzymać się swojego snu, nawet jeśli czasem jest on mokry od deszczu, przegrzany od słońca i podszyty niepewnością.

To historia o tym, że najważniejsze nie jest to, gdzie się jest, ale z kim i czy się śmieje.